DRK

piątek, 30 stycznia 2015

Goma...

W kongijskiej dżungli...

06:32, mobile_mon , DRK
Link Komentarze (1) »

Biskup z kierowcą przyjeżdża punktualnie. Dzień wcześniej telefonicznie umawiamy się na 6:30 i proszę bardzo – punkt pół po szóstej rozbrzmiewa klakson.

To biskup. Przyjechał, by odwieźć nas do portu i bezpiecznie załadować na prom.

Kiedy oglądałam topografię Gomy przez google maps, port wydawał się dość oddalony, ale choć satelita wskaże zarys, nie przekaże charakteru uliczek, przez które przejeżdżamy. Potężne jak na warunki miasta Rondo Niepodległości jest jeszcze pokryte asfaltem, ale ten znika, jak tylko z ronda zjedziemy, by przemienić się w drogę pełną wertepów, dziur i innych uskoków, między którymi manewrować trzeba z ostrożnością wielką. Mijamy niewielkie drewniane domostwa przykryte dachami z blachy – tutaj życie toczy się już na pełnych obrotach, trzeba przecież przynieść wodę, być może zrobić coś do jedzenia, odprawić dzieci do szkoły, a jeśli do zrobienia nie ma nic, jeśli dzieci odprawiają się już same, a woda jeszcze z wczoraj została i kolejną bańkę z wodą z jeziora Kivu można przytachać po południu, to po prostu wychodzi się przed dom, i siada, na czymkolwiek, na schodku, na beczce. Albo stoi, i patrzy.

Na zewnątrz przecież przyjemniej, niż w niewielkim, dusznym domku, gdzie średnio mieszka kilka, jak nie kilkanaście osób.

Gomę opuszczamy promem Emmanuelle 2, udając się do Bukavu. Ale jeszcze zanim prom odbije od brzegu, dobijane są ostatnie targi. Kupić można prawie że wszystko: od wody, poprzez krążki sera, zwoje kiełbasek, do wypieków i baniek z mlekiem. Dziewczyny otwierają bańki, głośno zachwalają białość mleka, które sprzedają ale nie, ten akurat produkt dziś schodzi najgorzej - to woda, chlebki i papierosy na sztuki znajdują najwięcej nabywców.

Mi się Goma podobała. Choć może to nie do końca tak – podobała mi się nie tyle Goma, bo to przecież typowy chaos afrykański, miasto borykające się z problemami, takimi jak niestabilność, niebotycznie wysokie bezrobocie, dezorganizacja, brak higieny, kłopoty z dostawą prądu i wody (jeżeli już ktoś ma to szczęście, że jest podłączony do sieci), przestępczość i ogólnie mówiąc Trudne Warunki Życia, co pobyt w tym mieście i jego okolicach. Bo nad miastem góruje potężny, estetycznie idealny Nyiragongo, czterotysięcznik, wulkan co w 2002 r., czyli całkiem niedawno, wybuchł z mocą straszną, niszcząc ok 4,4 tys. domostw i lotnisko. Ale ludzie wrócili i swoje domki, czasem przy użyciu zaschniętej, porąbanej na kawałki lawy, odbudowali. Zresztą lawa wala się wszędzie, na głównej ulicy, przy Rondzie Niepodległości, cały czas ją można znaleźć, a pod murem okalającym siedzibę mera, tuż naprzeciw wejścia do naszego hotelu, leżą całe jej zwały. W kupki poukładane.

Czy to lawa, której użyto do budowy barykad ulicznych w trakcie zeszłotygodniowych zamieszek?

W Gomie swoją siedzibę ma też Park Narodowy Virunga, najstarszy park narodowy Afryki, utworzony na terenie zamieszkałym między innymi przez goryle górskie. Na kontynencie afrykańskim zwierzęta te można napotkać wyłącznie w miejscu, które obecnie leży na terenie trzech krajów: Rwandy, Ugandy i właśnie Republiki Demokratycznej Konga. My zdecydowaliśmy się odwiedzić te ostatnie.

Rodzina goryli, którą odwiedzimy, przebywa w lasach w rejonie Kibumy. Liczy 23 osobniki a jedno z gorylątek otrzymało imię po zabitym strażniku parku. Taką tu mają tradycję.

