Etiopia

poniedziałek, 05 stycznia 2015

Jak smakuje indżera zastanawiała się w jednym z ostatnich komentarzy Kinga z Copywriter on the road

Żeby przybliżyć trochę tej potrawy smak, publikuję więc ostatni reportaż z Etiopii, który ukazał się w zeszłym już roku na łamach Tygodnika Dzierżoniowskiego

W KRÓLESTWIE KAWY I INDŻERY

Co jak co, ale początki wcale nie należały do łatwych. Jak najbardziej, wiedziałyśmy, że jednym z najpopularniejszych dań w Etiopii jest indżera, ale jak i z czym się ją je - tu już wiedzy i, co by to mówić, kulinarnego obycia brakło.

Powiadają, że z wyglądu indżera, wytwarzana ze zmieszanej z wodą mąki teff, przypomina naleśnik, a w smaku kwaśny chleb - jednak nie do końca mogę się z tym zgodzić. Owszem, jest okrągła, ale to chyba jedyna cecha, która łączy ją ze swojskim naleśnikiem, od którego jest znacznie większa i ma inną, porowatą teksturę. A smak? Coś jak kwaśna gąbka... im bardziej sfermentowana, tym kwaśniejsza, tym bardziej twarz zdumionego przybysza wykrzywia w jedno wielkie pytanie "co ja tutaj będę jeść...??"

Tak, takie pytanie, takie rozważanie nad tym, co my w Etiopii jeść będziemy i o ile schudniemy (ot, taki niezamierzony efekty uboczny lokalnej diety) pojawiło się już na samym początku, który okazał się, jakby na to nie patrzeć, najgorszy z możliwych. Trafiłyśmy tak źle, tak niewłaściwe, że z trudem mogę uwierzyć, że prób jedzenia indżery na dobre nie zarzuciłyśmy. Co się więc stało? Otóż pierwszego po przylocie dnia udajemy się do knajpki, a ponieważ z menu nic nie rozumiemy (wszystkie dania wypunktowane są w języku amharskim), prosimy kelnera, by polecił nam jakąś opcję bezmięsną. Ponieważ po wyrazie twarzy kelnera mamy obawy czy naszą prośbę "no meat" zrozumiał odpowiednio, dodajemy, że jesteśmy "vegetarians", na co kelner uśmiecha się szeroko i proponuje opcję z warzywami. Upewniamy się jeszcze, że będą to warzywa gotowane bądź duszone ("yes, yes") i zamawiamy. Ku naszemu zdziwieniu, kilka minut później na stole lądują dwa duże metalowe talerze wyłożone czymś, co zapewne jest indżerą, i sałatka z warzyw... surowych.

Czy kelner zrozumiał nasze "cooked please", czy też nie - trudno powiedzieć. Sprawa ciekawie jednak nie wygląda - my głodne, z daniem, na które ewentualnie popatrzeć możemy, ale którego zjedzenie, z przyczyn zdrowotnych, mogłoby być dość ryzykowne (warzywa były w końcu myte w wodzie, gdzie to i owo, np. ameba, pływać sobie może), poproszenie o podanie czegoś innego, także bezmięsnego, zadaniem trudnym się wydaje, robimy więc dobrą minę do złej gry i nieśmiało kosztujemy samą indżerę. Fuj! Ble! Jak można jeść kwaśną ścierkę? - zastanawiam się w duchu. Tego dnia wieczorem Aga w przewodniku napisze: "może i dodatki dobre, ale NIESTETY podawane z indżerą"...

