Maroko

niedziela, 12 maja 2013

Miał być wpis o Afryce, ale weny nie starczyło, zbyt dziwne wczoraj rzeczy się stały. Natomiast znalazłam zapiski o podróży do Maroka sprzed dwóch lat, częściowe, bo tuż przed Saharą urwane; niemniej jednak publikuję je tutaj i zapraszam do lektury.

Casblanka

Poranna kawa z mlekiem, w proszku tym razem. Nasze okno w hotelu Miramar wychodzi na zasypany śmieciami placyk, ale jestem podekscytowana, toż to Casablanka, toż to Afryka. Za chwilę ciekawość miasta ustąpi miejsca znużeniu nim. Będąc głównym ośrodkiem przemysłowym Maroka, Casablanka nie ma nic wspólnego z romantycznymi wizjami, jakie stworzyłam sobie po obejrzeniu „Casablanki”, kręconej, okazuje się, w Hollywood.

Lot szybko minął, no prawie. Na dziesięć minut przed lądowaniem łup!!! Walnęło, uderzyło, ogłuszyło. Po roku od leczenia odzywają się zatoki szczękowe. Chowam głowę między rękoma próbując zapomnieć o rozsadzającym mi głowę bólu. Trzy, dwa, jeden, lądujemy. Chwila ulgi, ale lepiej poczuję się dopiero następnego dnia.

Szoku kulturowego nie ma i nie będzie. Zaciekawienie, zainteresowanie, próba uwierzenia w to, że jestem w Afryce, a i owszem. Do hotelu docieramy sprawnie. Odbiera nas Marek, załatwia taksówkę i po pół godzinie jesteśmy już w Casablance. W licznych barach i kafejkach, które mijamy po drodze, przy stolikach, zwróceni twarzą do ulicy, przy Berber whisky i kawie siedzą sami mężczyźni. Kobiety nie widzę żadnej. Zadziwię się tym jeszcze, zastanowię, zadam sobie pytanie, dlaczego tak jest, i docenię możliwość przechadzania się po barach to w Polsce, za dni kilka, gdy po Fezie w poszukiwaniu otwartej apteki nocą jeździć będziemy.

Marakesz

Na dworzec kolejowy dojeżdżają dwoma taksówkami. Przekraczając wszelkie normy wypakowania samochodu, kierowca nie chce nas dowieźć pod sam budynek dworca, gdzie zaparkowała policja. Regulujemy rachunek i taszczymy plecaki. Znakomite wrażenie robi, to marokańskie PKP. Za tygodni dwa z zadziwieniem patrzyć będę, jak Interregio jadące do Rzeszowa tłumy na dworcu Warszawa Centralna szturmować będą próbując dostać się do środka wszystkimi możliwymi sposobami: drzwiami, oknem. Części z nich się uda, część zostanie na peronu, z nieprzydatnym biletem w ręce.

Sieć kolejowa w Maroku jest niewielka. Z Casablanki jedziemy do Marakeszu nie więcej niż trzy i pół godziny. To nasza pierwsza i ostatnia podróż pociągiem. Czas mija szybko, krajobraz zmienia się niczym w kalejdoskopie. Przymykam oczy, wsłuchując się w rytm stukotu kół pociągu, i budzę się już w... Marakeszu.

W hotelu, zagubionym w uliczkach wokół wpisanego na listę światowego dziedzictwa kulturowego placu Jemaa el Fna, meldujemy się sprawnie i po chwili odpoczynku wychodzimy. Po południu pustawy, wieczorem Jemaa zamieni się w tętniące życiem serce miasta. Po raz pierwszy (i ostatni!) dotykam węża, piję herbatę miętową ze sztabką cukru, gubię się w zaułkach otaczających plac uliczek. Podziwiam artystów, delektuję się świeżo wyciśniętym sokiem z pomarańczy i grejpfruta, stanowczo odrzucam kolejne propozycje zjedzenia koziej głowy, zrobienia sobie henny czy zakupienia skórzanej torebki. Mijając kolejne kuchnie, w których gotują tylko mężczyźni, dochodzę do wniosku, że podoba mi się społeczny aspekt jedzenia – ludzie siadają dokoła kuchni na poustawianych ławeczkach i zajadają. Możesz żyć sam, a jeść w towarzystwie. Genialne rozwiązanie.

