Boliwia

niedziela, 10 listopada 2013

Czając się z rurą odkurzacza nad maleńkim pająkiem, co skrzętnie się ukrył w mojej łazience, zastanawiam się, jak to możliwe, że takie maleństwo, taki bardziej pajączek niż pająk, strach i trwogę we mnie wzbudza, podczas gdy napotkane w Boliwii pająki kilku, by nie rzec kilkunastocentymetrowe, czyli bardziej pajączyska niż pająki, żadnych większych emocji we mnie nie wywoływały. Może dlatego, że tam one były u siebie, a ja ich gościem, a tutaj, u mnie w domu, jest dokładnie na odwrót?

Bo tak, wróciłam już. Zarówno ja, jak i mój bagaż (na temat sposobu przewożenia bagażu można notkę znaleźć we wpisie „Jak przeżyć w Ameryce Południowej (i na dodatek dobrze się bawić?”) podjechaliśmy (w porównaniu z Boliwią super-drogą) taksówką do domu w zeszłą niedzielę. Ten powrotny lot najpierw nad Hiszpanią (Europa!), potem nad Polską i wreszcie pierwszy dzień w Poznaniu, to był czas pewnego zdziwienia, spojrzenia na tutejszą rzeczywistość inaczej, z innego punktu widzenia, przez inne, można by rzec, na nosie okulary.

Ostatniego dnia w La Paz wybieram się jeszcze na cmentarz komunalny. Zasięgam przysłowiowego języka, jak tam dojechać, i mówią, że z rogu Santa Cruz i IIampu powinnam raz dwa coś złapać. Tak faktycznie się dzieje – nie czekam nawet chwili, gdy już podjeżdża na wpół zapakowany busik, wsiadam więc do środka, podciągam nogi prawie że pod brodę (busiki tutaj wydają się być dostosowane do raczej skromnego wzrostu mieszkańców) i... stajemy w miejscu. Tak, w miejscu stajemy, bo w ciągu dnia ruch w centrum La Paz jest tak wielki, że busy, a tych są dziesiątki, setki, a być może i tysiące, czekają, zatłoczone, na swoją kolej, by do przodu ruszyć, by na skrzyżowanie siłą wjechać i tam ruch dalej blokować, bo ani do przodu, ani w bok zjechać nie można – tak szczelnie jest wszystko zakorkowane.

Żółwiem tempem posuwamy się w górę Max Paredes. Raz po raz jakiś zdesperowany tym korkiem, tym czekaniem pasażer wysiada – pewnie szybciej będzie dojść tam, gdzie zmierza, na pieszo. Ale ja nigdzie nie wysiadam – dojadę tak pod same bramy cmentarza i z powrotem na Calle Sagarnaga busikiem też wrócę, chociaż mogłabym przecież wrócić spacerkiem (aż tak daleko to nie jest), wydłuż pełnych straganów ulic, wśród trąbień, okrzyków, nos wiercących zapachów, przepychających się przechodniów, wykrzykujących nazwy swojego towaru sprzedawców. Ale tego nie robię – bo tego ostatniego w La Paz dnia raz jeszcze chcę żyć, przemieszczać się, jak miasta tego mieszkańcy.

A to oznacza stanie w korkach nieprawdopodobnych.

[Korek na Max Paredes w La Paz]

Max Paredes, La Paz

[Cmentarz komunalny w La Paz]

Cmentarz komunalny w La Paz 

[Lima – 10 godzin]

[Barcelona – 11 godzin]

11:02, mobile_mon , Boliwia
Link Komentarze (2) »
czwartek, 31 października 2013

W jeden z ostatnich dni w La Paz (i Boliwii) wybieram sie ponownie na Mercado de Hechiceria (po polsku zwany Targiem Przedmiotow Magicznych) – nie zamierzam jednak kupic plodu lamy czy dziobu tukana, ale znalezc yatiri, kogos w rodzaju szamano-wrozbity, ktory opowie mi o mojej terazniejszosci i przepowie mi przyszlosc. W zrodlach czytam, ze do tego, co mowia yatiri, nalezy podchodzic powaznie, oraz ze sa raczej niechetni przyjmowania obcokrajowcow, tak mnie to jednak frapuje, ze decyduje sie zaryzykowac – najwyzej uslysze ‘nie’.

Tuz na poczatku Calle Linares (idac w dol Calle Sagarnaga w lewo) przerozne proszki, ziola, dzioby i wspomniane juz plody lamy sprzedaje starsza pani, ktorej sam wyglad, sama prezencja, sam sposob siedzenia i rozmowy z kupujacymi sugeruje, ze jezeli nie wie na pewno, to wiedziec moze, gdzie yatiri znalezc. Witam sie wiec, zapytuje, co slychac i wyluszczam swoja prosbe – ze szukam kogos, kto przepowie mi przyszlosc z lisci koki. Jednak w odpowiedzi slysze, ze nie ma pojecia i ze powinnam szukac na Calle Sagarnaga. Czy tak jest, czy faktycznie pojecia nie ma, trudno powiedziec. Na Calle Sagarnaga jednak nie wracam – nie bardzo czuje, kogo tam podpytac – wszystko tak bardzo na turystow i na sprzedaz jest tam nakierowane. Decyduje sie isc dalej i na koncu Calle Linares, w sklepie ezoterycznym o nazwie Martha, ponownie witam sie, zagaduje (taki boliwijski small-talk) i pytam, kto moglby mi powrozyc z lisci koki. Tym razem dostaje konkretne wskazowki – tuz za ‘rogiem’, pod niebieska plachta (rozwieszona do ochrony przed zabojczym tutaj sloncem) urzeduje yatiri i moge sie do niego udac. Cena uslugi: 10 BOB (ok 5 zl).

