Boliwia

niedziela, 10 listopada 2013

Czając się z rurą odkurzacza nad maleńkim pająkiem, co skrzętnie się ukrył w mojej łazience, zastanawiam się, jak to możliwe, że takie maleństwo, taki bardziej pajączek niż pająk, strach i trwogę we mnie wzbudza, podczas gdy napotkane w Boliwii pająki kilku, by nie rzec kilkunastocentymetrowe, czyli bardziej pajączyska niż pająki, żadnych większych emocji we mnie nie wywoływały. Może dlatego, że tam one były u siebie, a ja ich gościem, a tutaj, u mnie w domu, jest dokładnie na odwrót?

Bo tak, wróciłam już. Zarówno ja, jak i mój bagaż (na temat sposobu przewożenia bagażu można notkę znaleźć we wpisie „Jak przeżyć w Ameryce Południowej (i na dodatek dobrze się bawić?”) podjechaliśmy (w porównaniu z Boliwią super-drogą) taksówką do domu w zeszłą niedzielę. Ten powrotny lot najpierw nad Hiszpanią (Europa!), potem nad Polską i wreszcie pierwszy dzień w Poznaniu, to był czas pewnego zdziwienia, spojrzenia na tutejszą rzeczywistość inaczej, z innego punktu widzenia, przez inne, można by rzec, na nosie okulary.

Ostatniego dnia w La Paz wybieram się jeszcze na cmentarz komunalny. Zasięgam przysłowiowego języka, jak tam dojechać, i mówią, że z rogu Santa Cruz i IIampu powinnam raz dwa coś złapać. Tak faktycznie się dzieje – nie czekam nawet chwili, gdy już podjeżdża na wpół zapakowany busik, wsiadam więc do środka, podciągam nogi prawie że pod brodę (busiki tutaj wydają się być dostosowane do raczej skromnego wzrostu mieszkańców) i... stajemy w miejscu. Tak, w miejscu stajemy, bo w ciągu dnia ruch w centrum La Paz jest tak wielki, że busy, a tych są dziesiątki, setki, a być może i tysiące, czekają, zatłoczone, na swoją kolej, by do przodu ruszyć, by na skrzyżowanie siłą wjechać i tam ruch dalej blokować, bo ani do przodu, ani w bok zjechać nie można – tak szczelnie jest wszystko zakorkowane.

Żółwiem tempem posuwamy się w górę Max Paredes. Raz po raz jakiś zdesperowany tym korkiem, tym czekaniem pasażer wysiada – pewnie szybciej będzie dojść tam, gdzie zmierza, na pieszo. Ale ja nigdzie nie wysiadam – dojadę tak pod same bramy cmentarza i z powrotem na Calle Sagarnaga busikiem też wrócę, chociaż mogłabym przecież wrócić spacerkiem (aż tak daleko to nie jest), wydłuż pełnych straganów ulic, wśród trąbień, okrzyków, nos wiercących zapachów, przepychających się przechodniów, wykrzykujących nazwy swojego towaru sprzedawców. Ale tego nie robię – bo tego ostatniego w La Paz dnia raz jeszcze chcę żyć, przemieszczać się, jak miasta tego mieszkańcy.

A to oznacza stanie w korkach nieprawdopodobnych.

[Korek na Max Paredes w La Paz]

Max Paredes, La Paz

[Cmentarz komunalny w La Paz]

Cmentarz komunalny w La Paz 

[Lima – 10 godzin]

[Barcelona – 11 godzin]

11:02, mobile_mon , Boliwia
Link Komentarze (2) »
czwartek, 31 października 2013

W jeden z ostatnich dni w La Paz (i Boliwii) wybieram sie ponownie na Mercado de Hechiceria (po polsku zwany Targiem Przedmiotow Magicznych) – nie zamierzam jednak kupic plodu lamy czy dziobu tukana, ale znalezc yatiri, kogos w rodzaju szamano-wrozbity, ktory opowie mi o mojej terazniejszosci i przepowie mi przyszlosc. W zrodlach czytam, ze do tego, co mowia yatiri, nalezy podchodzic powaznie, oraz ze sa raczej niechetni przyjmowania obcokrajowcow, tak mnie to jednak frapuje, ze decyduje sie zaryzykowac – najwyzej uslysze ‘nie’.

