Etiopia

poniedziałek, 05 stycznia 2015

Jak smakuje indżera zastanawiała się w jednym z ostatnich komentarzy Kinga z Copywriter on the road

Żeby przybliżyć trochę tej potrawy smak, publikuję więc ostatni reportaż z Etiopii, który ukazał się w zeszłym już roku na łamach Tygodnika Dzierżoniowskiego

W KRÓLESTWIE KAWY I INDŻERY

Co jak co, ale początki wcale nie należały do łatwych. Jak najbardziej, wiedziałyśmy, że jednym z najpopularniejszych dań w Etiopii jest indżera, ale jak i z czym się ją je - tu już wiedzy i, co by to mówić, kulinarnego obycia brakło.

Powiadają, że z wyglądu indżera, wytwarzana ze zmieszanej z wodą mąki teff, przypomina naleśnik, a w smaku kwaśny chleb - jednak nie do końca mogę się z tym zgodzić. Owszem, jest okrągła, ale to chyba jedyna cecha, która łączy ją ze swojskim naleśnikiem, od którego jest znacznie większa i ma inną, porowatą teksturę. A smak? Coś jak kwaśna gąbka... im bardziej sfermentowana, tym kwaśniejsza, tym bardziej twarz zdumionego przybysza wykrzywia w jedno wielkie pytanie "co ja tutaj będę jeść...??"

Tak, takie pytanie, takie rozważanie nad tym, co my w Etiopii jeść będziemy i o ile schudniemy (ot, taki niezamierzony efekty uboczny lokalnej diety) pojawiło się już na samym początku, który okazał się, jakby na to nie patrzeć, najgorszy z możliwych. Trafiłyśmy tak źle, tak niewłaściwe, że z trudem mogę uwierzyć, że prób jedzenia indżery na dobre nie zarzuciłyśmy. Co się więc stało? Otóż pierwszego po przylocie dnia udajemy się do knajpki, a ponieważ z menu nic nie rozumiemy (wszystkie dania wypunktowane są w języku amharskim), prosimy kelnera, by polecił nam jakąś opcję bezmięsną. Ponieważ po wyrazie twarzy kelnera mamy obawy czy naszą prośbę "no meat" zrozumiał odpowiednio, dodajemy, że jesteśmy "vegetarians", na co kelner uśmiecha się szeroko i proponuje opcję z warzywami. Upewniamy się jeszcze, że będą to warzywa gotowane bądź duszone ("yes, yes") i zamawiamy. Ku naszemu zdziwieniu, kilka minut później na stole lądują dwa duże metalowe talerze wyłożone czymś, co zapewne jest indżerą, i sałatka z warzyw... surowych.

Czy kelner zrozumiał nasze "cooked please", czy też nie - trudno powiedzieć. Sprawa ciekawie jednak nie wygląda - my głodne, z daniem, na które ewentualnie popatrzeć możemy, ale którego zjedzenie, z przyczyn zdrowotnych, mogłoby być dość ryzykowne (warzywa były w końcu myte w wodzie, gdzie to i owo, np. ameba, pływać sobie może), poproszenie o podanie czegoś innego, także bezmięsnego, zadaniem trudnym się wydaje, robimy więc dobrą minę do złej gry i nieśmiało kosztujemy samą indżerę. Fuj! Ble! Jak można jeść kwaśną ścierkę? - zastanawiam się w duchu. Tego dnia wieczorem Aga w przewodniku napisze: "może i dodatki dobre, ale NIESTETY podawane z indżerą"...

Potem było już tylko lepiej, a po jakimś tygodniu zrobiło się tak dobrze, że co wieczór na kolacje nie zamawiałyśmy nic innego, jak indżerę. Wybór bezmięsny jest jednak ograniczony do właściwie dań trzech, w porywach czterech, czyli "shiro" (sos z fasolki z wyparzającą trzewia ilością czosnku i zielonego chili), "tegamino" (sos z fasoli i pomidorów, o mniej lub bardziej płynnej konsystencji, plus nieodzowne czosnek i chili), "beyaynetu", czyli indżera z różnymi warzywami (można też zamówić wersję mięsną), a gdy nie można już patrzeć ani na fasolkę (ja wciąż nie mogę), ani na warzywa, pozostaje opcja z... jajecznicą, w Etiopii przyrządzaną z pomidorami, cebulą i kopiastą ilością chili. Opcji mięsnych jest o wiele więcej, w tym "tibbs" (jagnięcina) czy "kitfo", czyli indżera podawana z surowym, marynowanym mięsem wołowym. Jak się to je? Otóż nie używa się sztućców, tylko ręką (prawą) odrywa się kawałek indżery, zagarnia niewielką ilość sosu, warzyw czy mięsa i do buzi. Nie można przy tym oblizywać palców, a jeśli już resztki sosu na palcach zostaną, to wyciera się je w nic innego, jak czekającą na dalszą konsumpcję indżerę. Powiem tylko, że pod koniec pobytu łyżka czy widelec wydawały mi się co najmniej niepotrzebnym zbytkiem.

Ale Etiopia to nie tylko królestwo indżery, ale przede wszystkim imperium kawy - w końcu to w Rogu Afryki, jak legenda powiada, "odkryto" energetyzującą moc tego czarnego napoju, lokalnie zwanego "bunna". Jednak picie kawy w Etiopii nie ma nic wspólnego z zalewaniem łyżeczki (czy dwóch) kawowych granulek wrzątkiem. W tym kraju picie kawy to prawdziwa ceremonia. Jak ona wygląda? Zawsze tak samo. Na rozgrzane węgle sypie się kadzidła, następnie ziarna kawy płucze się kilkakrotnie w wodzie i parzy na specjalnej patelni. Świeżo spalone, ziarna tłucze się w moździerzu i dodaje do wody gotującej się w charakterystycznym glinianym dzbanku. Po chwili intensywnie pachnący napój rozlewa się do filigranowych filiżanek. Jeszcze tylko łyżeczka cukru (albo i kilka, Etiopczycy namiętnie słodzą zarówno kawę jak i herbatę) i można się delektować.

Bunna smakowała mi wybornie i potrafiłam dziennie wychylić kilka. Jednak to, co mnie kompletnie zaskoczyło i zauroczyło bogactwem swego smaku, to kawowo-herbaciany spris. Otóż do niewielkiej filiżanki, dla odpowiedniego efektu z przeźroczystego szkła, wlewa się najpierw herbatę, potem kawę. W jakiś magiczny chyba sposób napoje te nie zlewają się w jedno, dopiero po pierwszym łyku, gdy już w filiżance zamieszanie powstanie, zaczyna przechodzić smak kawy smakiem herbaty tworząc smak trzeci, zupełnie nowy, niepowtarzalny, by po chwili stopniowo zaniknąć i na sam koniec stać się już smakiem wyłącznie herbaty.