Udaje sie we wskazanym kierunku i widze, ze juz tam ktos jest – siadam wiec na krawezniku w pewnej odleglosci i czekam na swoja kolej. A ta przychodzi dosc szybko – nie mija piec minut i osoba w srodku sie z yatiri zegna i wychodzi. Oblatuje mnie lekki strach, jakis rodzaj niepewnosci – nie wiem przeciez czy w ogole mnie przyjmie, ale wchodze pod plachte, witam sie i pytam czy moglby powrozyc mi z lisci koki. Z koki okazuje sie jednak ze nie, ale z kart to i owszem. Zgadzam sie, siadam na malenkim krzeselku i zaczynamy.

Pyta mnie, jak sie nazywam i skad jestem. Odpowiadam i yatiri, wypowiadajac slowa, ktorych nie rozumiem (z wyjatkiem swojego imienia) dwukrotnie wylewa odrobine alkoholu na ziemie. Pierwsza z nich oznacza mnie w konfiguracji z tzw. druga polowa, natomiast druga to sprawy zawodowe. Mowi mi, co formy, w ktore plamy alkoholu na ziemi sie ulozyly, oznaczaja, bierze talie kart do reki, kaze mi w nia dmuchnac i rozklada karty. Sprawy, o ktorych opowiada (niestety nie wszystko rozumiem – yatiri mowi trudnym dla mnie akcentem) to sprawy, mozna by rzec, standardowe, czyli stan umyslu, zycie osobiste, zdrowie, praca. Chociaz wyjawic niczego, co powiedzial, nie zamierzam – sprawa to przeciez osobista, to powiem tylko, ze w niektorych spostrzezeniach byl yatiri zaskakujaco trafny.

Zupelnie z innej beczki: La Paz – praktycznie dla kobiet ;)

- zaskakujaca piekna, recznie robiona bizuterie oraz inne cudownosci mozna znalezc w malenkich sklepikach wzdluz Calle Jaen.

[Kolczyki zakupione na Calle Jaen]

 

[Portfelik wypatrzony na Calle Jaen]

14:56, mobile_mon , Boliwia
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 22 października 2013

Na rozbudzenie wypijam male espresso w Cafe de la Jungla, jednym z moich ulubionych lokali w Rurrenabaque. Niewielkie, slodkie, acz nie za bardzo, raz dwa odgania resztki snu, ktory jeszcze gdzies sie plata. Bowiem w Rurrenabaque spie zupelnie inaczej – jest tak (wspaniale) duszno, parno i goraco, ze wieczory spedzam wylegujac sie na swiezym powietrzu z czyms zimnym, najlepiej babelkowym, na ochlode i dobre samopoczucie, klade sie spac o wiele pozniej niz w Poz i wstaje... wczesnie rano – tak goraca, parno i duszno tu jest, w Rurrenabaque.

Wypijam wiec to niewielkie, diabelsko slodkie espresso i stawiam sie w agencji Fluvial Tours, z ktora wybieram sie na trzy dni na ‘pampas’. Pozostali uczestnicy wyjazdu docieraja na miejsce zaraz po mnie, a sa to przemila para z Hiszpanii, wrazliwy wspinacz z Niemiec (byl m.in. na Pequeño Alpamayo i Hyuana Potosi, na ktore i ja mialam swego czasu sie wspiac, ah) i dwie urocze Boliwijki. Pakujemy bagaz i jedzenie na dach jeepa i ruszamy.

Ten moment, ta chwila tego ruszania, tego odpalania silnika i tego wolnego, niespiesznego przejazdu przez uroczo slodkie Rurre, z naszym kierowca Jose Luisem, to ostatni moment, ostatnia chwila jazdy wygodnej, bez podskakiwania, bez prob skrycia sie przed kurzem, co koniec koncow i tak wygrywa, szczelnie nas opatulajac. Wystarczy, ze zjedziemy na droge nieasfaltowa, wystarczy, ze popedzimy w kierunku Santa Rosa de Yacuma, i juz nam na tych wybojach niewygodnie, juz ulozyc sie nie mozemy, w tumanach kurzu bezbolesnego miejsca szukamy, bezskutecznie. Ale jest w tej chwili, w tej jeepem po wertepach jezdzie, jakis urok, jakas magia, jakas atmosfera niepowarzalna sie tworzy, gdy podduszeni, w udreczeniu domki, niektore z gliny, strzecha kryte, inne z badyli, ‘muy pegaditos’, w forme domostw powiazanych, mijamy, smugi kurzu za soba pozostawiajac.

W Santa Rosa czeka na nas pyszny lunch i ta godzina, ktora przy stole spedzamy, to okazja, by blizej sie zapoznac. Przy wspolnym stole jeszcze nie raz bedziemy siedziec i posiedzenia te beda coraz dluzsze, a i po powrocie do Rurre na wspolna kolacje i drinka do Mosquito Bar sie wybierzemy – ale to dopiero sie stanie, na razie konczymy lunch, podjezdza po nas Jose Luis i mkniemy, ponownie w tumanach kurzu, do portu na rzece Yakuma, gdzie ladujemy bagaz, jedzenie i siebie do lodki i wyruszamy, na kolejna juz przygode.