W stronę Atlasu

Bus czeka na nas już wcześnie rano. Dziś ruszamy w Atlas, najwyższe góry północnej Afryki. Zajmując miejsce jeszcze nie wiem, jaką niespodziankę i jaki wysiłek dla mnie te góry przyszykowały, jakiej koncentracji i jakiego opanowania własnego strachu będą ode mnie wymagały.

Z naszym przewodnikiem Drissem witamy się po francusku. Bon jour, ca va? Ca va bien! Próbuję sobie przypomnieć słówka francuskie, ale za każdym razem, kiedy chcę cos powiedzieć nie po angielsku, do ust cisną się słowa hiszpańskie. Tak, umiejętność, z której nie korzystamy, zanika.

Na lunch Driss zaprasza nas do swojego domu. Po podaniu Berber whisky na stój wjeżdża wielki talerz z kuskusem i warzywami, za chwilę pojawiają się owoce, kawałki melona znikają szybko a po kolejnych filiżankach miętowej herbaty na chwilę zapominamy, jaki jest nasz faktyczny cel przyjazdu do Wysokiego Atlasu przez moment oddając się marzeniom, że cały nasz pobyt sprowadzi się do jedzenia wymyślnych dań, delektowania się smakami marokańskiej kuchni, popijania herbatki z mięty i, prawdę mówiąc, nie oddalamy się w tych naszych marzeniach zbyt daleko od prawdy – przez najbliższe 3 dni bowiem nasz kucharz Hassan tworzyć będzie dla nas dania wyśmienite, najlepsze, jakie w życiu jadłam, niekończące się ilości tajinów, warzywne, z jajkami, dla niektórych mięsne, lunche wyszukane, a z nich najbardziej ten, który już następnego dnia zjemy, na ok. 3900m. Usłyszawszy, że część osób poszła na Ras Ouanoukrim, 4 083m, brat naszego przewodnika spakuje do plecaka chleb, sardynki w puszce i pomarańcze i popędzi na górę, byśmy mogli się posilić. Tego zdziwienia, że ktoś coś takiego zrobił, tej wspólnej radości i tej wspólnej biesiady na takiej wysokości jeszcze przez długi czas nie zapomnę.

Po lunchu, w domu rodzinnym naszego przewodnika, wchodzimy w serce Atlasu Wysokiego. Dziwne to miejsce. Słońce pali, głazy balansują niepewnie. Ciekawe, jaki jest hałas, kiedy spadają. Inne jest światło. Bardziej rozproszone, bardziej miękkie. Schylając się ku zachodowi, słońce tworzy korytarze. Zakładam swoje górskie okulary i wpatruję się, z niedowierzaniem.

To niedowierzanie towarzyszy mi nieustannie. Jakby była jakaś bariera powstrzymująca mnie od zapadnięcia się w tę otaczającą mnie rzeczywistość. Może dlatego, że jest taka inna, od powietrza, od słońca, przez krajobraz aż po ludzi i ich styl życia. Tylko w momencie wspinaczki jestem stuprocentowo tu i teraz. Jestem każdym krokiem, każdym chwytem skały, każdym odbiciem od niej. Za tym będę tęsknić, już za tym tęsknię. I już wiem, że najbliższy wyjazd, jakikolwiek, to góry, góry, góry.

Wchodząc do wioski Armed, ostatniej w dolinie Imlil, uparcie przyglądam się miejscowemu życiu. Mijamy dzieci z zapałem grające w piłkę. Kobiety niosące na plecach opał. Życie tutaj toczy się w innym tempie. Wolniejszym. Wieczorem całym „Bengay teamem” wybieramy się na wieczorną przechadzkę po wiosce starając się zapamiętać, gdzie i kiedy skręcić, by się nie zgubić. Przyglądamy się mieszkańcom tak jak i oni przyglądają się na. Egzotyczni dla siebie nawzajem.