Tuz na poczatku Calle Linares (idac w dol Calle Sagarnaga w lewo) przerozne proszki, ziola, dzioby i wspomniane juz plody lamy sprzedaje starsza pani, ktorej sam wyglad, sama prezencja, sam sposob siedzenia i rozmowy z kupujacymi sugeruje, ze jezeli nie wie na pewno, to wiedziec moze, gdzie yatiri znalezc. Witam sie wiec, zapytuje, co slychac i wyluszczam swoja prosbe – ze szukam kogos, kto przepowie mi przyszlosc z lisci koki. Jednak w odpowiedzi slysze, ze nie ma pojecia i ze powinnam szukac na Calle Sagarnaga. Czy tak jest, czy faktycznie pojecia nie ma, trudno powiedziec. Na Calle Sagarnaga jednak nie wracam – nie bardzo czuje, kogo tam podpytac – wszystko tak bardzo na turystow i na sprzedaz jest tam nakierowane. Decyduje sie isc dalej i na koncu Calle Linares, w sklepie ezoterycznym o nazwie Martha, ponownie witam sie, zagaduje (taki boliwijski small-talk) i pytam, kto moglby mi powrozyc z lisci koki. Tym razem dostaje konkretne wskazowki – tuz za ‘rogiem’, pod niebieska plachta (rozwieszona do ochrony przed zabojczym tutaj sloncem) urzeduje yatiri i moge sie do niego udac. Cena uslugi: 10 BOB (ok 5 zl).

Udaje sie we wskazanym kierunku i widze, ze juz tam ktos jest – siadam wiec na krawezniku w pewnej odleglosci i czekam na swoja kolej. A ta przychodzi dosc szybko – nie mija piec minut i osoba w srodku sie z yatiri zegna i wychodzi. Oblatuje mnie lekki strach, jakis rodzaj niepewnosci – nie wiem przeciez czy w ogole mnie przyjmie, ale wchodze pod plachte, witam sie i pytam czy moglby powrozyc mi z lisci koki. Z koki okazuje sie jednak ze nie, ale z kart to i owszem. Zgadzam sie, siadam na malenkim krzeselku i zaczynamy.

Pyta mnie, jak sie nazywam i skad jestem. Odpowiadam i yatiri, wypowiadajac slowa, ktorych nie rozumiem (z wyjatkiem swojego imienia) dwukrotnie wylewa odrobine alkoholu na ziemie. Pierwsza z nich oznacza mnie w konfiguracji z tzw. druga polowa, natomiast druga to sprawy zawodowe. Mowi mi, co formy, w ktore plamy alkoholu na ziemi sie ulozyly, oznaczaja, bierze talie kart do reki, kaze mi w nia dmuchnac i rozklada karty. Sprawy, o ktorych opowiada (niestety nie wszystko rozumiem – yatiri mowi trudnym dla mnie akcentem) to sprawy, mozna by rzec, standardowe, czyli stan umyslu, zycie osobiste, zdrowie, praca. Chociaz wyjawic niczego, co powiedzial, nie zamierzam – sprawa to przeciez osobista, to powiem tylko, ze w niektorych spostrzezeniach byl yatiri zaskakujaco trafny.

Zupelnie z innej beczki: La Paz – praktycznie dla kobiet ;)

- zaskakujaca piekna, recznie robiona bizuterie oraz inne cudownosci mozna znalezc w malenkich sklepikach wzdluz Calle Jaen.