Oprócz wspaniałych ludzi i przepięknych widoków, ukazała nam Etiopia bogactwo swych smaków. I choć niektórych nigdy nie poznam, to inne, jak np. chleb z "fałszywego bananowca" czy wielbłądzie mleko, być może pojawią się w trakcie następnej wyprawy...

20:00, mobile_mon , Etiopia
Link Komentarze (4) »
piątek, 02 stycznia 2015

Już są, zdjęcia z Etiopii. Z lekkim opóźnieniem ale zawsze ;) Zapraszam do obejrzenia...

Zdjęcia z Rwandy i Konga obiecuję wrzucić na bieżąco ;)

Tak to było w Etiopii...

17:57, mobile_mon , Etiopia
Link Komentarze (3) »
niedziela, 07 września 2014

Bywa, że gdy swe Poukładane Miasto przemierzam, znienacka, bez żadnego ostrzeżenia nachodzi mnie tęsknota za chaosem, rozedrganiem i całym tym pozornym bałaganem, jaki znaleźć można chyba tylko w Afryce.

Albo razu z goła innego, też znienacka i też bez żadnego wcześniejszego ostrzeżenia wracają wspomnienia z Doliny Omo. Wraca dźwięk trąbek, wraca plusk rozlewającej się, tłoczonej pompą wody, powraca trzask łamiących się pod naszymi stopami patyczków, gdy po wizycie u ludu Banna do cywilizacji, jaką znamy, w świetle księżyca wracałyśmy.

Zdarza się, i to zdarza się nierzadko, że wspomnienia, te wszystkie smaki, zapachy, te dźwięki, to inaczej łamiące się światło i ten inaczej padający deszcz, stają się tak bardzo namacalne, tak bardzo na wyciągnięcie ręki, że aż mam wrażenie, że wystarczy tylko zamknąć oczy, by to wszystko wróciło, by cały ten chaos choć na chwilę stał się rzeczywistością - ale nie, stukot kół toczącego się nieopodal tramwaju przypomina, że żaden to chaos, ale me Wielkie Miastowe Poukładanie.

W piątek ucięliśmy sobie rozmowę. Ot, kolega wrócił z Meksyku - ciekawa byłam jego wrażeń, spostrzeżeń. I gdy tak o miejscach bliższych i dalekich rozprawialiśmy, kolega stwierdził, że ze wszystkich kontynentów Afryka jest tym, gdzie najmniejszą, jeśli w ogóle, ochotę ma, by się wybrać. I co mi się w niej tak podoba. Tak właściwie.

Hmmm... zamyśliłam się, zafrasowałam, zupełnie nie wiedząc, co odpowiedzieć. Że tam po prostu...inaczej? Brzmi jak frazes, jak banał to brzmi, a frazes czy banał to to, czym Afryka właśnie nie jest.

Zadumałam się, odpowiedzi sensownej szukając, jakiegoś tropu, którym by pójść, jakiejś myśli, co by się jej uchwycić, niczym tonący brzytwy, co by się nią z stanu nie-wiem-co-odpowiedzieć wyciągnąć i spróbować wyjaśnić, że z Afryką to po prostu tak, że albo od pierwszego wejrzenia się w niej zakochasz, w całej jej niedoskonałości, w jej całym chaosie, w jej całym niepoukładaniu, albo przeciwnie - znienawidzisz.

Że na stan pośredni, na obojętność, miejsca tu nie ma.

Miało być o Londynie część 2 i będzie, ot znienacka, bez żadnego ostrzeżenia, naszło mnie na Afrykę...

21:50, mobile_mon , Etiopia
Link Komentarze (3) »
czwartek, 29 maja 2014

Już są, filmiki z wulkanu Erta Ale w rejonie Afar :)

Erta Ale nocą... (ważne są słowa...)


Erta Ale nocą...


Erta Ale za dnia...


O samym wulkanie pisałam tutaj:

http://mobilemon.blox.pl/2014/02/Wypad-w-rejon-Afar-byl-w-planach.html

M.

19:20, mobile_mon , Etiopia
Link Komentarze (4) »
środa, 28 maja 2014

Dzięki pomysłowi Karoli z http://szydeleczko.blogspot.com/ postanowiłam wrzucać filmiki z podróży na YouTuba (jako że blox.pl krzyczy, że są za duże). Otworzyłam więc kanał (ha!) i na początek wrzuciłam dwa, z ceremonii skoku przez byki. Dostępne są tutaj:

Biczowanie:


Skok:



Taniec po:

Filmiki są krótkie, ale będzie lepiej ;) No i mam nadzieję, że niedługo pojawi się Erta Ale!

Dodałam też nowe/brakujące zakładki - wpisy i zdjęcia pojawią się wkrótce, muszę tylko (albo i aż) odgrzebać zapiski...

M.

21:22, mobile_mon , Etiopia
Link Komentarze (4) »
środa, 12 marca 2014

To wcale nie było tak, że wszystko szło jak z płatka. Owszem, przez pierwszy miesiąc pod względem zdrowotnym sprawy miały się wręcz idealnie (no może z wyjątkiem niedyspozycji po wypiciu zbytniej ilości teju...), ale po powrocie z północy do Addis sytuacja zaczęła się lekko komplikować....

Że coś może być nie tak, zorientowałam się w Dessie, Mieście Supermarketów. Wkradł się dyskomfort, jakaś kula, ciężka i niewygodna, uwaliła mi się na żołądku. Na shiro patrzeć nie mogłam, nawet St George nie wzbudzał mojego zainteresowania. Jednym słowem – zaczęły się kłopoty.

Całkiem poważne, te kłopoty. Bowiem gdy drugiego dnia Aga nadal z pokoju nie wychodzi, idziemy do lekarza i to, co słyszymy, w zdumienie, by nie rzec szok, nas wprawia. Ja: ameba. Aga: ameba i... tyfus. Ot, szczepionka (przeciwko tyfusowi) nie zadziałała.

Szok mija szybko, działać przecież trzeba. I by te choroby jakoś ośmieszyć, jakoś zdyskredytować, by to, co się stało, jakoś w żart zamienić, nawet jeśli kiepski, jeśli mało śmieszny, nazywamy je amebkami i tyfusikiem. Od tej pory dzień w dzień padają pytania „Jak tam twoje amebki?”, „Jak tam twój tyfusik? - i od razu lepiej, od razu weselej się robi. Z „amebą” ciężko podróżować, ale z „amebkami” to już inna para kaloszy. Z amebkami to nawet zaprzyjaźnić się idzie (mimo że krótka i gwałtowna to przyjaźń).