Atlas Wysoki

Szczyt Toubkala, 4 167m, zdobią dwie kropki, dwie plamki śniegu. Siedzę na tarasie na dachu ściskając w rękach parujący kubek z kawą. Znowu ta kawa... ale są pewne rzeczy, z których, rano przynajmniej, nie zrezygnuję. Z drugiej strony, może to uzależnienie? A więc siedzę na tym tarasie, ściskam ten kubek, popijam, gorącą jeszcze, kawę, posłodzoną, tak jak lubię najbardziej, i wpatruję się w te dwie kropki. Ja tutaj, one tam, jak to możliwe, jak to być może, że za dwa dni się spotkamy?

Zanim wyjdzie zza gór, słońce daje o sobie znać. Najpierw lekko, potem coraz odważniej, coraz dosadniej oświetla szczyty na horyzoncie. Promienie lecą świetlnym korytarzem rozbijając się o śnieg na szczycie Toubkala. Mój pierwszy czterotysięcznik, myślę sobie.

Tylko że rzeczy, które myślimy, że będą, nie do końca się dzieją.

Podejście do bazy Mouflons pod Toubkalem zajmuje nam prawie cały dzień. Idę powoli, krajobraz z każdym zakrętem zmienia się na bardziej surowy. Opuszczamy świat cywilizacji, wchodzimy na teren gór i natury. Momentami wiatr zawiewa tumany kurzu prosto w twarz. Poprawiam okulary. W utrzymaniu równowagi pomagam sobie kijami, wieje tak mocno, czasami.

Docieramy do schroniska. Zostawiam swoje rzeczy w naszym jednym wspólnym pokoju i idę na spacer. Nie mogę usiedzieć. Nosi mnie. Spoglądam w górę – na przełęczy prowadzącej na Toubkal zauważam dwa kolorowe punkciki, zielony i pomarańczowy. Chwila zastanowienia, pokojarzenia faktów – to ludzie schodzą z Toubkala. Jacy malutcy są na tej górze.

W bazie prąd jest tylko od zmroku do 21:30. Ach, czemu nie wzięłam czołówki? W nocy nie mogę spać. Przewracam się z boku na bok. Otwieram oczy i... nic nie widzę, ani cienia, ani ledwie rysujących się kształtów. Kompletnie nic. Wytrzeszczam oczy, wytężam wzrok, ale to nic nie pomaga. W całym schronisku, w całej dolinie, światła nie ma żadnego. Uspokajam się, próbuję usnąć.

Dzień planujemy łatwy i przyjemny. Ot, spacer na przełęcz na 3 700m. Wychodzimy rano, sprawnie docieramy do celu, robimy pamiątkowe zdjęcia. To, co się dzieje potem, przekracza wszystkie decyzje, jakie spontanicznie w życiu podjęłam. Bo spontanicznie postanawiam wejść na Ras Ouanoukrim, 4 083m. Razem postanawiamy, w piątkę. Dzień tak pięknie się zaczął, tyle go jeszcze przed nami, że postanawiamy spróbować.

Driss, nasz przewodnik, ewidentnie stwierdza, że co jak co, ale my to jesteśmy grupą zaawansowaną i biegnie na przełęcz niczym szalony. A my za nim. Rafał, Paweł, Jadzia, ja i Monika. W takiej kolejności, mniej więcej, będzie się ta kolejność jeszcze zmieniać, ale obecność Rafała przede mną w jakiś sposób wpływa na mnie kojąco i kiedy przyjdzie co do czego, kiedy przyjdzie do schodzenia, powiem mu: idź pierwszy, ja pójdę po tobie.

Ale do schodzenia to jeszcze daleko.

Jeszcze nie weszliśmy.

Na przełęczy wzmacniamy się tym, co kto ma. Częstujemy się wzajemnie. Panuje duch solidarności, orzeszki, czekolada, kabanosy krążą na niestniejącym stole.

Czas iść, musimy zdążyć przed zachodem słońca, ponagla nas Driss. To aż tyle potrwa? – zastanawiam się przyglądając się uważnie, co Driss robi. Hola, hola, czy to jakaś zabawa. Un chiste? Driss, sprawnie, jakby nic innego w życiu nie robił, wspina się po wyrastającej obok nas skale. W tym momencie mogę zadecydować, że dalej nie idę, że rezygnuję, że to nie dla mnie, ale zainteresowanie, jak to jest, jak to będzie, jak będę się czuć, na skale, jest tak silne, że składam kije, zakładam plecak i drżącymi rękami chwytam się skały. Odbicie, jestem na pierwszym stopniu. Chwytam za kolejny. Skałę sprawdzam dokładnie, rękoma i nogami, czy jest stabilna, czy nie oderwie się, zabierając mnie ze sobą w ostatni lot.