[Kolczyki zakupione na Calle Jaen]

 

[Portfelik wypatrzony na Calle Jaen]

14:56, mobile_mon , Boliwia
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 22 października 2013

Na rozbudzenie wypijam male espresso w Cafe de la Jungla, jednym z moich ulubionych lokali w Rurrenabaque. Niewielkie, slodkie, acz nie za bardzo, raz dwa odgania resztki snu, ktory jeszcze gdzies sie plata. Bowiem w Rurrenabaque spie zupelnie inaczej – jest tak (wspaniale) duszno, parno i goraco, ze wieczory spedzam wylegujac sie na swiezym powietrzu z czyms zimnym, najlepiej babelkowym, na ochlode i dobre samopoczucie, klade sie spac o wiele pozniej niz w Poz i wstaje... wczesnie rano – tak goraca, parno i duszno tu jest, w Rurrenabaque.

Wypijam wiec to niewielkie, diabelsko slodkie espresso i stawiam sie w agencji Fluvial Tours, z ktora wybieram sie na trzy dni na ‘pampas’. Pozostali uczestnicy wyjazdu docieraja na miejsce zaraz po mnie, a sa to przemila para z Hiszpanii, wrazliwy wspinacz z Niemiec (byl m.in. na Pequeño Alpamayo i Hyuana Potosi, na ktore i ja mialam swego czasu sie wspiac, ah) i dwie urocze Boliwijki. Pakujemy bagaz i jedzenie na dach jeepa i ruszamy.

Ten moment, ta chwila tego ruszania, tego odpalania silnika i tego wolnego, niespiesznego przejazdu przez uroczo slodkie Rurre, z naszym kierowca Jose Luisem, to ostatni moment, ostatnia chwila jazdy wygodnej, bez podskakiwania, bez prob skrycia sie przed kurzem, co koniec koncow i tak wygrywa, szczelnie nas opatulajac. Wystarczy, ze zjedziemy na droge nieasfaltowa, wystarczy, ze popedzimy w kierunku Santa Rosa de Yacuma, i juz nam na tych wybojach niewygodnie, juz ulozyc sie nie mozemy, w tumanach kurzu bezbolesnego miejsca szukamy, bezskutecznie. Ale jest w tej chwili, w tej jeepem po wertepach jezdzie, jakis urok, jakas magia, jakas atmosfera niepowarzalna sie tworzy, gdy podduszeni, w udreczeniu domki, niektore z gliny, strzecha kryte, inne z badyli, ‘muy pegaditos’, w forme domostw powiazanych, mijamy, smugi kurzu za soba pozostawiajac.

W Santa Rosa czeka na nas pyszny lunch i ta godzina, ktora przy stole spedzamy, to okazja, by blizej sie zapoznac. Przy wspolnym stole jeszcze nie raz bedziemy siedziec i posiedzenia te beda coraz dluzsze, a i po powrocie do Rurre na wspolna kolacje i drinka do Mosquito Bar sie wybierzemy – ale to dopiero sie stanie, na razie konczymy lunch, podjezdza po nas Jose Luis i mkniemy, ponownie w tumanach kurzu, do portu na rzece Yakuma, gdzie ladujemy bagaz, jedzenie i siebie do lodki i wyruszamy, na kolejna juz przygode.

Zwierzeta, ktore jeszcze w dzungli najwiekszy strach we mnie wzbudzaly, jednoczesnie najsilniej mnie przyciagajac, czyli kajmany, w rzece Yakuma towarzysza nam od samego poczatku. Wytrenowana przez Severo, natychmiast zauwazam charakterystyczne wystajace z wody kajmanie slepia i im dalej w rejon Yakumy sie zapuszczamy, tym bardziej staja sie kajmany widoczne, tym latwiej jest nam je zauwazyc, z bezpieczenstwa duzej lodki im sie przygladac, gdy z otwarta paszcza wyleguja sie na rzeki brzegach.