Potem było już tylko lepiej, a po jakimś tygodniu zrobiło się tak dobrze, że co wieczór na kolacje nie zamawiałyśmy nic innego, jak indżerę. Wybór bezmięsny jest jednak ograniczony do właściwie dań trzech, w porywach czterech, czyli "shiro" (sos z fasolki z wyparzającą trzewia ilością czosnku i zielonego chili), "tegamino" (sos z fasoli i pomidorów, o mniej lub bardziej płynnej konsystencji, plus nieodzowne czosnek i chili), "beyaynetu", czyli indżera z różnymi warzywami (można też zamówić wersję mięsną), a gdy nie można już patrzeć ani na fasolkę (ja wciąż nie mogę), ani na warzywa, pozostaje opcja z... jajecznicą, w Etiopii przyrządzaną z pomidorami, cebulą i kopiastą ilością chili. Opcji mięsnych jest o wiele więcej, w tym "tibbs" (jagnięcina) czy "kitfo", czyli indżera podawana z surowym, marynowanym mięsem wołowym. Jak się to je? Otóż nie używa się sztućców, tylko ręką (prawą) odrywa się kawałek indżery, zagarnia niewielką ilość sosu, warzyw czy mięsa i do buzi. Nie można przy tym oblizywać palców, a jeśli już resztki sosu na palcach zostaną, to wyciera się je w nic innego, jak czekającą na dalszą konsumpcję indżerę. Powiem tylko, że pod koniec pobytu łyżka czy widelec wydawały mi się co najmniej niepotrzebnym zbytkiem.

Ale Etiopia to nie tylko królestwo indżery, ale przede wszystkim imperium kawy - w końcu to w Rogu Afryki, jak legenda powiada, "odkryto" energetyzującą moc tego czarnego napoju, lokalnie zwanego "bunna". Jednak picie kawy w Etiopii nie ma nic wspólnego z zalewaniem łyżeczki (czy dwóch) kawowych granulek wrzątkiem. W tym kraju picie kawy to prawdziwa ceremonia. Jak ona wygląda? Zawsze tak samo. Na rozgrzane węgle sypie się kadzidła, następnie ziarna kawy płucze się kilkakrotnie w wodzie i parzy na specjalnej patelni. Świeżo spalone, ziarna tłucze się w moździerzu i dodaje do wody gotującej się w charakterystycznym glinianym dzbanku. Po chwili intensywnie pachnący napój rozlewa się do filigranowych filiżanek. Jeszcze tylko łyżeczka cukru (albo i kilka, Etiopczycy namiętnie słodzą zarówno kawę jak i herbatę) i można się delektować.

Bunna smakowała mi wybornie i potrafiłam dziennie wychylić kilka. Jednak to, co mnie kompletnie zaskoczyło i zauroczyło bogactwem swego smaku, to kawowo-herbaciany spris. Otóż do niewielkiej filiżanki, dla odpowiedniego efektu z przeźroczystego szkła, wlewa się najpierw herbatę, potem kawę. W jakiś magiczny chyba sposób napoje te nie zlewają się w jedno, dopiero po pierwszym łyku, gdy już w filiżance zamieszanie powstanie, zaczyna przechodzić smak kawy smakiem herbaty tworząc smak trzeci, zupełnie nowy, niepowtarzalny, by po chwili stopniowo zaniknąć i na sam koniec stać się już smakiem wyłącznie herbaty.

Oprócz wspaniałych ludzi i przepięknych widoków, ukazała nam Etiopia bogactwo swych smaków. I choć niektórych nigdy nie poznam, to inne, jak np. chleb z "fałszywego bananowca" czy wielbłądzie mleko, być może pojawią się w trakcie następnej wyprawy...

20:00, mobile_mon , Etiopia
Link Komentarze (4) »
piątek, 02 stycznia 2015

Już są, zdjęcia z Etiopii. Z lekkim opóźnieniem ale zawsze ;) Zapraszam do obejrzenia...

Zdjęcia z Rwandy i Konga obiecuję wrzucić na bieżąco ;)

Tak to było w Etiopii...

17:57, mobile_mon , Etiopia
Link Komentarze (3) »
niedziela, 07 września 2014

Bywa, że gdy swe Poukładane Miasto przemierzam, znienacka, bez żadnego ostrzeżenia nachodzi mnie tęsknota za chaosem, rozedrganiem i całym tym pozornym bałaganem, jaki znaleźć można chyba tylko w Afryce.

