City Breaks

sobota, 23 sierpnia 2014

Starbucks czy Costa?

W Londynie Starbucksów więcej niż przysłowiowych mrówków. Jeśli przyjdzie ci ochota na kawę, a takowa, nie ukrywajmy tego, raz po raz człowieka nachodzi, oto jest, oto czeka, kawa w papierowym kubku w kawiarni Starbucks.

W Starbucksie bywam rzadko – w moim wielkim mieście byłam raptem raz. I wcale nie chodzi o to, że kawa mi tam nie smakuje – wprost przeciwnie, jest przepyszna, i na dodatek serwowana w kopiastych ilościach. Jednak jeśli w Polsce przeszkadza mi wystrój wnętrz, w stylu dość eklektycznym, „na szybko”, tak (przynajmniej w Londynie) nie odpowiada mi podawanie kawy na miejscu w... papierowym kubku.

Jeśli więc przyjdzie co do czego, jeśli ochota na kawę najdzie mnie nagle i znienacka, zamiast Starbucksa wybiorę kawiarnię Costa – małe capuccino podobnie ogromne, ale za to jak ślicznie podane. Chociaż i tak nic nie przebije opruszonej czekoladą „mocca” serwowanej w kawiarni Upper Deck z widokiem na Tamizę i Tower...

[Mocca...]

Zakupy w Primarku...

Czasami mam wrażenie, że jestem w Polsce, bo w Primarku rodaków, a raczej rodaczek, co niemiara – ciągnąc kosze zakupowe na kółkach, niczym w Biedronce, albo targając torby rodem z Ikei zaopatrują się w ubrania. Nierzadko taniej, niż w najtańszych sieciówkach w Polsce.

Primark na Oxford Street ma bodajże cztery piętra, jak nie pięć. Wielgaśne, z mnóstwem ubrań. Z mnóstwem tak wielkim, że odnaleźć się w nim zupełnie nie potrafię, już pojęcia nie mam czy od parteru zaczynać, czy być może od góry (piętro -1 szczęśliwie odpada, bo odzież tam męska), i gdyby nie Magda, to po paru minutach z Primarku bym uciekła, jego ogromem oszołomiona.

Jednak zostaję, szukam i szperam, rozglądam się, czasem coś przymierzę, a czasem na oko uznam, że dobre, i tak za cenę 20 funtów w koszyku lądują dwa sweterki, dwie bluzki, dwie pary butów (!) i coś extra.

Na szczęście w walizce wszystko dało się upchnąć, sposobem, ale zawsze.

[Pochmurna mina na zakupowej Oxford Street...]

Sztuka współczesna w Cudnej Tate...

Piętnaście lat temu Tate jeszcze nie istniała. Tzn. jako koncept lub „work-in-progress” tak, ale dopiero miała otworzyć swoje podwoje dla rzesz entuzjastów sztuki współczesnej, co uczyniła rok później, w 2000.

Zaaranżowana w byłej elektrowni, z pochłaniającą wręcz przestrzenią Hali Turbin, robi Tate wrażenie niebagatelne. W hali tej mam ochotę stać jak palec, nigdzie się nie ruszając. Sztuka sztuką, sztuka nie zając, nie ucieknie – myślę sobie, ale ta przestrzeń, z mechanizmami zachowanymi w całej swej „skomplikowatości”, bywa, że wiszącymi wprost nad moją głową, każe mi w niej po prostu być. I sobie wyobrażać.

[Boska Hala Turbin w galerii Tate...]


Sztuka faktycznie, niczym przysłowiowy zając, nie uciekła, ale niespiesznie trwała na piętrach. Sztuka, zapewne przez duże S, lub nawet wielkimi literami pisana, SZTUKA WSPÓŁCZESNA, dla mnie niezrozumiała.

Na przykład taki oto obraz:

[Sztuka współczesna...]


Było ich w tym pomieszczeniu wiele, ale ten przykuł moją uwagę. Przykuł ją tak mocno, że aż go uwieczniłam, robiąc mu zdjęcie (co nie było niedozwolone). Stanęłam przed nim, starając się pozbyć myśli, skojarzeń, narzutów, wszystkiego tego, co by mi interpretację utrudnić mogło, i nic to nie dało, albo raczej – dało mi to niewiele. Coś wymyśliłam, o czymś przelotnie pomyślałam, na takie a nie inne tory obraz ten mnie skierował. Ale zachwycić? Nie zachwycił mnie wcale...