Jednak to nie amebki strachu mi napędzą, to nie one sprawią, że w niemocy zastanawiać się będę czy nie złapałam czegoś groźnego, czegoś, co się we mnie na dobre zadomowi i wyeksmitować się nie da. Bowiem zaczynam czuć się dziwnie. Tracę apetyt, ale to tracę go dosłownie i kompletnie. Na widok jedzenia (a jeść jednak trzeba) robi mi się niedobrze i mam ochotę puścić przysłowiowego pawika (tylko że nie ma z czego...). Niczym poplątane nitki wełny kołtunią mi się myśli i potrzebuję coraz więcej czasu, by je rozplątać, by formę, zrozumiałą dla innych i dla siebie, im nadać. I robię się zmęczona, ale to Zmęczona przed duże „Z”, wyczerpana, niczym przebita dętka spędzam czas w hotelu zastanawiając się czy dam radę dojść do knajpy po drugiej stronie ulicy, bo tak daleko ta druga strona się wydaje. I czy dam radę coś zjeść, bo jedzenie, jeszcze dni temu kilka tak pyszne, cały smak straciło, odrzucające się stało.

Zmęczenie zmęczeniem, utrata apetytu utratą apetytu, ale to, co przeraża mnie najbardziej, to to, co się dzieje w mojej głowie. Dosłownie. W mojej głowie. Jakaś inna, nie moja, ta głowa. Jest jakieś ciśnienie, jakiś ucisk i nagle wiem, wiem do czego to, co się z moją głową dzieje, mogę porównać. Zaczynam mieć bowiem wrażenie, jakby mój mózg zaczął prowadzić odrębne życie, jakby odseparował się od czaszki, odgrodził, jakby jakiś nieforemny płot dookoła siebie wybudował. I gdy zamiast słabnąć, to surrealistyczne poczucie tylko się wzmacnia, dociera do mnie, że być może są to... efekty uboczne leku Malarone, który brałyśmy ze względu na zagrożenie malarią w Dolinie Omo. Odpalam więc kompa, wklepuję w Google „Malarone side effects” i wyskakuje, przerażająca lista tego, co Malarone może z tobą zrobić.

Czy to na pewno było Malarone – pewności nie mam. Ale po odstawieniu leku zmęczenie stopniowo ustąpiło, apetyt powrócił a mózg, początkowo niechętnie, ale rozebrał ogrodzenie i na nowo zbratał się zresztą głowy.

W następnym poście – o pomysłach na kolejne wyjazdy. Bo mają już to pomysły do siebie, że pojawiają się same. Nawet jeśli nieproszone.

19:48, mobile_mon , Etiopia
Link Komentarze (7) »
czwartek, 27 lutego 2014

Powoli dobiega końca, nasza podróż po Etiopii. I gdy tak siedzę sobie w Hotelu Baro, sącząc schłodzonego St. George'a, przypomina mi się rozmowa na lotnisku w Stambule sprzed raptem sześciu tygodni. Z chłopakiem, który przemierzył spory szmat Afryki i który ze wszystkich krajów swojej dziewczyny nie puściłby właśnie do... Etiopii.

Być może istnieją dwie Etiopie. A być może jedna, tylko bywaliśmy w tych mających ze sobą niewiele wspólnego. Bo moje doświadczenie jest zupełnie inne. Owszem, pewne sprawy są bardziej wyjaskrawione, bywa, że za to samo płaci się wyższą cenę (co uważam za kompletnie niesprawiedliwe, ale nie czas ani miejsce, by się o tym rozpisywać) a w pewnych rejonach trzeba po prostu na siebie i swoje rzeczy uważać bardziej, niż gdzie indziej. Jednak z drugiej strony ludzie potrafią być rozbrajająco pomocni i życzliwi. No i gdzie indziej, idąc sobie na śniadanie, można usłyszeć „Hello sweathearts! How are you?” ;)

Etiopię opuszczam w poczuciu, że było pięknie i że było warto. Zobaczyłyśmy i doświadczyłyśmy wszystkiego, co planowałyśmy, o czym marzyłyśmy. Były też wydarzenia zupełnie nieplanowane, decyzje spontaniczne, jak wyjście na imprezkę w Arba Minch. A wszystko to przez... zabójczo gorący klimat w tym mieście i wyłączenia prądu.

Było już Arba Minch pogrążone w iście egipskich ciemnościach, gdy zachciało nam się napić czegoś zimnego. Gdy usłyszał o tym Haile, młodszy brat Andy'ego, stwierdził, że nas samych nie puści i że poszuka czegoś z nami. Tym czymś był przybytek mający generator prądu i takowym przybytkiem okazał się położony w innej części miasta Pelican Bar. Zamówiliśmy po Harar/Ambo i nie minęło parę minut, gdy tu pisząca, w klapkach, i Aga, w ubraniu w innych okolicznościach służącym za piżamę, ruszyły na parkiet przy dźwiękach najnowszych hitów etiopskich night-clubów. Kilka obrotów w prawo, kilka w lewo, potrząsanie tym, potrząsanie tamtym, i wracamy z powrotem, w tuktuku, który Haile dla nas zamówił. W ciemnościach, pod rozbestwionym afrykańskim niebem, wręcz szaleńczym tempem pędzimy opustoszałymi ulicami Arba Mich. W zmagającym się wietrze poły łopoczą jak szalone. Z głośników, na cały regulator, ryczy „I'm gonna shoot, I'm gonna shoot. I'm gonna shoot like a pistol!”.

Najpiękniejsze miejsca w Etiopii (wybór subiektywny, kolejność przypadkowa):

- góry Simien

- rejon Afar

- Dolina Omo

Lekki żal, że nie udało nam się zobaczyć:

- Harar

Zabrakło dwóch dni. Dni, które chore spędziłyśmy w Addis, zanim okazało się, co nam dolega (choć teraz wszystko ok).

[Trasa, którą przemierzyłyśmy w Etiopii]



17:25, mobile_mon , Etiopia
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 25 lutego 2014

Dzień 4: z wizytą u plemion Ari i Banna oraz na targu w Key Afar

Tuż po śniadaniu (tradycyjnie enkulal ferfer, dabbo i bunna) wyruszamy do wioski plemienia Ari w okolicach Jinki. W otoczeniu drzew mango, awokado, ananasa czy bananowców, Ari prowadzą tradycyjny tryb życia. Spośród ludów zamieszkujących Dolinę Omo wyróżniają się tym, że jako jedyni zajmują się wytwarzaniem garnków i dzbanów, które potem sprzedają na okolicznych targach. Małe dzbanki kosztują ok 10 birrów (pół dolara), natomiast te duże, te robiące największe wrażenie, nie więcej jak 50 birrów. I to właśnie przy pracy nad nimi mamy okazję spotkać matkę i córkę – siedząc na ziemi, nie używając praktycznie żadnego sprzętu, starsza kobieta nadaje dłonią kształt dzbanowi podczas gdy jej córka dolepia ucho do już uformowanego dzbana. Jeszcze tylko suszenie i wypalanie, i dzbany gotowe.