Najpierw szybki instruktaż. Do goryli nie zbliżamy się na odległość mniejszą, niż osiem metrów, chyba że goryl zdecyduje się zbliżyć do nas. Goryl może też na nas ruszyć dla zabawy, albo żeby zaatakować... Co wtedy? Nie uciekać....

Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić. Jak to, nie uciekać na widok szarżującego goryla? Jeśli nie uciekać, to co?

Pocieszam się myślą, że gdyby taki goryl na mnie zaszarżował, nie dla zabawy, tylko w celu ostatecznym, to to, czy będę uciekać czy nie, nie będzie miało żadnego znaczenia. Bo „silverback”, dorosły samiec goryla górskiego, to zwierz masywny, potężny. Gdyby zaszarżował, szans żadnych.

Przez las przedzierać się mamy ponad godzinę. Przedzierać w sensie prawie że dosłownym, bo choć ścieżka jest wytyczona, to zarasta nieustannie – na przedzie naszej grupy (my, dwójka Niemców i trzech uzbrojonych strażników) idzie dwóch gości z maczetą i rach ciach ciach – torują nam drogę. Ale uważać trzeba – pnącza haczą nam nogi, ostre rośliny kłują po nogach a jeśli, dla równowagi, na mocno pochyłym zejściu albo przechodząc przez powalony pień drzewa chwycisz się jakiejś rosnącej obok podpory nieopatrznie, to puścisz ją jeszcze zanim chwycisz się jej na dobre. Bo kłuje, bo parzy, albo rwie się, brak równowagi tylko pogłębiając.

Pierwszy goryl, którego napotykamy, pożera bananowca. Dosłownie tak: idziemy sobie ścieżką i nagle jakiś cień, jakieś czarne, zwaliste cielsko tarasuje nam drogę. Oto „silverback”, młodszy ale potężny, delektuje się śniadaniem w postaci drzewa bananowego.

Piękny jest, jak tak się w tego bananowca wżera, łapczywie pyskiem się nim nurza. Nagle łypie na nas okiem, przewraca się na bok, do zdjęć pozuje, a proszę was bardzo, po czym do bananowca na chwilę wraca, aby zebrać się i zniknąć w zaroślach.

Wow, nasz pierwszy goryl. Pocieszamy się, że goryle to w końcu wegetarianie i nic nam nie grozi, w końcu bananowców nie przypominamy, ale...

ale jak owego pożartego bananowca mijamy, w chaszczach nagle raban, coś się kotłuje, jakiś czarny cień, jakieś czarne zwaliste cielsko tuż obok nas się szamoce, raban robiąc coraz większy. I tutaj chyba biologia się włącza, bo zanim świadomie pomyślę, że mam nie uciekać, tylko przycupnąć i unikać z gorylem kontaktu wzrokowego, to już w połowie ucieczki jestem – tylko że uciekać nie ma gdzie, wszędzie chaszcze gęste, zwarte, w pułapce nad zamykające.

Gdyby goryl zaszarżować chciał, to by to zrobił. Ale może po prostu focha strzelił, bo przerwaliśmy mu śniadanie?

[Silverback pozuje w przerwie śniadaniowej...]


Następny goryl to też „silverback”, ale tym razem starszy. Tym razem na naszej ścieżce stoi sama głowa rodziny.

Wsparty o gałęzie, patrzy na nas przez chwilę. Patrzymy na niego i my, i tak byśmy pewnie przez czas jakiś okiem na siebie łypali, gdyby nie nagle, bez żadnego wcześniejszego ostrzeżenia, „silverback” nie podniósł się, gdyby całym swym masywnym cielskiem przez gałęzie nie przelazł, idąc prosto na nas...