Naturalnie nie sa kajmany jedynymi zwierzetami, ktore w ilosci wrecz hurtowej obserwujemy. Nieustannie towarzyszy nam charakterystyczne pohukiwanie serere o niebieskiej twarzy i piorzej koronie na glowie, raz po raz brzegiem przechadza sie (albo w wodzie taplajac sie chlodzi) przedziwna kapiwara, ot, taka swinka morska w rozmiarze bardzo XXXL, a na wystajacych z wody galeziach promieniami slonca ciesza sie tlumy zolwi.

Migawki:

- przysiadam na brzegu, tuz kolo lodki (upewniajac sie wczesniej, ze zaden kajman zbyt blisko kryjowki wczesniej sobie nie upatrzyl), gdy wynurza sie z wody cos, co pyszczek mi przypomina, ale nie bardzo moge w glowie swojej poskladac czyj pyszczek by to mogl byc i skad moglby sie wziac, i gdy tak patrzymy na siebie chwil kilka, dociera do mnie, ze to zolw spod wody na mnie spoglada, i gdy to sobie uswiadamiam, zanurza sie zolw z powrotem pod wode i odplywa;

- wspinajac sie na wystajacy z wody pien, duzy zolw spycha lapa do wody malego, co juz sie na nim w sloncu wylegiwal. Cos jakby dorosly zrzucil dziecko z siedzenia w zatloczonym tramwaju ;)

- wyplywajac zza zakretu trafiamy na rodzine kapiwar – bodajze trzy dorosle i dwa maluchy, nie okazujac zadnego strachu przed lodka, wylegiwuja sie na brzegu rzeki;

- cos, w jakims ksztalcie juz mi znajomym, ale innym, biegnie zygzakowato do rzeki. Oto kajman, z upolowana mala kapiwara w pysku, sunie do wody, by, zapewne, pozrec tam swa ofiare. Widze go z bliska, jak biegnie te kilka metrow z niezywa juz kapiwara zwisajaca mu z pyska i z pluskiem wslizguje sie do rzeki;

P.S. W Yakuma zyja zarowno kajmany jak i aligatory. Jednak jako ze ich nie odrozniam, termin ‘kajmany’ uzyty w tym wpisie oznacza oba.

[Opalajace sie zolwie]

[Swinka morska w rozmiarze XXXL, czyli kapiwara]

[W wodzie lepiej - troche ochlody w te gorace dni]

[Spogladajacy (na mnie???) kajman w zaroslach]

19:06, mobile_mon , Boliwia
Link Komentarze (1) »
piątek, 18 października 2013

Z niekrywanym zaciekawieniem spogladam na siebie w lustrze po raz pierwszy od pieciu dni. Wlasnie wrocilam z dzungli i widze osobe, ktora dobrze znam, ale ktora jakos inaczej wyglada – opalona, od ucha do ucha usmiechnieta, choc lekko pogryziona przez komary. To wlasnie robi pare dni spedzonych na lazeniu po dzungli, plywaniu lodka po jeziorze, za dnia, by popatrzec na ptaki (i powioslowac, chyba pierwszy raz w zyciu;), a noca, by wypatrywac ‘ojos de caimanes’. I to wszystko w super towarzystwie i zajadajac chyba najpyszniejsze jedzenie, jakie mi przyszlo skosztowac w Boliwii, przygotowane przez Erice.

Krotki przeglad tego, co sie dzialo:

- idac lasem mijamy kolumne mrowek gigantow. Mierza takie z 2,5 cm, jak nie trzy, i ugryzenie oznacza bol do 24 godzin, pewnie w zaleznosci od tego, jak dany organizm reaguje (no chyba, ze sie ma alergie, wtedy moze byc zle). Dlatego: idac w dungli lepiej nie dotykac drzew/krzakow – moga byc na nich mrowki i inne insekty, ktore sie zapamieta na dlugo ;)