[Dzban produkcji plemienia Ari]

Przed wyjściem z wioski wstępujemy jeszcze do bimbrowni na łyk lokalnej wódki znanej tutaj jako „araki”. Destylowana w dzbanach opalanych drewnem, pojedynczymi kroplami sączy się leniwie do mniejszych pojemników. Cała bimbrownia wygląda tak:

[Produkcja alkoholu u plemienia Ari]

Lekko uhahane, od Ari jedziemy już prosto do Key Afar. W lokalnym języku (przyznaję, że nie pamiętam którym, bo w Dolinie Omo co plemię, to często gęsto innym językiem się posługuje) Key Afar znaczy „czerwona ziemia”. I coś w tym jest, precyzyjnie nazwa ta rzeczywistość oddaje, bowiem raz po raz dostrzegamy połacie ziemi w kolorze innym, jakimś znajomym, ale nie do końca znanym, o innej intensywności, o mocniejszej barwie.

Do Key Afar docieramy w czwartek – to właśnie w ten dzień schodzą się do miasteczka mieszkające w okolicy plemiona, z których w oko najbardziej wpadają przedstawiciele ludu Banna. Plemię to dzieli kulturę , tradycję i język z ludem Hamer. Ubierają się też w podobny sposób: kobiety noszą spódnice ze skóry, obciążone metalowymi płytkami, by nie unosiły się do góry, i nierzadko dodatkowo ozdobione koralikami. Z górą jest różnie – strój tradycyjny to także skóra, ozdobiona muszelkami, jednak coraz częściej kobiety zarówno Banna jak i Hamer zakładają na górę zachodnie ubrania. Bywa, że z lekka komicznym efektem, jak jedna napotkana w Dimece kobieta Hamer, która miała na sobie... męskie slipy, oczywiście po lekkiej przeróbce! Natomiast mężczyźni noszą przepaski na biodrach i masę różnej maści koralików, w których prezentują się bardzo męsko! W tej kwestii zgoda panowała pełna ;)

Na targu w Key Afar robimy niewielkie zakupy. Ja wybieram naszyjnik – kolczyki niestety odpadają, są zbyt grube na europejskie uszy. Natomiast Aga po krótkich negocjacjach nabywa ważącą chyba ze sto kilogramów... dzidę ;) Rzeczona dzida zastosowanie znajdzie już najbliższej nocy – z pokoju Aga usunie nią karalucha, który chwilę wcześniej przebiegł po tu piszącej. Chyba nie muszę dodawać, jaka była moja reakcja...

[Mon na targu w Key Afar]

[Aga po zakupach]

Po południu wybieram się jeszcze z Andym (Aga odpoczywa) z wizytą do wioski zamieszkałej przez Banna. Witają nas kawą, ale jest to kawa zarówno przygotowana w inny sposób, jak i podana. Bowiem Banna nie parzą ziaren kawy, jak w innych rejonach Etiopii, lecz gotują ich łupinki i w ten sposób przygotowany wywar podają w czarkach wykonanych ze skorup lokalnego warzywa. Wygląda to tak:

[Kawa podana w stylu plemienia Banna]


Jest jednak ta wizyta smutkiem, by nie rzec tragedią podszyta. Jedno z dzieci, kilkuletni chłopczyk, cztery lata temu spadł niefortunnie z płotu uszkadzając sobie kręgosłup. Ponieważ w Etiopii bezpłatna opieka lekarska przysługuje kobietom w ciąży (natomiast po porodzie koszty leczenia zarówno matki jak i dziecka pokrywa się z własnej kieszeni), malec większość czasu spędza na leżąco, ponieważ rodziny nie stać na specjalistyczne leczenie. A gdy wstanie, chudziutki, widok serce rozrywa – wykrzywiony, z monstrualnie rozdętym brzuszkiem, kolebie się na cieniutkich nóżkach. Jego młodszy braciszek tymczasem przechodzi malarię i rodziny też nie stać na lekarstwa. Jeśli się nie polepszy, sprzedadzą kozę, by pokryć koszty leczenia. Została już wybrana – stoi przywiązana do płotu. Na razie – wszyscy czekają.

Dzień 5 – ceremonia skoków przez grzbiety byków u plemienia Banna

W Key Afar niespodziewanie dochodzą mnie słuchy, że następnego dnia, tj. w piątek, we wiosce o nazwie Jinja odbędzie się ceremonia skoków przez grzbiety byków. To taka przepustka w dorosłość, rytuał, który każdy dorastający chłopak Banna i Hamer musi przejść, by stać się mężczyzną, zyskując zarówno prawa, m.in. do zawarcia ślubu, jak i obowiązki, takie jak dbanie o dobro rodziny czy społeczności. Podekscytowana, bo o zobaczeniu tej ceremonii skrycie marzyłam, mówię o tym Andy'emu. Obiecuje, że zasięgnie języka i sprawdzi czy tak faktycznie jest.

Z tego zdania Andy wywiązuje się rewelacyjnie. Nie dość, że potwierdzi, że ceremonia faktycznie ma miejsce, to jeszcze zrobi wszystko, by ustalić, gdzie ta Jinja się znajduje. A nie jest to zadanie łatwe – bowiem Jinja to niewielka wioseczka, osada bardziej, położona z dala od utartego szlaku. Żeby do niej dotrzeć, Andy angażuje lokalnego przewodnika, a dokładniej rzecz biorąc przekonuje znającego okolicę chłopca Banna, by wskazał nam drogę, kusząc go wynagrodzeniem rzędu 50 birrów. Onieśmielony, chłopiec będzie najpierw pilotował jeepa, a gdy ze względu na ukształtowanie terenu dalsza jazda stanie się niemożliwa, poprowadzi nas tylko sobie znanymi ścieżkami w kierunku miejsca, gdzie już wieczorem młodzieniec Banna przez grzbiety byków wskoczy w dorosłość.

[W drodze do Jinja]

Pierwsze wrażenie po dotarciu do wioski jest, jakby to ująć, surrealistyczne. Kogokolwiek nie spotkamy, dziecko czy dorosłego, wita się z nami uściskiem dłoni, nie rzadko dodając do tego zwyczajowe stuknięcie ramieniem. Gdy stawiamy się już u gospodarzy, częstują nas lokalnej produkcji piwem – oto do czary wrzuca się sfermentowaną „pastę” z sorgo, zalewa się to coś wodą, miesza patyczkiem i napitek, o barwie i konsystencji dość interesującej, gotowy. Następnie taka czara wędruje z rąk do rąk i każdy z obecnych się częstuje. Także my, choć ja łyk piwa biorę tylko raz, z ciekawości, a przy każdej kolejnej rundzie po prostu maczam usta, wypluwając łuski sorgo na boku. Popija tylko Andy, ale jak powiada: „I have no choice...”