Zwierzeta, ktore jeszcze w dzungli najwiekszy strach we mnie wzbudzaly, jednoczesnie najsilniej mnie przyciagajac, czyli kajmany, w rzece Yakuma towarzysza nam od samego poczatku. Wytrenowana przez Severo, natychmiast zauwazam charakterystyczne wystajace z wody kajmanie slepia i im dalej w rejon Yakumy sie zapuszczamy, tym bardziej staja sie kajmany widoczne, tym latwiej jest nam je zauwazyc, z bezpieczenstwa duzej lodki im sie przygladac, gdy z otwarta paszcza wyleguja sie na rzeki brzegach.

Naturalnie nie sa kajmany jedynymi zwierzetami, ktore w ilosci wrecz hurtowej obserwujemy. Nieustannie towarzyszy nam charakterystyczne pohukiwanie serere o niebieskiej twarzy i piorzej koronie na glowie, raz po raz brzegiem przechadza sie (albo w wodzie taplajac sie chlodzi) przedziwna kapiwara, ot, taka swinka morska w rozmiarze bardzo XXXL, a na wystajacych z wody galeziach promieniami slonca ciesza sie tlumy zolwi.

Migawki:

- przysiadam na brzegu, tuz kolo lodki (upewniajac sie wczesniej, ze zaden kajman zbyt blisko kryjowki wczesniej sobie nie upatrzyl), gdy wynurza sie z wody cos, co pyszczek mi przypomina, ale nie bardzo moge w glowie swojej poskladac czyj pyszczek by to mogl byc i skad moglby sie wziac, i gdy tak patrzymy na siebie chwil kilka, dociera do mnie, ze to zolw spod wody na mnie spoglada, i gdy to sobie uswiadamiam, zanurza sie zolw z powrotem pod wode i odplywa;

- wspinajac sie na wystajacy z wody pien, duzy zolw spycha lapa do wody malego, co juz sie na nim w sloncu wylegiwal. Cos jakby dorosly zrzucil dziecko z siedzenia w zatloczonym tramwaju ;)

- wyplywajac zza zakretu trafiamy na rodzine kapiwar – bodajze trzy dorosle i dwa maluchy, nie okazujac zadnego strachu przed lodka, wylegiwuja sie na brzegu rzeki;

- cos, w jakims ksztalcie juz mi znajomym, ale innym, biegnie zygzakowato do rzeki. Oto kajman, z upolowana mala kapiwara w pysku, sunie do wody, by, zapewne, pozrec tam swa ofiare. Widze go z bliska, jak biegnie te kilka metrow z niezywa juz kapiwara zwisajaca mu z pyska i z pluskiem wslizguje sie do rzeki;

P.S. W Yakuma zyja zarowno kajmany jak i aligatory. Jednak jako ze ich nie odrozniam, termin ‘kajmany’ uzyty w tym wpisie oznacza oba.

[Opalajace sie zolwie]

[Swinka morska w rozmiarze XXXL, czyli kapiwara]

[W wodzie lepiej - troche ochlody w te gorace dni]

[Spogladajacy (na mnie???) kajman w zaroslach]

19:06, mobile_mon , Boliwia
Link Komentarze (1) »
piątek, 18 października 2013

Z niekrywanym zaciekawieniem spogladam na siebie w lustrze po raz pierwszy od pieciu dni. Wlasnie wrocilam z dzungli i widze osobe, ktora dobrze znam, ale ktora jakos inaczej wyglada – opalona, od ucha do ucha usmiechnieta, choc lekko pogryziona przez komary. To wlasnie robi pare dni spedzonych na lazeniu po dzungli, plywaniu lodka po jeziorze, za dnia, by popatrzec na ptaki (i powioslowac, chyba pierwszy raz w zyciu;), a noca, by wypatrywac ‘ojos de caimanes’. I to wszystko w super towarzystwie i zajadajac chyba najpyszniejsze jedzenie, jakie mi przyszlo skosztowac w Boliwii, przygotowane przez Erice.

Krotki przeglad tego, co sie dzialo:

- idac lasem mijamy kolumne mrowek gigantow. Mierza takie z 2,5 cm, jak nie trzy, i ugryzenie oznacza bol do 24 godzin, pewnie w zaleznosci od tego, jak dany organizm reaguje (no chyba, ze sie ma alergie, wtedy moze byc zle). Dlatego: idac w dungli lepiej nie dotykac drzew/krzakow – moga byc na nich mrowki i inne insekty, ktore sie zapamieta na dlugo ;)

- pierwszego dnia rzucam sie na gleboko wode, doslownie i w przenosni, wybieram sie bowiem wypatrywac kajmany, ktore noca lubia gromadzic sie po drugiej stronie jeziora. Wszystko idzie fajnie, dopoki nie uswiadamiam sobie, ze znajduje sie w chybotliwym kajaku w naprawde niewielkiej odleglosci od kajmanow. Jakby tego bylo za malo, zbiera sie na burze;