Mimo że idzie, a nie raban robi, jest tak potężny, jest tak silny, że wszyscy do ucieczki rzucać się chcemy, i do ucieczki byśmy się rzucili, niechybnie, gdyby nie fakt, że uciekać, ani nawet schować się, nie ma gdzie. Nie ma gdzie dosłownie, bo na ścieżce jesteśmy wąskiej i obok nas same chaszcze nieprzebyte. Wciskamy się więc w nie, kto jak może, nieważne, że kłuje, by gorylowi zrobić na ścieżce miejsce, bo ten cały czas idzie, łapa za łapą, prosto na nas, i gdy nas mija, bestia potężna, jest jak na wyciągnięcie ręki, jest tak blisko, że gdybyśmy chcieli, moglibyśmy go dotknąć, ale nikt, w kłujące chaszcze wtulony, nawet o tym nie pomyśli, bo tutaj konwenanse są takie, że jeśli już ktoś kogo dotyka, to goryl człowieka, ale nigdy odwrotnie (a propos zalinkowanego filmiku „Touched by a mountain gorilla”).

Przechodzi i znika w chaszczach, głowa rodziny, potężny „silverback”.

[Głowa rodziny lustruje nas wzrokiem...]


Zobaczymy jeszcze mamę z dzieckiem – pozwoli nam zbliżyć się do siebie bardzo blisko, zobaczymy też inne samice, a na koniec wróci sam olbrzymi „silverback” – na chwilę rozsiądzie się, wraz ze swą gorylą rodziną, po czym wstanie i, masywny jak zawsze, zniknie w czeluściach Virungi.

[Gorylica z gorylątkiem...]


[„Silverback” ze swą rodziną...]


PS Piotr przekazuje, że jak goryl numer jeden robił w chaszczach raban, to w ogóle się nie bał, mimo że co prędko wylądował w krzakach na czymś kłującym, ałć! ;)

06:13, mobile_mon , DRK
Link Komentarze (7) »
wtorek, 27 stycznia 2015

Co my byśmy zrobili bez naszego biskupa?

Ale za nim spotkamy się na granicy między Rwandą a Kongiem, przeglądając blogi poświęcone Kongu napotkam wpis o księdzu, który prowadzi sierocińce w okolicach Gomy oraz kontakt do niego. Nie myśląc wiele, napiszę maila i tak będziemy prowadzić sobie korespondencję, aż umówimy się, że przywieziemy coś dla dzieciaków z sierocińca. Niestety tak się nie stanie, nie tym przynajmniej razem, bowiem tydzień przed naszym wyjazdem wybuchną w Gomie zamieszki i sam ksiądz zasugeruje, że taka wizyta wiązałaby się ze zbyt wielkim niebezpieczeństwem. Dzieci z sierocińca więc nie odwiedzimy. Nie tym razem.

Budzik dzwoni po szóstej. Ale zanim zadzwoni, zanim swym maszynowym zgrzytem mnie obudzi, przez sen słuchać będę porannych śpiewów ptaków. Tak oto wygląda poranek w Kigali.

Jeszcze tylko kawa i banany z herbatnikami Jutrzenki na śniadanie i przyjeżdża po nas taksówka – kurs na dworzec autobusowy.

Zasady działania dworców autobusowych w Afryce, ich podskórny mechanizm, że się tak wyrażę, mamy opanowany. Prędko znajdujemy busik do Rubavu/Gisenyi, ładujemy zawinięte w worek po ziemniakach plecaki, wsiadamy i... jazda!

Bo w Rwandzie jazda jest na styl prawdziwie afrykański. Ograniczenia prędkości nie istnieją, droga wiedzie prosto wyłącznie po to, by kierowca mógł gnać nią jak szalony, a wyprzedzanie pod górę na zakręcie nie stanowi żadnego problemu. Ze wszystkich pasażerów zaniepokojenie jazdą wykazuje tylko trzech. Chyba nie muszę wskazywać, których ;)

O Rubavu/Gisenyi krążą same pozytywne opinie, że piękne to miejsce, że warto spędzić tam trochę czasu, niespiesznie poszwędać się, poobserwować. Pobyć. Być może tak jest, być może tak jest faktycznie, być może Rubavu/Gisneyi przybysza zaczarować potrafi – ale mnie nie oczarowało. Ot przeciętne afrykańskie miasto. Owszem czystsze, ale przeciętne.

Szybka Cola, kolejna taksówka i jazda na Grande Barriere. Z Demokratyczną Republiką Konga w Rubavu/Gisenyi przejścia są dwa: to Petite Barriere i Grande Barriere, z których to ta druga jest większa.