Jak sama nazwa wskazuje, punktem kulminacyjnym ceremonii są skoki przez byki. Jednak zanim do tego dojdzie, zanim wchodzący w dorosłość chłopak przeleci po grzbietach byków przy dźwiękach piszczałek i swoistym aplauzie towarzyszących mu w tej drodze osób, wydarzy się sporo rzeczy. Jedną z nich jest biczowanie kobiet przez mężczyzn. Powiadają, że rząd Etiopii podejmuje działania, by zmniejszyć skalę lub nawet zakazać tej praktyki, ale obecnie, w mniejszym lub większym stopniu, nadal ma ona miejsce, nadal kobiety „błagają” mężczyzn, by je biczowali, w ten sposób wyrażając swoje oddanie wchodzącemu w dorosłość młodzieńcowi. Ot, siła tradycji.

Jak to wyglądało u plemienia Banna?

Tuż po naszym przybyciu do wioski zjawia się grupka nastoletnich dziewcząt. Zrzucają drewno na opał, które niosły na plecach i przytupując nogami, do których mają przymocowane tradycyjne grzechotki, zaczynają tańczyć. A inny, specyficzny jest to taniec. Afrykański. Kompletnie nie-europejski. Oto śpiewając pieśń na cześć młodzieńca, nieśpiesznie drepczą, by nagle zerwać się w podskokach. Niczym w transie, wybijają się w górę, po czym opadają zginając się prawie że w pół. I tak to trwa, ten taniec, te podskoki i to opadanie, w tumanach kurzu, w akompaniamencie grzechotek dziewczyny tańczą, by wesprzeć chłopaka, który jeszcze dziś wejdzie w wiek męski.

[W tle tańczące dziewczyny Banna, na pierwszym planie Aga]

Długo trwa, ten taniec. Jak nic bite parę godzin. Mają jednak wspomaganie, bowiem raz po raz podchodzą do nich mężczyźni i poją je piwem i wódką z sorgo. Początkowo nie bardzo wiem, o co chodzi, ujmując to inaczej – widok dorosłych mężczyzn częstujących alkoholem nastolatki wydaje mi się dość osobliwy, by nie rzecz podejrzany, ale gdy zacznie zapadać zmierzch, wszystko stanie się jasne: oto dziewczyny piją, by poddać się biczowaniu. Na trzeźwo by tego nie zrobiły – taka jest moja interpretacja.

Początkowo ceremonia miała rozpocząć się ok. 14ej „faranji time”, natomiast mija 17a, a tu nadal nic się nie dzieje. Andy po raz kolejny zasięga języka i dowiadujemy się, że czekają na jeszcze jedną osobę. Bardzo ważną, bez której nic się nie obejdzie. W końcu jest, a raczej są – bowiem wszyscy czekali na „maza”, przyjaciół skoczka, którzy już z powodzeniem przeszli rytuał skoków przez byki i którzy to będą biczować dziewczęta. A te sprawiają wrażenie, jakby tylko na to czekały. Jak tylko „maza” pojawiają się na horyzoncie, dziewczyny rzucają się w ich kierunku niczym oszalałe. Wydzierają im z rąk rózgi, po czym dmąc w piszczałki domagają się, by je uderzyli. Ci się początkowo wzbraniają, odwracają wzrok, udają, że ich nie ma, ale nagle jak nie świśnie, jak nie łupnie rózga o nagie ciało dziewczyny.

Trudne, trudne to było. To patrzenie, jak do krwi dzielą je rózgami. Szczególnie, gdy prosiły o więcej...

[Dziewczyna na pierwszym planie domaga się biczowania]

Następne etapy ceremonii są wysoce symboliczne. Wybranego chłopca malują w tradycyjne wzory i poddają obrządkom, o których rozpisywać się nie będę, bo nie wszystko dokładnie zrozumiałam. Głównym celem jest przekazanie tradycji następnemu pokoleniu plemienia Banna. Potem to następne przekaże następnemu, i tak dalej, aż do końca, by tradycja istniała, by nie zaginęła. Dopiero gdy skończą z chłopcem, zaczną ustawiać byki. Ze stada wybiorą nie więcej niż dziesięć i ustawą je, jeden obok drugiego, niczym nie związane, przytrzymywane na miejscu wyłącznie siłą mięśni. Być może aby utrudnić zadanie, niżej (bo zwierzęta ustawiają „na górce”) ustawią byka najbardziej rosłego.

A zadanie, które młodzieniec ma do wykonania, polega na wskoczeniu na grzbiet pierwszego byka i następnie przebiegnięciu po wszystkich, nago. I zadanie to ma wykonać trzy razy. Jeśli spadnie, wszystko liczy się od początku. I „nasz” skoczek spada, po pierwszym przebiegu w dół nie może wskoczyć na tego rosłego byka, albo wskakuje tak niefortunnie, że spada z trzeciego, czwartego zwierzęcia. Coraz bardziej zmęczony, próbuje, nie poddaje się i dopiero gdy ten byk zerwie się i ucieknie, skoczek dokończy swoje zadanie i wejdzie w wiek męski.

[Ustawianie byków]

[Młodzieniec w locie nad grzbietami byków]


I gdy starszyzna wita w swym gronie kolejnego mężczyznę, rozpoczynają się tańce. Przy zachodzie słońca, chłopacy/mężczyźni Banna ustawiają się w kręgu. Nagle hop, część z nich wyskakuje w górę. Wysoko, niczym do nieba, tak mocno się odbijają. Opadają w tumanach kurzu, by wyskok powtórzyć raz jeszcze, i jeszcze, i jeszcze...

[Taniec mężczyzn z plemienia Banna]

Piękne to było przeżycie, uczestniczenie w tej ceremonii. Taka wisienka na torcie naszego pobytu w Dolinie Omo i całej Etiopii.

PS. Oprócz nas w Jinja nie było żadnych innych „białych twarzy”.

Dzień 6: plemię Hamer i targ w Dimece

Dimeka była, ale gdyby się nie wydarzyła, nic takiego by się nie stało – myśli i tak plątały się, niczym nie poskromione, wśród plemienia Banna. Przed południem udałyśmy się na targ, niestety w towarzystwie przewodnika, którego nam wmuszono i który widząc, jak kobieta o imieniu Ari z plemienia Hamer zaplata mi warkoczyka, wcierając w niego masło i ochrę, wprawie że wpadł w amok krzycząc, że to niedozwolone, że my jesteśmy z innej kultury, na dodatek strasząc policją. Odpowiedziałyśmy mu dosadnie i konkretnie, jednak kobiety z Hamer tak się zestresowały, że o dalszych warkoczykach nie było mowy – zaprosiłyśmy je więc na kawę, one na to, że wolą piwo w lokalnym barze, gdzie koniec końców wylądowałyśmy. Fajnie było. Piwo, tj. pastę z sorgo wyjmowaną ręką z dużej beczki i następnie rozrzedzoną wodą w średniej wielkości wiaderku, wędrowało z rąk do rąk. Ot, taka różnica między kulturami z różnych światów: u nas każdy siedzi nad własną piwa szklanicą, u Hamer napitek krąży, wszyscy są równi, każdy napić się może. Choć nie każdy skorzysta, bo piszące tu faranji tradycyjnie już umoczyło usta, splunęło łupinkami sorgo i uśmiechnęło się szeroko.