Jest taki moment, gdy wspinając się, po prawej stronie mam przepaść. Jest nawet taki moment, gdy ta przepaść jest z obu moich strony. Jeden krok nie taki, jedno potknięcie, nawet nie moje, ale osoby z góry, czy moje, w dół, i spadamy razem.

Boję się.

Skała kończy się tak nagle, jak się zaczęła. Jeszcze tylko rumowisko, i będziemy na szczycie. Krok za krokiem wlokę się powoli. Jestem po przełęczy, jestem na czterech tysiącach, czuję to.

Słońce wisi centralnie nad szczytem. Oświetla go. Skały i kamienie lśnią oślepiająco, w tym świetle słonecznym. Nikogo innego na górze nie ma, jesteśmy sami. Z każdym krokiem szczyt zbliża się coraz bardziej. Przypływa wręcz. Zapominam o pytaniu, po co mi to. We wtorek 20 września staję na swoim pierwszym czterotysięczniku, szczęśliwa w tej chwili.

O skale zaczynam myśleć przy zejściu. Szukam sposobu. Postanawiam uznać swój strach, pozwolić mu być. Pozwalam sobie spojrzeć w przepaść i uznać, że ona tam jest. Ale nie odnoszę jej do siebie. Dostrzegam to, co się dzieje dokoła, co mnie otacza, ale schodząc z tej skały, wspinając się w dół, jestem tak bardzo tu i teraz, że widzę tylko to miejsce, na którym stawiam nogę, świadoma jestem tylko tego uchwytu, na którym podpieram się ręką. Niczego innego nie ma. Koncentracja stuprocentowa.

Udaje się. Schodzę cała i zdrowa. Wszyscy schodzimy cali i zdrowi.

A w bazie czeka na nas nic innego jak pyszny lunch i zaraz po nim kolacja. Mniam!

Następnego dnia rano, wyłączając budzik, boję się, co poczuję. Ale nie czuję nic. Jaka ulga. W nogach nie czuję nic. To znaczy.

Ubieramy się sprawnie i szybko, sprawnie i szybko jemy śniadanie i, tempem tym razem grupy początkującej, wyruszamy na dach Afryki Północnej.

Coś jest z tym tempem. Idąc swoim, nie męczę się, ale idąc tempem narzuconym, męczę się straszliwie, prycham, nie mogę złapać oddechu, przeskakuję z nogi na nogę. W końcu Driss puszcza nas swobodnie – na Jebel Toubkal drogi pomylić nie sposób.

Swoim ogromem jest większy. Swoim ogromem przytłacza. Przełęcz wsysa nas jednego po drugim. Mrużąc oczy na najwyższym punkcie horyzontu dostrzegam kolorowe punkciki. Tym razem wątpliwości nie mam, to inni wspinacze. Tam gdzie oni są teraz, będę i ja.

Miłe to wejście. Ogółem mało męczące. Nie wydarzają się żadne dramaty, nie ma żadnych lęków do opanowania, żadna skała nie staje nam znienacka na drodze. W środę 21 września staję na szczycie swojego drugiego czterotysięcznika.

El-Sawira

Potrzebuję chwili dla siebie. Tłumacząc się zmęczeniem, jakie we mnie powoduje niespieszne przechadzanie się od sklepu do sklepu, oddalam się w stronę placu przy porcie. Wybieram tę samą ławeczkę, na której wczoraj z A popijałyśmy piwo, w tym kraju muzułmańskim towar z gatunku zakazanych, z puszek skrzętnie zawiniętych w stare arabskie bądź też francuskie gazety.