- moze niektorym byc wiadomo, ze bardzo sie boje dzikow ;) Gdy wiec przebijamy sie przez zarosla i Severo mowi, ze tedy nie tylko przechodzily pecari (zwane lokalnie jako ‘el chancho’), ale sa tuz obok (faktycznie, slychac pochrumkiwanie), to zamiast cieszc sie spotkaniem boliwijskim dzikiem (co czyni przewodnik), czym predzej zaczynam rozgladac sie za mozliwa droga ucieczki ;) Tym razem do spotkania jednak nie dochodzi, z pecari widzimy sie za to trzy dni pozniej, gd wybieramy sie popatrzec na wschod slonca nad Lago Gringo – ot dwa przebiegaja nam droge, chrumkajac glosno;

- przedostawszy sie na druga strone jeziora (gdzie w nocy czaja sie kajmany), zauwazam dziwne cos wiszace wysoko na drzewie. Wyglada niczym gniazdo os, jednak podejrzenie moje budzi zbyt rownomierne ulozenie kolorow. I mam racje – okazuje sie, ze to zakamuflowany leniwiec! Spoglada tylko na nas z gory, zmienia ulozenie, i wraca do leniwcowania ;)

- kazda grupa, w tym grupy jednoosobowe, ma swoja cabañe – zamiast scian ma ona wzmocnione moskitiery. Gdy ide spac, mam wrazenie, jakbym spala w samym srodku dzungli – wszystko widze (akurat jest pelnia) i, co moze najciekawsze, wszystko slysze. Choc gdy okolo trzeciej nad rano tuz obok mojej cabañi przechodzi jakies zwierze, w ciemnosci, oblatuje mnie strach ;)

- w dzungli zmienia sie rutyna dnia: po powrocie z lasu sprawdzam sie od stop do glow w poszukiwaniu kleszczy. W ciagu pieciu dni znajduje ich siedemnascie: od takich, co wciaz chodza po ciele w poszukiwaniu wlasciwego miejsca, do takich, co juz sie wpijaja. Wszystkim urzadzam lekcje plywania w ‘baños’ ;)

Jak juz wspomnialam, byla decyzja o wyjezdzie do dzungli spontaniczna, ale okazala sie najbardziej trafiona. Wrocilam wypoczeta i zrelaksowana, jak nigdy dotad ;) Co dalej? Jutro wyjazd na trzy dni na ‘pampas’ (mam nadzieje, ze aparat wytrzyma, bo sie psuje), z powrotem w Rurre jestem w poniedzialek wieczorem, a w srode rano wracam do La Paz. Tez samolocikiem, autobus jedzie blotnista droga, w sporej czesci nad przepasciami, i z dwojga zlego juz chyba wole turbulencje ;)

A oto kilka zdjec, dwa filmiki (usuwanie tarantuli z cabañi i przechadzka po dzungli) sa juz dostepne na FB.

[Wyjec – zyje w grupach samiec plus kilka samic. Dziwieki, ktore wydaje samiec, mroza krew w zylach, przynajmniej na poczatku…]

 

[Malpka kapucynka, lokalnie zwana jako ‘mono silbador’]

 

[Mariposa azul – motyl z niewiarygodnie niebieskimi skrzydlami]

 

[Kajman noca…]

 

[Tarantula po eksmisji z cabañi, w ktorej strachu napedzila dwom Francuzom]

[Serere o niebieskiej buzce]

[Hasajace na drzewie czepiaki]

 

[Jezioro, gdzie mieszkaja m.in. kajmany]

 

[Drzewa wokol jeziora]

 

[Moja cabaña]

 

[Sniadanie z tapirem ;)]

 

[Wschod slonca nad Lago Gringo z tapirem w lodce ;) Na drugim planie przewodnik]

 

[Przygotowywanie mostu, by przedostac sie na druga strone. Podobno bylo gleboko…]

 

[Z czepiakiem w osrodku rehabilitacji malp]

 

[Z przewodnikiem]

18:54, mobile_mon , Boliwia
Link Komentarze (4) »
sobota, 12 października 2013

Niewielkim samolotem lece po raz pierwszy i juz sam jego widok nie nastraja mnie optymistycznie. Teoretycznie wiem, ze moze byc glosno i ze moze bardziej rzucac, ale wiedza ta nijak nie przeklada sie na moje odczcucia w praktyce – bowiem gdy trzesie i telepie, spogladam na El Alto i na Illimani jak na miejsca, ktore widziec moge po raz ostatni. Na szczescie turbulencje trwaja tylko jedna trzecia lotu – potem sprawy wylagadzaja sie i moge spokojnie spogladac za okno.

A jest na co patrzec – oto lece na nad morzem drzew, przez ktore wija sie rzeki w jakims dziwnym, nieznanym mi kolorze. I tak sobie mysle, ze jesli juz ‘jechac’ do Amazonii, to przewrotnie nie pojazdem kolowym, ale samolotem, bo tylko wtedy mozna dokladnie zaobserwowac to, co sie dzieje. Te przemiane burosci w potezna, bezkresna, obezwladniajaca zielen.