Jak to wygląda? Hmmm... nic szczególnego. W punkcie granicznym po stronie rwandyjskiej wypełnia się „departure card”, po czym podchodzi do okienka i przemiła pani lub też przemiły pan, w zależności, na kogo się trafi, przybija pieczątkę na wychodne. Przy szlabanie po raz kolejny „bon jour, ca va?!”, uśmiech od ucha do ucha, pokazywanie paszportu, a jak człowiek się ładnie zapyta, na dodatek po francusku! (naprawdę nie sądziłam, że jeszcze coś pamiętam...), to nawet pozwolą zrobić zdjęcie znaku informującego, że wjeżdża się na teren Konga.

Jakieś dziesięć metrów i docieramy do punktu granicznego po stronie kongijskiej. Na blogach zawierających posty o przekraczaniu tej granicy znalazłam informacje, że punkt kongijski znaleźć trudno – ale nic z tych rzeczy, wręcz przeciwnie, znaleźć jest go łatwo, a nawet jeśli się to nie uda, to punkt znajdzie nas sam.

I punkt nas znajduje.

Jakaś pani zabiera nam książeczki potwierdzające, że jesteśmy zaszczepieni przeciwko żółtej febrze i kieruje, gdzie mamy iść. Aż tu nagle, nie z gruszki, nie z pietruszki... „Monica”? Ktoś się z nami wita, ktoś lokalny, ale któż to taki? – okazuje się, że nikt inny, ale biskup, z którym prowadziliśmy korespondencję! Dzięki niemu przejście granicy z Kongiem to może nie to samo, co przekraczanie granic w strefie Szengen, ale cały proces jest bardziej przejrzysty, sprawniejszy i nie musimy przyspieszać go... pięciodolarówką dyskretnie włożoną w paszport.

Tak, przekroczenie granicy między Rwandą a Kongiem miało być jednym z najtrudniejszych w historii mojego podróżowania, tymczasem z przejścia odebrał nas biskup kościoła baptystów. Z własnym kierowcą.

I co z tym teraz? ;)

A sama Goma? Chaos na styl afrykański. Ani na tak, ani na nie. Ot. Goma. Po prostu. Nic więcej.

Może to dlatego, że przejechałyśmy kawał Etiopii i swoje widziałyśmy. Dla mnie to właśnie uporządkowana, czysta i bezpieczna Rwanda jest wybrykiem natury a Kongo to standard.

Informacje praktyczne:

- taksówka z dworca autobusowego w Rubavu/Gisenyi – ok 3000 franków

- po stronie rwandyjskiej należy wypełnić „departure card”, zgłosić się do okienka i pobrać pieczątki wyjazdowe

- absolutnie nie robić zdjęć funkcjonariuszom!

- po stronie kongijskiej oddać książeczkę z potwierdzeniem szczepionki przeciw żółtej febrze – do odebrania po uzyskaniu pieczątki do paszportu

- na granicy są taksówki, zarówno samochodowe jak i motorowe.

Odnośnie Gomy:

- wyłączenia prądu są częste więc czołówkę warto mieć zawsze ze sobą

- po zmroku jak na piwo, to tylko do własnego hotelu

Witamy w Kongu!

20:15, mobile_mon , DRK
Link Komentarze (2) »
środa, 21 stycznia 2015

Czy słyszałam, że w Kinszasie są rozruchy? Nie, przyznaję. Przyznaję, że nie słyszałam, akurat tego dnia BBC rano nie włączyłam, a nawet gdybym włączyła, to i tak bym się nie dowiedziała, bo przedwyborcze rozruchy w Demokratycznej Republice Konga to żaden "news".

Nawet paskowy.

Co się więc takiego dzieje? Z tego, co rozumiem, w przyszłym roku mają odbyć się wybory prezydenckie i Joseph Kabila, urzędujący prezydent, któremu kończy się ostatnia kadencja (zgodnie z konstytucją może takich sprawować dwie), zarządził, iż przed wyborami w kraju ma zostać przeprowadzony spis ludności, co zgodnie z szacunkami może zabrać nawet i kilka lat. Czyli – prezydentowi tak bardzo spodobał się stołek, że nie kwapi się, by z niego zejść.