Dolina Omo praktycznie

Po Dolinie Omo zamierzałyśmy podróżować niezależnie i po pobycie tam wiem, że jest to jak najbardziej możliwe, co nie znaczy, że łatwe, proste i przyjemne (no ale podróżowanie nie zawsze takie jest). Pierwotnie nasz plan był taki:

Niedziela: Addis Abeba – Arba Minch

Poniedziałek: Arba Minch – Jinka

Wtorek – targ w Jinka

Środa: wizyta u Mursi przed południem, po południu dojazd do Key Afar

Czwartek: targ w Key Afar

Piątek: wizyta u plemienia Banna, przejazd do Dimeki

Sobota: targ w Dimece (jeżeli nie uda się dojechać transportem lokalnym w piątek, to w sobotę, ewentualnie można coś wynająć)

Niedziela: Dimeka – Arba Minch

Poniedziałek: Arba Minch – Addis Ababa

Myśmy podróżowały z pomocą Andy'ego i gorąco go polecam wszystkim, którzy pragną zwiedzić Dolinę Omo, choć nie koniecznie własnym sumptem. Kontakt do niego:

Andualem Seyoum

tel kom: +251 920 647 675

email: tagmbfm2008@yahoo.com

PS – jedno z najfajniejszych zdjęć:

[Aga odpoczywa na krzesełku/poduszce w stylu Banna. W tle nasz mały lokalny przewodnik i Andy]

10:49, mobile_mon , Etiopia
Link Dodaj komentarz »

Wyprawa w Dolinę Omo

To musi być czat. Taka byłam zmęczona, kompletnie bez sił, wypompowana, ale wystarczyła sesja żucia czatu z orzeszkami dla smaku i picia kawy w lokalnej knajpie w Jince w Dolinie Omo z Andym i naszym lokalnym przewodnikiem, i proszę – jestem jak nowa. Umysł jasny. Energi w bród. A przynajmniej wystarczająco, by te parę słów napisać.

Tylko kim jest Andy?

Dzien 1: Addis Abeba – Arba Minch

Z napisem „MONICA” i białą Toyotą czeka na nas na dworcu autobusowym w Arba Minch, dokąd docieramy, zmęczone, po prawie że dziesięciu godzinach jazdy przez coraz to piękniejsze rejony etiopskiego południa. Z Addis Abeby do Arba Minch odjeżdża raptem jeden autobus dziennie i by w ogóle do niego wsiąść, prosimy panów z hotelu Baro, by nam, oczywiście za opłatą, kupili bilety dzień wcześniej. Bo dla nas dworce, skąd odjeżdżają autobusy dalekobieżne, a raczej ichnie kasy biletowe są światem tak innym, tak odmiennym, tak krzykliwie różnym, że próby zakupu biletu nawet nie podejmujemy. Wygodniej i, co najważniejsze, pewniej jest po prostu o to kogoś zaufanego poprosić.

Bilety odbieram dobrze po południu i gdy gość z recepcji pyta się, dokąd się wybieramy, odpowiadam, że do Doliny Omo. On na to, że tam kogoś zna, kto nam może pewne sprawy ułatwić, ja na to, że jedziemy niezależnie, własnym sumptem, ale jeśli ten ktoś mógłby nam kupić bilety z Arba Minch do Konso, to z wielką chęcią z takiej opcji skorzystamy.

Tym kimś jest właśnie Andy. I chociaż biletów do Konso nam nie kupi, to z rozbrajającym uśmiechem powita nas, gdy do Arba Mich w poniedziałek wieczorem dojedziemy.

Jest pełne nieufności to nasze pierwsze spotkanie. W końcu umawialiśmy się tylko na zakup biletów, a tutaj że do hotelu nas odwiezie, że omówimy plan wyjazdu, że to, że tamto, na co ja ripostuję, że dziękujemy bardzo, ale damy sobie radę i że tylko chcemy odebrać bilety. Robi się coraz większe zamieszanie, by nie rzec raban, ktoś podchodzi i pyta czy my się znamy, a jeśli nie, to zaraz nam odpowiednie kierunki wskaże i trwałaby, zapewne, ta wymiana słów czas jakiś jeszcze, gdybyśmy, z ciekawości, nie zdecydowały się zobaczyć, co Andy ma nam do zaoferowania. A ta oferta, przedstawiona przy coli i herbatce, jest tak interesująca, tak zachęcająca, oraz, jakby na to nie patrzeć, finansowo korzystna, że ostatecznie decydujemy się ją przyjąć. Czynnikiem decydującym i zarazem wisienką na torcie jest noc, którą spędzić mamy wśród plemienia Hamer. Koniec końców do Hamerów nie zawitamy, ale w tym momencie jeszcze tego nie wiemy.

Dzień 2: Arba Minch – Konso – Jinka

Po pysznym śniadaniu, z Arba Minch wyruszamy prosto do Konso. Krajobraz zmienia się diametralnie – oto plantacje bananowe ustępują miejsca sawannie zasnutej dającymi cień akacjami. Raz po raz drogę zachodzi nam stado bydła i przebijać się musimy, powoli, krowa po krowie...

[Torowanie drogi przez stado bydła w drodze do Konso]

W Konso wynajmujemy lokalnego przewodnika (sprawa obowiązkowa) i najpierw podjeżdżamy zobaczyć ciekawe formacje skalne, zwane tutaj New York (rzekomo przypominają to amerykańskie miasto), a później do jednej z wiosek zamieszkanych przez lud Konso.