Lotnisko w Rurrenabaque to raptem malenki, jednopietrowy budynek i pas startowy wystarczajacy na przyjecie samolotow z parudziesiecioma pasazerami na pokladzie. Nie ma nawet osobnego miejsca na odbior bagazy – plecaki i torby wyrzuca sie po prostu na wozki, skad kazdy potem zabiera, co jego. Co ciekawe, ani w Rurre, ani (co moze ciekawsze) w La Paz/El Alto nie ma zadnej formy kontroli bagazu czy pasazerow. Jednym slowem – na poklad mozna wniesc wszystko, na co ma sie ochote. Byle nie tykalo za glosno ;)

Zatrzymuje sie w hostalu Santa Ana – ladnie, przytulnie, w centrum no i obowiazkowe hamaki sa. Jednak nad mozliwa zmiana ‘alojamiento’ zaczynam zastanawiac sie okolo 5 rano, gdy budza mnie skrzeczace ary i piejacy w nieboglosy kogut. Uslyszalam juz na miescie, ze Santa Ana to takie zoo, wiec na nadchodzaca noc, a wlasciwie ranek, przygotowalam juz sobie zatyczki do uszu.

Bo noc to bedzie, na ten czas, ostatnia. Najpierw wybieram sie na 5 dni do dzungli z Madidi Travel. Jako jedyni oferuja program nawet dla jednej osoby (tzn. mozna jechac na ile sie chce dni, wiec liczba osob na miejscu sie zmienia). I otwarcie mowia, co sie moze stac, tzn. co moze mnie ugryzc i jakie beda tego konsekwencje. Podobno najgorsze, to ugryzienie przez weza, ale przyznam, ze ‘flesh-eating bugs’ wydaja mi sie tak samo przerazajace ;) A po poworcie planuje jeszcze wybrac sie na 3 dni na ‘pampas´. 

Praktycznie rzecz biorac:

- jesli miejscem pobytu jest Hostal Santa Ana, warto wziac ze soba zatyczki do uszu;

- ceny Madidi Travel w Rurre sa o wiele nizsze, niz te, ktora pobiera ich agencja w La Paz. Warto wiec rozmawiac z nimi juz po przybyciu na miejsce. 

(Samolocik do Rurrenabaque)

(Amazonia z lotu ptaka)

20:16, mobile_mon , Boliwia
Link Komentarze (3) »
piątek, 11 października 2013

Decyzja o wyjezdzie do Amazonii jest, jak by to powiedziec, do pewnego stopnia spontaniczna. Chociaz nie, zebym o tym nie myslala – w pierwotnym planie na maj i czerwiec byl wypad do dzungli ujety, aczkolwiek w zupelnie inne rejony – otoz mialam (jako pasazerka) przeplynac lodka z Puerto Villaroel do Trinidadu wzduz Rio Ichile i Rio Grande. Wiadomo, co sie stalo – przez kontuzje musialam przelozyc wyjazd, zmienic calkowicie plan (albo i z planu zrezygnowac) oraz rejony, do ktorych mialam nadzieje sie udac. Tak sie jednak zlozylo, ze przez Chile przejechalam szybciej, niz sie spodziewalam. Przyznaje, ze ceny odegraly w tym role, chociaz z drugiej strony ani Iquiqie ani Arica nie spodobaly mi sie na tyle, by zostac tam dluzej niz jeden dzien, a park narodowy Lauca jest tak bardzo w tym samym klimacie, co park Sajama, ze zdecydowalam sie na pobyt w tym drugim. Chociaz inna to juz historia, ze musialam z niego uciekac ;)

Wrocilam wiec do La Paz i jak sobie przycupnelam na Plaza San Franciso, ogarnelo mnie poczucie zadowolenia i lekkiej satysfakcji, ze oto jestem, przezylam, ze dojechalalm na samo poludnie kraju, po czym przeprawilam sie do Chile i przez polnoc wjechalam z powrotem do Boliwii. Nie bylo latwo, oj nie. W przeciwienstwie do zeszlego roku, gdy wszystko szlo rewelacyjnie i gdzie kiepskich dni bylo raptem dwa (pobyt w Cuenca), tym razem proporcje sie odwrocily i podroz ta, tak wyczekiwana, podroz, o ktora walczylam jak lew, jest pelna wyzwan i trudnosci. Moge powiedziec, ze ta podroz to ‘ciezka robota’ i juz ani nie raz, ani nie dwa, myslalam, by wczesniej wrocic. Ale ostatecznie zdecydowalam sie zostac do konca i w ten sposob pojawil sie czas, by udac sie wlasnie do Amazonii.

Do Rurrenbaque wylatuje dzis o 16:00 liniami TAM (ale nie sa ta linie brazylijskie, tylko wojskowe boliwijskie;) z lotniska przy, jak sie okazuje, aleji Jana Pawla II. Nauczona doswiadczeniem w Uyuni, zrobilam dokladny research agencji, ktore oferuja pobyty w dzungli, i przygotowalam liste pytan, ktore zadam juz na miejscu. Mam nadzieje, ze tym razem wybiore dobrze ;)

15:52, mobile_mon , Boliwia
Link Komentarze (2) »
czwartek, 03 października 2013

Tak sie dziwnie, a moze i niedziwnie (nigdy w koncu nie wiadomo) sklada, ze jestem juz od dni kilku w Chile i wpisu, ktory o wizycie w kopalni w Potosi mialam tutaj opublikowac – juz tutaj nie opublikuje. Napisalam o kopalniach reportaz dla Tygodnika Dzierzoniowskiego, ktory pozytywnie zostal przyjety, i jak tylko sie pojawi w druku (i moze online), co nastapi za dwa tygodnie, to go tutaj podlinkuje.