- pierwszego dnia rzucam sie na gleboko wode, doslownie i w przenosni, wybieram sie bowiem wypatrywac kajmany, ktore noca lubia gromadzic sie po drugiej stronie jeziora. Wszystko idzie fajnie, dopoki nie uswiadamiam sobie, ze znajduje sie w chybotliwym kajaku w naprawde niewielkiej odleglosci od kajmanow. Jakby tego bylo za malo, zbiera sie na burze;

- moze niektorym byc wiadomo, ze bardzo sie boje dzikow ;) Gdy wiec przebijamy sie przez zarosla i Severo mowi, ze tedy nie tylko przechodzily pecari (zwane lokalnie jako ‘el chancho’), ale sa tuz obok (faktycznie, slychac pochrumkiwanie), to zamiast cieszc sie spotkaniem boliwijskim dzikiem (co czyni przewodnik), czym predzej zaczynam rozgladac sie za mozliwa droga ucieczki ;) Tym razem do spotkania jednak nie dochodzi, z pecari widzimy sie za to trzy dni pozniej, gd wybieramy sie popatrzec na wschod slonca nad Lago Gringo – ot dwa przebiegaja nam droge, chrumkajac glosno;

- przedostawszy sie na druga strone jeziora (gdzie w nocy czaja sie kajmany), zauwazam dziwne cos wiszace wysoko na drzewie. Wyglada niczym gniazdo os, jednak podejrzenie moje budzi zbyt rownomierne ulozenie kolorow. I mam racje – okazuje sie, ze to zakamuflowany leniwiec! Spoglada tylko na nas z gory, zmienia ulozenie, i wraca do leniwcowania ;)

- kazda grupa, w tym grupy jednoosobowe, ma swoja cabañe – zamiast scian ma ona wzmocnione moskitiery. Gdy ide spac, mam wrazenie, jakbym spala w samym srodku dzungli – wszystko widze (akurat jest pelnia) i, co moze najciekawsze, wszystko slysze. Choc gdy okolo trzeciej nad rano tuz obok mojej cabañi przechodzi jakies zwierze, w ciemnosci, oblatuje mnie strach ;)

- w dzungli zmienia sie rutyna dnia: po powrocie z lasu sprawdzam sie od stop do glow w poszukiwaniu kleszczy. W ciagu pieciu dni znajduje ich siedemnascie: od takich, co wciaz chodza po ciele w poszukiwaniu wlasciwego miejsca, do takich, co juz sie wpijaja. Wszystkim urzadzam lekcje plywania w ‘baños’ ;)

Jak juz wspomnialam, byla decyzja o wyjezdzie do dzungli spontaniczna, ale okazala sie najbardziej trafiona. Wrocilam wypoczeta i zrelaksowana, jak nigdy dotad ;) Co dalej? Jutro wyjazd na trzy dni na ‘pampas’ (mam nadzieje, ze aparat wytrzyma, bo sie psuje), z powrotem w Rurre jestem w poniedzialek wieczorem, a w srode rano wracam do La Paz. Tez samolocikiem, autobus jedzie blotnista droga, w sporej czesci nad przepasciami, i z dwojga zlego juz chyba wole turbulencje ;)

A oto kilka zdjec, dwa filmiki (usuwanie tarantuli z cabañi i przechadzka po dzungli) sa juz dostepne na FB.

[Wyjec – zyje w grupach samiec plus kilka samic. Dziwieki, ktore wydaje samiec, mroza krew w zylach, przynajmniej na poczatku…]

 

[Malpka kapucynka, lokalnie zwana jako ‘mono silbador’]

 

[Mariposa azul – motyl z niewiarygodnie niebieskimi skrzydlami]

 

[Kajman noca…]

 

[Tarantula po eksmisji z cabañi, w ktorej strachu napedzila dwom Francuzom]

[Serere o niebieskiej buzce]

[Hasajace na drzewie czepiaki]

 

[Jezioro, gdzie mieszkaja m.in. kajmany]

 

[Drzewa wokol jeziora]

 

[Moja cabaña]

 