Dzięki Tate odczułam swoją w tym zakresie ignorancję. Mimo to ją uwielbiam. Tate oczywiście, nie ignorancję. I mam nadzieję jeszcze do niej wrócić. Dla formy, dla przestrzeni, dla wyobraźni.

Choć czy sztuka współczesna jest dla mnie kompletnie niezrozumiała? Czy może odbieram ją wybiórczo? Owszem, po stokroć wolę:

[Egzekucja Lady Jane Grey....]


Jednak w „performance” Mariny Abramovic wzięłam udział, sama dziwiąc się tym, co zaczęło się dziać...

[Przed Serpetine Galleries...]


O tym performance a także o innych Wycinkach z Londynu już niedługo. Tymczasem zapraszam do obejrzenia zdjęć:

Jak to było w Londynie...

Na koniec dziękuję Magdzie za inicjatywę wyjazdu i Kasi za motywację do napisania tego postu :)

sobota, 09 sierpnia 2014

Podróżowanie z walizką spodobało mi się do takiego stopnia, że sobie własną, by nie rzec osobistą, walizeczkę zakupiłam. Czarną, a jakże – i siedzi sobie teraz w szafie, w oczekiwaniu na wyjazd do Londynu.

Szybko, w przysłowiowym oka mgnieniu, ten czas zleciał. Przecież dopiero co, dopiero przed chwilą, tak by się wydawało, dzwoniła Magda z propozycją czy by do Lądka na dni parę się nie udać, trzask prask i oto jedziemy. Za dni dwa.

Co włożyć do walizki, nie bardzo wiem – jeżeli o te sprawy chodzi, to od Zakyntos nie wiele się zmieniło. Korci mnie, by zabrać krótkie spodenki i rozciapane sandały – w końcu to wakacje, czas wolny, pełen swobody, to czas, by kredkę do oczu i lakier do paznokci w kosmetyczne zostawić, nieużywane, ale chwilę potem, jak już spodenki i koszulki, nawet lekko powyciągane, wybiorę, to zdanie zmieniam i sukienki na wieszakach przerzucam, jedną po drugiej, którą wybrać, niebieską czy w ciapki, która do londyńskiego stylu bardziej pasuje?

Nie wiem, pojęcia zupełnie nie mam, i pewnie dlatego, znając siebie, do swej nowo-zakupionej czarnej walizeczki, na kółkach dwóch, a jakże, zapakuję i to, i to, i zielone spodenki, i niebieską sukienkę, i rozciapane sandały, i eleganckie sandałki – na każdą okazję zestaw murowany.

A tych okazji będzie niemało. I wykwintność pałacu Buckingham. I przeszywający dreszcz Tower. I światowość Houses of Parliament. Do tego sztuka, szperanie w poszukiwaniu the-one-and-only-most-gorgeous-dress, piskliwie widoki z lotu ptaka ze szczytu London Eye, a w międzyczasie smakołyk w knajpie i piwko w pubie, albo i dwa.

I wizyta w Serpentine Galleries w Hyde Parku, gdzie do 25 sierpnia trwa performance serbskiej artystki Mariny Abramović, o czym dowiedziałam się od swej Spanish Professor, muchas gracias por eso. Entuzjastką performance'u siebie bym nie nazwała, ale psychologii – to już tak. Bo czym innym, jak nie wkroczeniem w tą drugą był jej projekt z 1974 r., w którym Abramović przez sześć godzin zdała się na łaskę publiczności, pozwalając, by przy użyciu wybranych przedmiotów, do sprawiania zarówno przyjemności jak i bólu, robiła z nią, co chciała? Zaczęło się spokojnie, z dystansem i niewinnie; zaczęło się z niedowierzaniem, że jak to, mogę z tobą, co chcę; zaczęło się chyłkiem, zaczęło się ukradkiem, by przejść w agresję i rozbestwienie. Jej ubranie pocięli, a ktoś inny przystawił jej spluwę do głowy. Później powie, że jeżeli pozwolisz publiczności robić to, na co ma ochotę, to może cię zabić.