[New York w rejonach Konso]

Swoje wioski lud Konso buduje w dość zaskakujący sposób – są to bowiem wioski o charakterze dość obronnym. Nie dość, że całą wioskę otacza mur, dodatkowo na kilka metrów wysoki, to jeszcze murami otoczone są pojedyncze kompleksy mieszkalne. Taki kompleks, do którego wchodzi się wąskim i niskim wejściem ułożonym z drewien (co także ma odstraszać potencjalnych wrogów), składa się z chat służących członkom danej rodziny oraz „budynków gospodarczych”. Dodatkowo w każdej wiosce znajdują się „chaty wspólne”, gdzie śpią nastolatki płci męskiej oraz gdzie dorośli zbierają się, by mówić różne ważne sprawy lub po prostu zrelaksować się albo pograć, a także plac ceremonialny i drzewo pokoleniowe. Pnie stawiane są co 18 lat i mnożąc liczbę pni takiego drzewa przez 18 można oszacować wiek danej wioski. Ale to nie wszystko, bowiem zgodnie z tym, co opowiadał nam przewodnik (aczkolwiek są to informacje dalej nie zweryfikowane), po ślubie dana para żyje ze sobą przez trzy miesiące, po czym robią sobie przerwę, i to dosłownie. Zamieszkują w osobnych chatach w ramach danego kompleksu mieszkalnego i spędzają ze sobą noc, tylko wtedy, gdy zachodzi potrzeba powołania do życia kolejnego potomka... Na ile faktycznie tak jest, nie mam pojęcia, aczkolwiek nachodzą mnie pewne wątpliwości...

Wracając z wioski wstępujemy jeszcze na pyszny lunch w lodgy prowadzonej przez Irlandczyka, wsiadamy do samochodu i mkniemy do największego miasteczka w rejonie, czyli do Jinki.

Dzień 3: z wizytą u Mursi

Jeżeli już ktoś słyszał o Mursi, to ze względu na gliniane kółka, które kobiety z tego plemnia noszą w dolnej wardze. Oczywiście nie cały czas – zakładają je na specjalne okazje oraz, obecnymi czasy, pozując do zdjęcia dla zachodnich turystów. Jeśli akurat kółka nie mają, rozciągnięta dolna warga, którą przekłuwają po raz pierwszy w wieku nastoletnim, zwisa smętnie. Nie mogą normalnie mówić, przez dziurę w uzębieniu (dolne jedynkę i dwójkę dziewczynkom usuwa się we wczesnym wieku) sączy im się ślina. Czy są ładne? To chyba nie o urodę, ale o zachowanie tradycji, kultury chodzi. Tradycji, która nie jest moja i być może dlatego zrozumienie jej przychodzi mi z takim trudem. Bo przebite i rozciągnięte wargi kobiet Mursi widzę przede wszystkim jako formę okaleczenia. I nic na to nie poradzę.

Aby odwiedzić Mursi, potrzebujemy lokalnego przewodnika i dodatkowo przy wjeździe do parku narodowego płacimy po 10 USD na osobę. Nie mija chwila i się pojawiają, mężczyźni i kobiety Mursi. W swoim naturalnym środowisku, gdy nie próbują zarobić pięciu birrów nienaturalnie pozując do zdjęcia, prezentują się oszałamiająco. Szczególnie mężczyźni: wysocy, idealnie zbudowani, przystrojeni. Poruszają się niczym struna wyprostowani, z jakimś powabem, nieznaną mi gracją. Piękni po prostu.

Tak zwany „cyrk” zaczyna się, gdy dojeżdżamy do wioski. Szum, raban – białe twarze przyjechały! Momentalnie podchodzą, pozują, camera! foto! five birr! - wykrzykują, prężąc się. I gdy tak zaczynają się prężyć, i gdy tak zaczynają, nienaturalnie pomalowani, pozować, ja też się prężę, ja też pozuję, ja też five birr! za zdjęcie wołam. Inaczej, niż podejściem absurdalnym, w tej sytuacji nie daję rady.

Swoim zwyczajem usadawiamy się z Agą pod drzewem i czekamy, kiedy raban opadnie (oprócz nas jest jeszcze kilku faranji, którzy na to miano w całej rozciągłości zasługują – bowiem fotografują, ile wlezie, birry rozdając na prawo i lewo, podczas gdy my uparcie siedzimy pod drzewem delektując się cieniem, tutaj na wagę złota). Ciekawość jednak bierze górę i zjawia się tzw. „komitet powitalny” - czyli dziewczyny i dzieciaki. Owszem, zaczynamy od pozowania do zdjęć, najpierw one, potem my, ale na szczęście absurd ten nie trwa w nieskończoność i z czasem przedstawiamy się sobie wzajemnie, mówimy im, że jesteśmy z Polski (ja nawet palcem w piasku nieudolnie rysuję Afrykę i Europę pokazując, gdzie leży Polska). I na koniec przechodzimy do targowania. Otóż B., chyba najpiękniejsza dziewczyna Mursi, jaką przyszło mi zobaczyć, chce moją koszulę. Ja na to, uparcie i na migi, że nie oddam, w końcu koszulę swoją bardzo lubię, ale mogę ją wymienić – dokładnie mówiąc na dwie bransoletki. Jedną dla mnie, drugą dla Agi. I znowu krygowanie, i znowu foto! foto! (po którym następuje kolejna seria pozowania), ale koniec końców targu dobijamy i koszulę na dwie bransoletki wymieniam.

Będzie jeszcze jeden moment, lubię myśleć, że autentyczny. Jakoś tak się stanie, że z dzieciakami zaczniemy grać w łapki. „Pani zo zo zo, pani sia sia sia...” Wiele lat minęło, odkąd w to grałam, a jednak pamiętam, jednak siedzi ten tekst gdzieś w zakamarkach mojej głowy. I niezależnie od tego czy dziecko polskie, czy Mursi, to przybijając łapki wszystkie paszcze uśmiechnięte. Te duże i małe.

W wiosce Mursi nie zrobiłam ani jednego zdjęcia. Była to świadoma decyzja nie brania udziału w cyrku, jaki mający kontakt z obcokrajowcami Mursi ewidentnie organizują, często robiąc z siebie kompletnych bałwanów. Gdybym miała podróżować po Dolinie Omo raz jeszcze, zdecydowanie więcej czasu spędziłabym u plemion Banna i Hamer. Poniżej jedyne zdjęcie zrobione w Parku Narodowym Mago: zarządziłyśmy z Agą „przerwę techniczną”, ale jak tylko wysiadłyśmy z samochodu, Andy i przewodnik krzyczą, że mamy wsiadać z powrotem i że zatrzymamy się dalej. Powód? Z daleka w naszą stronę sunie trzech mężczyzn Mursi. Podobno chcieli zrobić sobie z nami zdjęcie... Ja jednak wolę myśleć, że po prostu chcieli się z nami przywitać. Ot taka gościnność w lokalnym stylu ;)

[Mursi biegnący z daleka, by się przywitać]