To tyle na temat kopalni :)

Gdy za pierwszym razem ladowalam w Chile (Iquique), mialam wrazenie, ze laduje na koncu swiata. Teraz perspektywa sie zmienila i to Europa na odleglym krancu swiata sie wydaje...

Duzo przygod, mniej i bardziej pozytywnych. Te pierwsze zaczely sie z wyborem agencji w Uyuni – z tego co z rozmow z innymi osobami wynika, to ze wiekszosc z tych agencji do roznego stopnia uprawia szerzenie klamstwa. No coz, swoja opinie wyrazilam na forum Lonely Planet i mam nadzieje, ze agencja, z ktora jechalam (Expediciones Lipez) straci choc jednego klienta.

Zaczelo sie zle, ale poszlo dobrze, potem zrobilo sie lepiej, az w koncu stwierdzilam, ze lepszego przewodnika (choc raczej kierowcy) jako grupa na tzw. South-West Circuit (Salar de Uyuni i Lipez) miec nie moglismy. Chociaz dawal jasno do zrozumienia, ze nie lubi, jak mu sie zadaje pytania, prowadzil nas w sposob bezpieczny i terminowy, co dla mnie, jako jedynej osoby z grupy przekraczajacej granice z Chile, bylo wrecz nie do przecenienia.

‘Przeboje’ co do innych przewodnikow:

- jeden ukradl telefon dziewczynie z mojej grupy po czym jak sprawa wyszla na jaw, krzyczal, ze sama sobie winna, ze go spuscila z oka, to ma. Drugiego dnia rano przewodnicy zarzadzili sprawdzanie wszystkich grup, zaczynajac od jeepow, i co sie okazalo? Oto telefon znalazl sie ukryty w jego jeepie, z dowodem potwierdzajacym, ze to przewodnik go ukradal (sam sobie zrobil nim zdjecia...),

- jeden z przewodnikow non stop pociagal z gwinta, grupa nie zobaczyla nawet Laguny Colorada, bo ten pil...

ale to nic, bo...

- w innej grupie przewodnik tak sie spil, ze jeden z pasazerow przejal kierowanie samochodem, co na bezdrozu poludniowo-zachodniej Boliwii do rzeczy najlatwiejszych nie nalezy, i prowadzil grupe przez cale trzy dni! (w tym czasie przewodnik spal na tylnym siedzeniu ;)

Moze co kraj, to obyczaj?

Jutro juz konkretniej, i pozytywniej, o Atacama :)

(Isla Incahuasi, Salar de Uyuni)

(Laguna Colorada)

(Arbol de Piedra - Drzewo z kamienia)

(Laguna Verde i Volcan Licancabur)

Isla Incahuasi, Salar de Uyuni

Laguna Colorada

Arbol de Piedra (Drzewo z kamienia)


00:57, mobile_mon , Boliwia
Link Komentarze (3) »
piątek, 27 września 2013

Zdjecia i filmiki z wyprawy do kopalni La Candelaria w Cerro Rico, Potosi, sa juz dostepne na FB. A propos Potosi - w tym miescie trzeba pare dni zostac, ma taki pozytywny klimat :)

Co do spraw praktycznych:

- zatrzymalam sie w Residencial 10 de Noviembre - wszystko ok, goraca woda dostepna 24 godziny, tylko niektore pokoje sa ciemne (maja okna, tylko z drugiej strony postawili budynek w odlegosci moze 20 cm. No i jedynki sa baaardzo malutkie, choc przytulne),

- na ul. Linares 49 znajduje sie 'establecimiento', ktore oferuje przepyszne saltenas za 2 BOB;

- miejsce na wieczornego drinka jest tylko jedno (naturalnie to moja subiektwyna ocena), tzn. pub 4060. Oprocz regularnych stolikow sa stolki przy barze, co szczegolnie spodoba sie osobom podrozujacym w pojedynke (tak, zagadywalam barmanow... ;)

- do kopalni udalam sie z Koala Tours - bardzo pozytywne wrazenie. Co najwazniejsze, jest przewodnik (byly pracownik kopalnii) i drugi gosc, ktory daje znaki czy jada wozki - a te, przepraszam za wyrazenie, potrafia zapieprzac ze hej. Nie da sie tego zatrzymac bo taki wozek, wraz z ladunkiem, wazy ok 2 tony (na jednym filmiku dostepnym na FB udalo mi sie takie pedzace cos uchwycic). Ponadto, oprocz sprzetu takiego jak kask, lampka i gumowce Koala zapewnia tez kurtke i spodnie. Mi sie jeszcze przydaly: grube bezpalcowe rekawiczki (szczegolnie na etapie pelzania, bywalo ze ostro w dol, przez ciasne korytarze) oraz skarpetki na zmiane (w korytarzach potrafi byc sporo wody i gumiaki przemakaja, przynajmniej moje przemokly).

Wiecej na temat wyprawy (bo tylko tak to moge nazwac, dla mnie to nie byla zadna wycieczka) napisze niebawem, juz z Uyuni, dokad wybieram sie jutro :)

(W kopalni La Candelaria)

(WIdok na Potosi)


01:18, mobile_mon , Boliwia
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 26 września 2013

O tym, ze jest blokada na drodze, dowiaduje sie wlasciwie przez przypadek – otoz czekajac w kolejce do kasy slysze, jak rozmawiaja o ‘bloqueo’, a ze kasa sprzedaje bilety tylko do Potosi, gdzie sie udaje, mniemam, ze to ‘bloqueo’ mnie jak najbardziej dotyczyc bedzie.