Równie przerażające, jak eksperyment więzienny Zimbardo. Aż ciśnie się na usta pytanie, co w takich warunkach samemu by się zrobiło...

Cóż, tego się nie dowiem, a i wiedzieć tego chyba nie chcę, za to na pewno z wielką chęcią wybiorę się do Serpentine Galleries. I może Magda się nawet skusi :)

Tutaj ciekawy artykuł na zachętę:

http://www.theguardian.com/artanddesign/2010/oct/03/interview-marina-abramovic-performance-artist

niedziela, 11 maja 2014

Wyjazdu do Londynu w tym roku nie planowałam. Owszem, chodzą mi Wyspy po głowie, i to nie od dzisiaj, na różne sposoby o nich myślę i być może przyjdzie okazja, już niedługo, by szerzej o tym pisać. Ale jeszcze nie teraz, najpierw rzeczy pierwsze – najpierw Londyn.

A wszystko przez M. Dzwoni nagle, z pytaniem czy do Londynu nie mam ochoty się przejechać. Ochotę mam, dawno w tym mieście przecież nie byłam (a i towarzystwo przednie), odpowiadam więc, że jasne, do Londynu jedźmy!

Mimo że przez Londyn przejeżdżałam razy kilka, w tym w drodze na Orkady (z jakiejś niezrozumiałej przyczyny postanowiłam na wyspy, bądź co bądź znajdujące się na północ od „mainland Scotland”, dostać się drogą lądowo-morską, z Poznania przez Londyn i Aberdeen, i dalej promem do Stromness, co zabrało mi ok 50 godzin, w tym ok 10-godzinne postoje w Aberdeen i Londynie właśnie), mogę powiedzieć, że w mieście tym byłam raz. Ale co to za pobyt był, cóż za wrażenia. Otóż bez żadnego doświadczenia, z zerowym obyciem w świecie, po raz pierwszy wyruszyłam sama z plecakiem za granicę z mocnym postanowieniem nie balangowania od zmierzchu do świtu, ale... poprawienia wymowy (pod groźbą kłopotów na studiach). Cel być może i był praktyczny, ale pracowanie nad nim och jakie przyjemne. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności pojawiłam się w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie, tj. nieistniejącym już polu namiotowym w Hackney, gdzie w zamian za wikt i opierunek (i 30 funtów tygodniowo) pracowałam w recepcji, sprzątałam, gotowałam i ogólnie zajmowałam się sprawami bieżącymi. A w czasie wolnym – zwiedzanie, życie towarzyskie, Soho, kufel Guinnessa albo i dwa...

Od tamtego czasu, od początku studiów, od pierwszych wyjazdów do Londynu i potem z E. stopem dookoła Wielkiej Brytanii (plus Belfast na deser) czy na Wyspy Aran (gdzie ku mojej uciesze w trakcie powrotu stopa udało mi się złapać jeszcze na promie, w „truck drivers' lounge” – co prawda kierowca nie poczekał na nas, ale za to myśmy poczekały na innego, aż się obudzi [wyboru za bardzo nie było a i kierowca, widząc nas, wyboru za bardzo nie miał...] i pamiętam dokładnie, jak pruliśmy przed siebie, tak szybko, na ile tachometr pozwalał, wyśpiewując irlandzkie piosenki na całe gardło..., od tamtego czasu sprawy bardzo się zmieniły. Zamiast autobusem polecimy samolotem, zamiast na polu kempingowym czy pokoju ośmioosobowym w hostelu zatrzymamy się w hotelu (z WiFi i prywatną łazienką!), a zamiast „baked beans” z puszki, często przy drodze, kolację zjemy w knajpie, fajnie ubrane, do smaku sącząc piwo czy cokolwiek innego, co tę paręnaście lat temu było kompletnie poza zasięgiem. Tak, wiele się od tamtych czasów zmieniło, i ja sama zrobiłam się bardziej wygodna (łazienka! WiFi! - przynajmniej raz na jakiś czas), tylko towarzystwo wciąż tak samo fajne.

[Mapa Londynu już zakupiona]

[Baked beans by Tesco – obiad gdzieś na bezdrożach Irlandii...]



| < Wrzesień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30  
Ulubione: Blogi podróżnicze