Jestem w El-Sawirze, z jednej strony popularnym kurorcie turystycznym, z drugiej miastem, gdzie w powietrzu unosi się specyficzny, zgoła niepowtarzalny zapach. Czy to zapach z Medyny, tętniącego życiem portu rybnego, trudno mi powiedzieć. Ale za każdym razem, gdy wyglądam z okna naszego pokoju, za każdym razem gdy wyłaniam się z Medyny w kierunku portu, zapach ten towarzyszy mi wiernie i nieustannie. Mijam meczet. Świadectwem trwających właśnie modlitw są rzędy poustawianych przed wejściem butów. Za dni kilka, w Fez, spoglądając ze wzgórza na otoczone białymi cmentarzami miasto, zastygniemy w bezruchu, zafascynowani, gdy wraz z nadchodzącym zmrokiem rozpoczynać się będą, jedno za drugim, niczym wzbierająca fala przewalająca się przez miasto, wezwania do modlitwy. Ale dziś w El-Sawirze jest spokojnie. Mężczyźni i kobiety modlą się osobno, zagraniczni turyści przechadzają się w poszukiwaniu atrakcyjnych cenowo łupów z podróży, a ja siedzę na ławeczce i przyglądam się temu, co dzieje się przed moimi oczami.

Najbardziej, z największą uwagą, z niekończącym się zainteresowaniu graniczącym poniekąd z fascynacją przyglądam się kobietom. Tym, które w ten gorący dzień ubrane są od stóp do głów, a rzeczone stopy i dłonie mają zakryte czarnymi, na pierwszy rzut oka, wełnianymi skarpetkami i rękawiczkami, współczuję z całego serca. Przypomina mi się wywiad, jaki pewien czas temu czytałam z dziennikarką, która aby poczuć na własnej skórze, jak to jest poruszać się w zakryciu od czubka głowy po koniuszki palców, aby zobaczyć, do czego sprowadza się postrzegania świata patrząc na niego zza takiej bariery, sama ubiera na siebie burkę i wychodzi na ulicę. Miała wrażenie, jakby się dusiła, jakby zawinięto ją w kokon i wystawiono na ulicę, każąc jej, by sobie radziła. Siedząc na tej skąpanej w słońcu ławeczce, próbuję sama siebie wyobrazić w tej sytuacji i nie mogę. Może to kwestia treningu, wychowania, wdrożenia w daną kulturę, ale zrozumieć nie mogę, dlaczego mężczyzna może okazać twarz, a kobieta nie. Tymczasem w porcie praca wre. Cumują kutry z rybami. Ustawieni w rzędy, mężczyźni sprawnie podają sobie nawzajem wypełnione szprotami tace. Nagle jedna wyślizguje się i upada na ziemię. Rybki, drgając jeszcze, rozsypują się na wszystkie strony. Kilku rybaków rzuca się ratować sytuację. Gołymi rękoma ładują ryby z powrotem do tacy odganiając biedaka, który kręci się w pobliżu z reklamówką w ręce próbując przechwycić jakąś rybią zgubę.

Ait Benhaddou i Pan Króliczek, czyli luksusy z widokiem na "Gladiatora"

Tutaj kręcili "Lawrenca z Arabii", tutaj kręcili "Gladiatora", ponad pięćdziesiąt różnych filmów tutaj kręcili. To tutaj na stół u Pana Króliczka wjeżdża najpierw zupa z cukinii w akompaniamencie chrupkich chlebków w towarzystwie tac wypełnionych kuskusem, warzywami i kurczakiem, o rozpływających się w ustach owocach, mango i winogronach, nie wspominając.


Wieczorne godziny przed kolacją spędzam na tarasie na dachu. Nieuchwytnie staje się to moim zwyczajem. Jeżeli tylko jest to możliwe, wstaję przed wschodem słońca, na grzałce gotuję wodę, przyrządzam kawę, słodką czarną, i z zaspanymi oczami telepię się po schodach na taras. Opadam ciężko na krzesło, biorę pierwszy łyk kawy i zaczyna dziać się fajnie - krążąca w żyłach kawa pobudza mnie do życia,a promienie wschodzącego słońca czarują rzeczywistość tak bardzo, że nie chcę być nigdzie indziej, jak to i teraz, na tym dachu, w tym towarzystwie, w tej chwili.