[Sniadanie z tapirem ;)]

 

[Wschod slonca nad Lago Gringo z tapirem w lodce ;) Na drugim planie przewodnik]

 

[Przygotowywanie mostu, by przedostac sie na druga strone. Podobno bylo gleboko…]

 

[Z czepiakiem w osrodku rehabilitacji malp]

 

[Z przewodnikiem]

18:54, mobile_mon , Boliwia
Link Komentarze (4) »
sobota, 12 października 2013

Niewielkim samolotem lece po raz pierwszy i juz sam jego widok nie nastraja mnie optymistycznie. Teoretycznie wiem, ze moze byc glosno i ze moze bardziej rzucac, ale wiedza ta nijak nie przeklada sie na moje odczcucia w praktyce – bowiem gdy trzesie i telepie, spogladam na El Alto i na Illimani jak na miejsca, ktore widziec moge po raz ostatni. Na szczescie turbulencje trwaja tylko jedna trzecia lotu – potem sprawy wylagadzaja sie i moge spokojnie spogladac za okno.

A jest na co patrzec – oto lece na nad morzem drzew, przez ktore wija sie rzeki w jakims dziwnym, nieznanym mi kolorze. I tak sobie mysle, ze jesli juz ‘jechac’ do Amazonii, to przewrotnie nie pojazdem kolowym, ale samolotem, bo tylko wtedy mozna dokladnie zaobserwowac to, co sie dzieje. Te przemiane burosci w potezna, bezkresna, obezwladniajaca zielen.

Lotnisko w Rurrenabaque to raptem malenki, jednopietrowy budynek i pas startowy wystarczajacy na przyjecie samolotow z parudziesiecioma pasazerami na pokladzie. Nie ma nawet osobnego miejsca na odbior bagazy – plecaki i torby wyrzuca sie po prostu na wozki, skad kazdy potem zabiera, co jego. Co ciekawe, ani w Rurre, ani (co moze ciekawsze) w La Paz/El Alto nie ma zadnej formy kontroli bagazu czy pasazerow. Jednym slowem – na poklad mozna wniesc wszystko, na co ma sie ochote. Byle nie tykalo za glosno ;)

Zatrzymuje sie w hostalu Santa Ana – ladnie, przytulnie, w centrum no i obowiazkowe hamaki sa. Jednak nad mozliwa zmiana ‘alojamiento’ zaczynam zastanawiac sie okolo 5 rano, gdy budza mnie skrzeczace ary i piejacy w nieboglosy kogut. Uslyszalam juz na miescie, ze Santa Ana to takie zoo, wiec na nadchodzaca noc, a wlasciwie ranek, przygotowalam juz sobie zatyczki do uszu.

Bo noc to bedzie, na ten czas, ostatnia. Najpierw wybieram sie na 5 dni do dzungli z Madidi Travel. Jako jedyni oferuja program nawet dla jednej osoby (tzn. mozna jechac na ile sie chce dni, wiec liczba osob na miejscu sie zmienia). I otwarcie mowia, co sie moze stac, tzn. co moze mnie ugryzc i jakie beda tego konsekwencje. Podobno najgorsze, to ugryzienie przez weza, ale przyznam, ze ‘flesh-eating bugs’ wydaja mi sie tak samo przerazajace ;) A po poworcie planuje jeszcze wybrac sie na 3 dni na ‘pampas´. 

Praktycznie rzecz biorac:

- jesli miejscem pobytu jest Hostal Santa Ana, warto wziac ze soba zatyczki do uszu;

- ceny Madidi Travel w Rurre sa o wiele nizsze, niz te, ktora pobiera ich agencja w La Paz. Warto wiec rozmawiac z nimi juz po przybyciu na miejsce. 

(Samolocik do Rurrenabaque)

(Amazonia z lotu ptaka)

20:16, mobile_mon , Boliwia
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2 , 3 , 4
| < Luty 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28        
Ulubione: Blogi podróżnicze