I tak sie dzieje. Jakies 25 km przed Potosi autobus staje – przed nami kolejka ciezarowek, samochodow osobowych, wszystko stoi. Jeden z pasazerow idzie do przodu podpytac czy nas nie przepuszcza, wraca jednak po chwili oglaszajac, ze ‘no hay paso’, czyli nie ma przejazdu.

Coz pozostaje robic. Wydobywam plecak z czelusci autobusu, zakladam na plecy i dolaczam sie do juz maszerujacego wspolpasazera. Po paru minutach docieramy do miejsca, gdzie zaczyna sie kolejka samochodow – faktycznie, zdecydowanie nie ma zadnego przejazdu, na drodze leza porozrzucane kamienie, obok stoi grupka ludzi zywo rozmawiajaca na jakis temat. Pozniej, juz w taksowce do Potosi, dowiem sie, ze chodzi o nieporozumienie w sprawie granic terytorialnych.

Minawszy, jak sie okazuje, pierwsza blokade, mam nadzieje, ze zaraz natkne sie na micro i taksowki – w koncu takie ‘bloqueo’ to wyjatkowa okazja dla lokalnych sprzedawcow i kierowcow na zrobienie biznesu. Nawet jesli zazadaliby stawki dwu, a nawet trzykrotnie wyzszej, mysle, ze co jak co, ale zaplacilabym bez mrugniecia okiem.

Jednak zamiast micro i taksowek czeka mnie jakas polgodzinna przechadzka z plecakiem az do drugiej blokady. Dopiero za nia widac zawracajace z powrotem do Potosi autobusy, nie widac jednak zadnego micro. Az nagle, ni stad ni zowad, pojawia sie taksowka, pytam wiec kierowcy czy jedzie do Potosi (niezby madre to pytanie, bo jechac gdzie indziej nie bardzo jest jak) – otoz jedzie i nas zabierze. Wiec oprocz wspolpasazera i mnie do taksowki wsiadaja jeszcze dwie inne osoby i za zawrotna cene 5 BOB na osobe, tj. mniej niz PLN 3, mkniemy do Potosi.

Miasto wita mnie widokiem Cerro Rico, wzgorza, ktore okazalo sie zarowno blogoslawienstwem jak i pewnego rodzaju przeklenstwem dla Potosi. Widzialam je juz z zewnatrz. Jutro – zobacze z wewnatrz, bo wybieram sie do kopalni.

Juz niedlugo w Tygodniku Dzierzoniowskim ukaze sie reportaz na temat Potosi i kopalni w Cerro Rico. W tym tygodniu ukazal sie pierwszy reportaz (http://td-24.pl/wydarzenia/6026-qtygodnik-dzieroniowskiq-nr-790), nastepny poswiecony bedzie cholitas w El Alto, kolejny Cochabamnie/Torotoro i nastepny w kolejnosci dotyczyc bedzie wlasnie Potosi.

01:12, mobile_mon , Boliwia
Link Dodaj komentarz »
piątek, 20 września 2013

Aby dostac sie do Parku Narodowego Torotoro i popatrzec, w zdziwieniu, bo w czymze innym, na odcisniete slady dinozaurow, zrobilam wszystko i mimo to do Torotoro dojechac mi sie nie udalo.


Moj przewodnik Lonely Planet po Boliwii do najnowszych nie nalezy (jest z 2009 r.), wiele wiec w zakresie transportu do Torotoro moglo sie zmienic. Aby sprawdzic, czy zmiany jakiekolwiek zaszly i jak powazne zmiany te sa, udaje sie do punktu informacji turystycznej w Cochabamba zakladajac, ze gdzie jak gdzie, ale w punkcie takim aktualne informacje na temat mozliwosci transportu uzyskac mozna. Ku mojej uciesze, wielkiej, przyznaje (no ale przeciez nie codzien ma sie mozliwosc chociazby przelotnego spojrzenia na slady odcisniete przez dinozaurze lapki), punkt informacji podaje, ze tak i owszem, transport ranny do Torotoro odchodzi o 6:00 dwa razy w tygodniu, w tym w czwartki (o taki dzien mi dokladnie chodzilo), z Barrientes/Republica. Aha! ciesze sie skrycie bo jednak jakies zmiany zaszly – w 2009 r. busy odchodzily z 6 de Agosto/Republica, teraz przesunely sie o ulice dalej ale jak odchodzily, tak odchodza – a to przeciez najwazniejsze.


Aby potwierdzic, ze tak faktycznie jest, lapie trufi (to taksowka jadaca okreslona trasa, ktora zabiera i wysadza pasazerow wedle ich widzimisie) i udaje sie w rejon Barrientes. Jeszcze w drodze zauwazam problem – otoz w centrum wszystkie ulice sa ponazywane, ale jak tylko minie sie dworzec autobusowy nazwy znikaja, ulice stapiaja sie w jedno – tak w tym chaosie do siebie sa podobne.