Albo razu z goła innego, też znienacka i też bez żadnego wcześniejszego ostrzeżenia wracają wspomnienia z Doliny Omo. Wraca dźwięk trąbek, wraca plusk rozlewającej się, tłoczonej pompą wody, powraca trzask łamiących się pod naszymi stopami patyczków, gdy po wizycie u ludu Banna do cywilizacji, jaką znamy, w świetle księżyca wracałyśmy.

Zdarza się, i to zdarza się nierzadko, że wspomnienia, te wszystkie smaki, zapachy, te dźwięki, to inaczej łamiące się światło i ten inaczej padający deszcz, stają się tak bardzo namacalne, tak bardzo na wyciągnięcie ręki, że aż mam wrażenie, że wystarczy tylko zamknąć oczy, by to wszystko wróciło, by cały ten chaos choć na chwilę stał się rzeczywistością - ale nie, stukot kół toczącego się nieopodal tramwaju przypomina, że żaden to chaos, ale me Wielkie Miastowe Poukładanie.

W piątek ucięliśmy sobie rozmowę. Ot, kolega wrócił z Meksyku - ciekawa byłam jego wrażeń, spostrzeżeń. I gdy tak o miejscach bliższych i dalekich rozprawialiśmy, kolega stwierdził, że ze wszystkich kontynentów Afryka jest tym, gdzie najmniejszą, jeśli w ogóle, ochotę ma, by się wybrać. I co mi się w niej tak podoba. Tak właściwie.

Hmmm... zamyśliłam się, zafrasowałam, zupełnie nie wiedząc, co odpowiedzieć. Że tam po prostu...inaczej? Brzmi jak frazes, jak banał to brzmi, a frazes czy banał to to, czym Afryka właśnie nie jest.

Zadumałam się, odpowiedzi sensownej szukając, jakiegoś tropu, którym by pójść, jakiejś myśli, co by się jej uchwycić, niczym tonący brzytwy, co by się nią z stanu nie-wiem-co-odpowiedzieć wyciągnąć i spróbować wyjaśnić, że z Afryką to po prostu tak, że albo od pierwszego wejrzenia się w niej zakochasz, w całej jej niedoskonałości, w jej całym chaosie, w jej całym niepoukładaniu, albo przeciwnie - znienawidzisz.

Że na stan pośredni, na obojętność, miejsca tu nie ma.

Miało być o Londynie część 2 i będzie, ot znienacka, bez żadnego ostrzeżenia, naszło mnie na Afrykę...

21:50, mobile_mon , Etiopia
Link Komentarze (3) »
czwartek, 29 maja 2014

Już są, filmiki z wulkanu Erta Ale w rejonie Afar :)

Erta Ale nocą... (ważne są słowa...)


Erta Ale nocą...


Erta Ale za dnia...


O samym wulkanie pisałam tutaj:

http://mobilemon.blox.pl/2014/02/Wypad-w-rejon-Afar-byl-w-planach.html

M.

19:20, mobile_mon , Etiopia
Link Komentarze (4) »
środa, 28 maja 2014

Dzięki pomysłowi Karoli z http://szydeleczko.blogspot.com/ postanowiłam wrzucać filmiki z podróży na YouTuba (jako że blox.pl krzyczy, że są za duże). Otworzyłam więc kanał (ha!) i na początek wrzuciłam dwa, z ceremonii skoku przez byki. Dostępne są tutaj:

Biczowanie:


Skok:



Taniec po:

Filmiki są krótkie, ale będzie lepiej ;) No i mam nadzieję, że niedługo pojawi się Erta Ale!

Dodałam też nowe/brakujące zakładki - wpisy i zdjęcia pojawią się wkrótce, muszę tylko (albo i aż) odgrzebać zapiski...

M.

21:22, mobile_mon , Etiopia
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7
| < Luty 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28        
Ulubione: Blogi podróżnicze