Taki jest przynajmniej ogólny pogląd.

Po ogłoszeniu planów przeprowadzenia spisu w stolicy kraju, Kinszasie, wybuchają protesty. Ulice zablokowane, transport publiczny zawieszony, opony płoną jasno. Ofiar: oficjalnie kilka, mniej oficjalnie – kilkanaście. Ot, siły rządowe potraktowały protestujących amunicją autentyczną.

Jednak Kinszasa od miejsca, gdzie my się wybieramy, jest odległa. To tysiące, tysiące kilometrów, suchą stopą nie do pokonania. Może choć w Gomie jest spokojnie? Niestety, w stolicy zapłonęło tak bardzo, że żar czuć aż w prowincjach wschodnich. Cóż więc robić? Normalnie chwyciłabym za telefon, bo sprawa to pilna, bo to sprawa nagląca, no ale dzwonić przecież nie będziemy. Gdzie Polska, a gdzie Kongo? No dodatek "mon français n'est pas bon"... Piszę więc maila z pytaniem, jak wygląda sytuacja na miejscu, z prośbą o możliwie prędką odpowiedź. I odpowiedź przychodzi wyjątkowo prędko (baa, mam nawet wrażenie, że jak nic maile na łączach się ze sobą minęły). Powodów do obaw nie ma, "tourists were crossing the town this morning" a demonstracja owszem, ma miejsce, tyle że przed siedzibą mera.

Dokładnie tam, gdzie jest nasz hotel...

Cóż, na razie jedziemy, będziemy sprawdzać sytuację na miejscu. A ponieważ nie udało nam się ustalić czy na granicy będzie możliwość złapania jakiegoś transportu, to zamówiliśmy transport parkowy – o umówionej godzinie będą na nas czekać pod Grande Barriere i najwyżej zatrzymamy się gdzie indziej.

Bo ostatnia rzecz, jaką chcemy, to trójka mzungu niepotrzebnie przyciągająca uwagę...

[Widok z satelity, Rwanda po prawej, Kongo po lewej]


13:26, mobile_mon , DRK
Link Komentarze (2) »
sobota, 10 stycznia 2015

Wizy do Konga zostały przyznane w ciągu... dwóch dni od złożenia wniosku! Moja wygląda tak:

Polecam też filmik o przemieszczaniu się w Kongu drogą lądową...

13:32, mobile_mon , DRK
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 08 stycznia 2015

Jesteśmy jedną nogą w KONGU! - stwierdza AgaWu i faktycznie, jest dokładnie tak, nie inaczej. W Kongu jesteśmy dokładnie nogą jedną.

Ubieganie się o wizę turystyczną do Demokratycznej Republiki Konga to nie jest takie hop siup, wystarczy spojrzeń na wymagania umieszczone na stronie ambasady DRK w Berlinie: Papierki do Konga... Ostatni wyciąg z konta bankowego? List polecający od pracodawcy lub szkoły? A co jeśli ktoś pracuje na własny rachunek i aktualnie do żadnej szkoły nie uczęszcza?

Choć szczerze powiem, że jak teraz na te wymagania patrzę (a kiedyś, zupełnie przypadkowo, bez żadnego z obecną wyprawą związku, sobie na nie spojrzałam), to owszem, wydają się z lekka wyolbrzymione – w końcu jeśli już ktoś do Konga na wakacje jedzie, to raczej fundusze na powrót będzie mieć (re wyciąg z konta) – ale całkowicie możliwe do spełnienia. Na upartego i list od pracodawcy by się znalazł...

Chociaż, jak czytam na ichniej stronie, nawet jak już człowiek taką wizę, w pocie czoła wypracowaną, w paszporcie wbitą mieć będzie, to wakacje w tropikach wcale oczywiste nie są bo „visa in your passport does not guarantee entry”. Hmmm...

Ale chociaż to o wizę do Konga się ubiegamy, aż tylu formalności spełniać nie musimy, ubiegamy się bowiem o pewien specjalny rodzaj wizy, która obowiązywać będzie tylko na terenie Parku Narodowego Virunga oraz w miejscowościach Goma i Bukavu. No i na jeziorze Kivu, gdyby ktoś nasze papiery chciał koniecznie sprawdzać.