10:40, mobile_mon , Etiopia
Link Dodaj komentarz »
sobota, 15 lutego 2014

Być może to kwestia oczekiwań, ale powiem tak: jako miasteczko Lalibela mi się nie spodobała. Za dużo niechcianej uwagi, zbyt wiele pytań i komentarzy, zupełnie niepotrzebnych. Na mapie Etiopii jest jednak Lalibela miejscem znaczącym, istotnym, którego – jak powiadają – pominąć wręcz nie sposób. Dlaczego? Bowiem kryje w sobie wyjątkowe na skale światową kościoły wykute w skale. Jest ich jedenaście (choć według innej metodologii liczenia, tj. traktowania kościołów mających wspólny dach jako konstrukcje osobne, trzynaście, co według mnie jest naładowane cięższą symboliką, tj. przyjąć można, że przedstawiają dwunastu apostołów plus Jezusa) i powstały w miasteczku, znanym wówczas jako Roha, w 12-tym lub 13-tym wieku za panowania króla Lalibeli. Legenda powiada, że Lalibela został otruty przez przyrodniego brata (nasz przewodnik upierał się, że przez przyrodnią siostrę, co dodawało całej tej historii rywalizacji rodzeństwa o władzę dodatkowego smaczku) i gdy popadł w śpiączkę, jego dusza udała się do nieba, gdzie Bóg nakazał mu zbudowanie Nowego Jeruzalem właśnie w Roha. Historycy oceniają, że nad wykuwaniem kościołów mogło pracować nawet 40 tys. ludzi na przestrzeni kilkudziesięciu lat, jednak zgodnie z lokalnymi wierzeniami, podzielanymi przez naszego przewodnika, kościoły wykuły... anioły, być może w ciągu zaledwie jednej nocy. Jednak gdy spoglądam, z góry, na te wyciosane w (podobno) bazalcie świątynie, nie mogę oprzeć się myśli, że na początku ubiegłego tysiąclecia Roha zamieszkiwali jacyś... dzierżący absolutną władzę szaleńcy. Bowiem pomysł wykucia nie jednego, ale kilkunastu kościołów, na dodatek połączonych tunelami, w tym jednym symbolizującym piekło, jest tak nie z tego świata, jest tak nierealny, tak kosmicznie, na pierwszy rzut oka, na pierwsze, wstępne rozeznanie niewykonalny, że tylko szaleniec mógł na taki pomysł wpaść. I zarazić do niego innych. Albo, co bardziej prawdopodobne się wydaje, zmusić, by w pocie czoła latami nad wykuwaniem kościołów mozolnie pracowali.

Do Lalibeli udaje nam się dojechać w ciągu jednego dnia, co wyruszając z Mekele, na dodatek o ósmej rano (bez śniadania przecież nie można...), do spraw logistycznie łatwych nie należy. Ponieważ wszelkie autobusy zmierzające do Woldii odjechały ok. szóstej, łapiemy busika do Alamaty, potem właśnie do Woldii, skąd udajemy się do Gasheny. I tutaj sprawy z lekka się komplikują – publicznego transportu dalej brak, propozycje wynajęcia samochodu lokalnie są tak absurdalne, że aż dech zapiera, a gdybyśmy chciały przenocować, to, jak to na ulicy powiadają, żaden z hoteli w Gashenie nie dysponuje prysznicem a toalety „stanowią wyzwanie”, nawet jak na warunki etiopskie... Dopisuje nam jednak szczęście – Raul, Hiszpan, którego poznałyśmy jeszcze w Debarku i który potrzebuje pilnie dojechać do miejsca dysponującego sensowną toaletą, idzie na rozpytki i udaje mu się znaleźć jeepa, który jeszcze dziś ma wyjechać do Lalibeli. Cena na osobę: 100 birr. Do zaakceptowania.

Do Lalibeli dojeżdżamy o zmierzchu i, nie rozglądając się za bardzo, decydujemy się zatrzymać w hotelu Blulal. Posiadający pokoje w rozsądnych cenach i polecany w przewodniku wydawnictwa Bradt, Blulal wydaje się sensowną opcją. Niestety, tak się tylko wydaje – bowiem gdy już zapadnie zmrok, w Blulal zacznie się „disco”. Ale nie tradycyjne, z migocącą kulą zachęcająco kręcącą się pod sufitem, ale bardziej wyrafinowane – bowiem raz po raz zaczną wysiadać korki, czym pracownicy nie wykażą zbędnego zainteresowania i, szczerze mówiąc, mam wątpliwości czy bez interwencji z naszej strony kiwnęliby w tej sprawie palcem. Drugiej nocy disco trwa nadal i, jak to czasem w moim przypadku bywa, wyskakuje mi tzw. gul, zakładam więc czołówkę i idę działać. W recepcji nikogo nie ma, za to w restauracji, pogrążonej w ciemnościach z wyjątkiem stolika, na którym smętnie chwieje się licha świeczka, pracowników bez liku. Ot siedzą sobie. Zrelaksowani. Niczym nie przejęci.

Dodawać chyba nie muszę, że mój tzw. „gul” twardnieje jeszcze bardziej, opanowuję się jednak i ze względu na „straty moralne” żądam zwrotu kosztów w wysokości 50%. Spotyka się ono z rozbawieniem, ja jednak nie ustępuję grożąc, że zastałą tu sytuację opiszę na forach podróżniczych zastanawiając się głośno, jaki to będzie miało wpływ na obłożenie hotelu i, pośrednio, stabilność zatrudnienia. To chyba daje im do myślenia, ponieważ wychodzą z propozycją zwrotu 5% kosztów, którą odrzucam jako niepoważną i w końcu, po pół godzinie ciężkich rozmów, w dużej mierze w ciemnościach, i po telefonach do właścicielki hotelu, która być może nie jest świadoma tego, co się tu dzieje, staje na 30%. Symbolicznie, ale zawsze.

Jednak Blulal, to nie tylko disco, ale też, jak się okazuje... pchły. Coś mnie bowiem pogryzło, bardzo, po nogach, rękach i karku. Nie wiem, jak gryzą pchły polskie, ale ich etiopskie kuzynki to krwi żądne, okrutne bestie. Nawet nie tyle o to ugryzienie chodzi, o te cętki, co na ciele, prawie że całym, się pojawiają, czerwone, z lekka napuchnięte, co o to swędzenie, nieustanne, gdy drapanie, paznokciem czy stwardniałą skórą pięty, ukojenia nie przynosi, żadnego, tylko się bowiem wzmaga, to swędzenie straszne, i tak bez końca, to swędzenie, to drapanie, trwa.

Gdyby więc ktoś z Was albo Waszych znajomych wybierał się do Lalibeli, z całych sił odradzamy zatrzymanie się w Hotelu Blulal.

[Kolano po ataku pcheł]

[Aga i Mon przed jednym z kościołów w Lalibeli]

[Kościół św. Jerzego w Lalibeli, chyba najpiękniejszy...]

[Zaobserwowane we wnętrzu świątyni]

[Aga, tuż po czwartej rano... To się nazywa moc!]

11:50, mobile_mon , Etiopia
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2 , 3 , 4
| < Listopad 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30      
Ulubione: Blogi podróżnicze