A więc siedzę na tym dachu, tym razem z miętową herbatą, parującą, jakżeby inaczej, w ręce i przebiegam wzrokiem po Ait Benhaddou, filmowym miasteczku zbudowanym od zera. Przegryzając migdały spoglądamy na to afrykańskie niebo dywagując, w którą stronę odjeżdżać będzie Wielki Wóz i gdzie schował się jego mniejszy brat. Patrzymy na sunące między gwiazdami samoloty, dokąd lecą? Co robią ludzie na pokładzie? Czy rozgrywa się jakiś międzygwiezdny dramat czy też może rodzi się nieziemski romans, tam wysoko, ponad chmurami?


Gdybym była malarką, zamieszkałabym w Atlasie. Miałabym tu swój jesienny domek. To tutaj, niczym pociągnięcia pędzlem, góry miękko rysują się na odległym horyzoncie układając się w magiczne kompozycje żółci, zieleni, brązu i czerwieni. Osnuta zielenią i brązem potrafi eksplodować urwiskiem wściekłej czerwieni, aż masz ochotę krzyknąć: czasie stój!

Nie patrzę na otaczający mnie krajobraz przez obiektyw aparatu. Taką podjęłam decyzję. Tylko raz żałuję, wtedy w porcie w El-Sawirze, gdy skrzące się w słońcu rybki powodują takie zamieszanie, takie emocje, że aż z przyzwyczajenia zwalniam palcem nieistniejącą migawkę.

Słowem jeszcze nie wspomniałam o pustyni. O Saharze, do której zmierzamy i w której przedsionku jesteśmy. Ani słowem o niej nie wspomniałam, bo słów tych nie potrafię znaleźć. Umykają mi, te słowa, odpowiednie. Te, które do głowy mi przychodzą, wydają się tak nieadekwatne, tak mało precyzyjne, tak niedobrane, że milczę, na przedsionek Sahary patrząc, w zamyśleniu.

Na górę Ait Benhaddou wchodzimy, oczywiście. Gdy zniżające się ku zachodowi słońce czerwienią oświetliło falujące piaski, wezbrane, falujące na horyzoncie góry, wtedy wchodzimy. Robię jedno zdjęcie. Każdą chwilę poświęcam na muskaniu wzorkiem tego, co widzę, bo wiem, jak bardzo jest to ulotne, z jaką zawrotną prędkością słońce zniknie za horyzontem pozostawiając nas w pogłębiającym się półmroku.

Tak sobie myślę, że świat jest piękny.

Sahara

Zaczyna się nagle i znienacka. Ostro rysujące się na horyzoncie góry okazują się górami piasku. Nie mija wiele czasu, i wśród gór tych jesteśmy. Do obozu docieramy już po zapadnięciu zmroku. Kolację, przepyszny tadżin z bakłażanami, podają nam w blasku świec, i gwiazd.

Próbuję sobie wyobrazić dawne karawany, jak z Timbuktu przemierzały przez Afrykę w kierunku Maroka. Jakoś nie potrafię.

Piasek jest inny. W ciągu dnia niemożebnie nagrzany. Mając na nogach sandały, nie jestem w stanie zrobić więcej niż kilka kroków. Tak parzy.

Spoglądam na te łagodne, lekko falujące wydmy, i myślę, że te miękkie kształty nie pasują do Afryki podzielonej granicami jak w kratkę. W stronę Algierii, fale wydm zmieniają swój kolor na bardziej intensywny z każdą minutą mijającego dnia. Nasze cienie stają się coraz dłuższe, pracując w tandemie ze słońcem. Niebo, podobnie jak piasek, przechodzi kolorystyczną transformację. Drobne chmurki, początkowo błękitno-granatowe, zaczynają ciąć niebo różowymi wstęgami, podczas gdy na horyzoncie nabiera kształtów wulkan czarnej chmury.

Panuje niezmącona niczym cisza, słychać tylko głuchy tupot wielbłądzich stóp.

[Sahara...]

Sahara

[Na kamelach...]

[Wietrznie na tej wydmie...]

[Widoczek...]

[W drodze na Ras Ouanoukrim...]



[Na szczycie Ras Ouanoukrim, mojego pierwszego czterotysięcznika...]

[W Atlasie...]


16:26, mobile_mon , Maroko
Link Komentarze (1) »
| < Listopad 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30      
Ulubione: Blogi podróżnicze