Jak się o taką wizę ubiegać?

Otóż najpierw umawiamy się z parkiem na przygodę (czyli spotkanie z gorylami), po czym dostajemy specjalny numerek, który następnie wraz z innymi danymi wklepujemy w stosowny formularz i... gotowe!

Albo tak nam się przynajmniej wydaje, bo oprócz telefonów z banków czy aby na pewno wykonywaliśmy transakcje z Kongiem ;) dostajemy od Virungi maila z prośbą o podanie tego właśnie numerka, co by na pewno Kinshasa dostała nasze papiery i co byśmy na pewno wizy dostali. Czas oczekiwania: do dwóch tygodni. A gdyby czasem żadna wiza na maila nie przyszła, to nie ma się co martwić, bo „your visa can be considered approved unless we say otherwise”. A może w ogóle nie jest potrzebna? W końcu jeśli z wizą w paszporcie można nie wjechać, to może bez wizy wjechać akurat można?

Tak to jest właśnie być jedną nogą w Kongu... ;)

[Chociaż jedną wizę już mamy...]


17:33, mobile_mon , DRK
Link Komentarze (4) »
wtorek, 30 grudnia 2014

O gorylach górskich, dokładniej rzecz biorąc możliwości zobaczenia takowych w ich środowisku naturalnym, w równikowej dżungli Afryki, po raz pierwszy usłyszałam na imprezie w La Paz.

Oto wróciwszy z Tiwanaku, gdzie cały poprzedni dzień spędziłam na wsłuchiwaniu się w dźwięki La Morenady, wybrałam się na imprezę zwaną „peña”, w wydaniu dla „gringos” będącą bardziej swoistym przeglądem folklorystycznym niż doświadczeniem czysto kulturalnym, gdzie spotkałam parę Holendrów, którzy „z niejednego pieca chleb jedli”, można by rzec.

I gdy tak sobie rozmawiamy gdzie kto był, jakie ogólnie wrażenia, gdzie fajnie a gdzie już fajniej jest mniej, dlaczego do Japonii to koniecznie i „natentychmiast”, napomykają nagle, że jednym z najbardziej zapadających w pamięć doświadczeń była wycieczka w Ugandzie na spotkanie goryli górskich. Że było to warte każdych pieniędzy, każdego wysiłku, każdego wyrzeczenia. Słowem – gdyby mogli, zrobiliby to raz jeszcze.

Tylko ogólnie Afryka nie za bardzo im do serca przypadła i być może nie koniecznie.

Goryli górskich, największych człekokształtnych małp na świecie, wiele nie pozostało. I trudno je znaleźć. Występują tylko w dwóch miejscach na ziemi: w Nieprzeniknionym Lesie Bwindi w Ugandzie (swoją drogą, „Nieprzenikniony Las” - jak bajecznie to brzmi!) i w górach Wirunga, kołyszących się majestatycznie na styku granic Ugandy, Rwandy i Demokratycznej Republiki Konga. To właśnie tam się wybieramy. W góry Wirunga na terenie Konga.

[Występowanie goryla w Afryce – kropka błękitna - to właśnie tam jedziemy, zdjęcie z www.tigerhomes.org]


Filmików z gorylami na YouTube już się naoglądałam. W teorii, na sucho, wydaje mi się, że potrafię to sobie wyobrazić. Naczytałam się, jak należy się zachowywać i że goryle ot tak, same z siebie nie atakują, że gdyby przyszło co do czego, to najpierw będzie demonstracja siły, walenie w klatę, potrząsanie drzewkami, a dopiero potem, jeśli w ogóle, stałoby się coś, co bardzo nie chcę, by się stało, ale czego nawet nikłe prawdopodobieństwo, że się stanie, że się wydarzy, nie zmieni mojego w tej sprawie zdania.

Bo podobnie do tej pary Holendrów, jakoś mam wrażenie, że spotkanie z gorylami będzie tego warte.

Na koniec, ciekawy reportaż ze spotkania z gorylami w Górach Wirunga: Spotkanie z gorylami w Górach Wirunga...

15:50, mobile_mon , DRK
Link Komentarze (4) »
| < Listopad 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30      
Ulubione: Blogi podróżnicze