Nie ma sie co przejmowac, dam rade – podnosze sie sama na duchu, bo nikt inny, z przyczyn wiadomych, podniesc mnie w tej chwili nie moze. I zaczynam rozpytywac jak ulica, na ktorej jestem, sie nazywa (odpowiedzi, ktore dostaje, sa w 100% takie same) i jak dojsc do transportu w kierunku Torotoro. I tutaj, przyznaje, popelniam blad, bo nawet jak ktos nie wie (co po fakcie jest widoczne), to nie wiem czy z uprzejmosci, czy z jakiejkolwiek innej przyczyny, droge mi wskazuje a to, co jest mi wskazywane, nijak sie ze soba nie pokrywa. Decyduje sie wiec rozpytywanie zarzucic a poniewaz juz wiem, gdzie jestem (jak wspominialam odpowiedzi co do ulicy, na ktorej jestem, byly zgodne), udaje sie szukac transportu na wlasna reke. Ku mojej uciesze napotykam pierwszy punkt transportowy – ale niestety maja busy tylko wieczorem. Ruszam wiec dalej i jeszcze pare takich punktow znajduje z ktorych jeden ma na scianie napisany godziny i dni odjazdow, w tym czwartek 6:00, a w drugim rozmowa wyglada mniej wiecej tak:


- Szukam transportu do Torotoro, ale rano. Slyszalam, ze w czwartki okolo 6:00 cos odjezdza. Czy maja panstwo taki bus?

- Tak, odjezdza jutro o 6:00.

- [Dynamicznie] Super! To chcialabym kupic bilet.

- Nie mozna kupic biletu. Kasa otwiera sie o 6:00

- [Z lekkim zdziwieniem] To kasa otwiera sie o tej samej godzinie, co odjezdza autobus?

- Autobus odjezdza, jak jest pelen.

Juz mam niescislosc wytknac (autobus odjezdza o 6:00 – odjezdza, jak bedzie pelen) ale przyslowiowo gryze sie w jezyk i upewniam sie czy dobrze rozumiem, tzn. autobus podjedzie ok 6:00 i odjedzie, jak bedzie pelen. Dokladnie tak jest.

Jednak o 6:00 rano, kiedy rzeczony transport ma na miejsce podjechac (a ten z drugiego punktu odjechac), w Boliwii jest jeszcze ciemno. Na dodatek, uwierzcie mi na slowo, w rejonie Barrientes/Republica nikt lubiacy zycie nie chce po ciemku sam sie paletac. Z pomoca recepcjonisty lapie wiec taksowke, umawiam sie z taksowkarzem, ze czekamy do 6:15 i jezeli transportu zadnego nie bedzie, to jedziemy na terminal autobusow. Dojezdzamy na miejsce i, ku mojemu zdziwieniu choc nie taksowkarza, zastajemy wszystko zamkniete na cztery spusty – ani nic nie podjechalo, ani nic nie zamierza odjezdzac, ani na dodatek nic zamierza sie otworzyc. Czekamy wiec pol godziny (jako przykladna Europejka zjawilam sie pietnascie minut przed odjazdem) i odjezdzamy na terminal autobusow, skad udaje sie do Oruro.

Ale te pol godziny na Barrientes/Republica czekania to jeden z najfajnieszych punktow tego dnia. Okazuje sie, ze pan taksowkarz, lat trzydziesci, jest z zamilowania muzykiem (gra na gitarze i perkusji), ale ze jako z tego wyzyc nie idzie, trudni sie rozwozeniem pasazerow (lub siedzeniem z nimi po nocy w oczekiwaniu na kurs do Torotoro). Gdy pytam go czy byl w miescie w 2000 r. w trakcie tzw. wojny o wode, mowi ze tak, ze tysiace ludzi wyszlo wtedy na ulice, w tym on z matka i siostra, ze bylo wielu zabitych i wielu rannych, i ze wojsko stanelo po stronie rzadu podczas gdy policja po stronie protestujacych.

Niejedna osobe chcialam ze jezyk w tej kwestii pociagnac, ale zadna sie nie dala. Z wyjatkiem pana taksowkarza, okazuje sie.

Prakycznie rzecz biorac:

- obecnie (wrzesien 2013 r.) transportu rannego do Torotoro nie ma (mimo ze w punktach informacji turystycznej twierdza inaczej). Okolo 18:00 odchodzi kilka busow (wszystkie maja podana te sama godzine odjazdu, ale warto brac to z przymruzeniem oka). Niemniej jednak, mimo ze wszystkie punkty twierdza, ze dojazd zabiera ok 4 godziny, to zarowna Lonely Planet jak i pan taksowkarz twierdza, ze to jak nic szesc godzin, od pewnego punkt po nieasfaltowej drodze, takze nad przepasciami

(jak sobie pomysle, ze mialabym noca jechac nad przepasciami, to od razu widze, gdzie jest moja granica na ‘przygody´;)

- koszt wynajecia taksowki na godzine (dojazd do mca X, czekanie, ewentualny dojazd do mca Y, w ramach tzw centrum) to ok 25-30 BOB, czyli ok 15 zl;

- mimo zapewnien w Hostal Mexico, ze ok 5:00ej recepcjonista na dyzurze nocym wezwie mi taksowke, recepcjonista ten zarzekal sie, ze nie ma takiej mozliwosci o tej porze. Czy to prawda – trudno mi powiedziec, ale z tego wzgledu (oraz braku swiatel) osobiscie miejsca tego nie polecam.

(Plaza centra w Cochabamba)


15:26, mobile_mon , Boliwia
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2
| < Lipiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            
Ulubione: Blogi podróżnicze