niedziela, 16 lutego 2014

Jutro wyjeżdżamy w Dolinę Omo. Plan jest, ale go nie publikuję, bo na południu plany to rzecz ulotna ;) Lepiej przyjąć, że kontaktu z nami nie będzie. Lot powrotny mamy 28go i do tego czasu na blogu lub na fb jakaś notka powinna się pojawić.

Pozdrawiamy.

15:00, mobile_mon
Link Komentarze (2) »
sobota, 15 lutego 2014

Być może to kwestia oczekiwań, ale powiem tak: jako miasteczko Lalibela mi się nie spodobała. Za dużo niechcianej uwagi, zbyt wiele pytań i komentarzy, zupełnie niepotrzebnych. Na mapie Etiopii jest jednak Lalibela miejscem znaczącym, istotnym, którego – jak powiadają – pominąć wręcz nie sposób. Dlaczego? Bowiem kryje w sobie wyjątkowe na skale światową kościoły wykute w skale. Jest ich jedenaście (choć według innej metodologii liczenia, tj. traktowania kościołów mających wspólny dach jako konstrukcje osobne, trzynaście, co według mnie jest naładowane cięższą symboliką, tj. przyjąć można, że przedstawiają dwunastu apostołów plus Jezusa) i powstały w miasteczku, znanym wówczas jako Roha, w 12-tym lub 13-tym wieku za panowania króla Lalibeli. Legenda powiada, że Lalibela został otruty przez przyrodniego brata (nasz przewodnik upierał się, że przez przyrodnią siostrę, co dodawało całej tej historii rywalizacji rodzeństwa o władzę dodatkowego smaczku) i gdy popadł w śpiączkę, jego dusza udała się do nieba, gdzie Bóg nakazał mu zbudowanie Nowego Jeruzalem właśnie w Roha. Historycy oceniają, że nad wykuwaniem kościołów mogło pracować nawet 40 tys. ludzi na przestrzeni kilkudziesięciu lat, jednak zgodnie z lokalnymi wierzeniami, podzielanymi przez naszego przewodnika, kościoły wykuły... anioły, być może w ciągu zaledwie jednej nocy. Jednak gdy spoglądam, z góry, na te wyciosane w (podobno) bazalcie świątynie, nie mogę oprzeć się myśli, że na początku ubiegłego tysiąclecia Roha zamieszkiwali jacyś... dzierżący absolutną władzę szaleńcy. Bowiem pomysł wykucia nie jednego, ale kilkunastu kościołów, na dodatek połączonych tunelami, w tym jednym symbolizującym piekło, jest tak nie z tego świata, jest tak nierealny, tak kosmicznie, na pierwszy rzut oka, na pierwsze, wstępne rozeznanie niewykonalny, że tylko szaleniec mógł na taki pomysł wpaść. I zarazić do niego innych. Albo, co bardziej prawdopodobne się wydaje, zmusić, by w pocie czoła latami nad wykuwaniem kościołów mozolnie pracowali.

Do Lalibeli udaje nam się dojechać w ciągu jednego dnia, co wyruszając z Mekele, na dodatek o ósmej rano (bez śniadania przecież nie można...), do spraw logistycznie łatwych nie należy. Ponieważ wszelkie autobusy zmierzające do Woldii odjechały ok. szóstej, łapiemy busika do Alamaty, potem właśnie do Woldii, skąd udajemy się do Gasheny. I tutaj sprawy z lekka się komplikują – publicznego transportu dalej brak, propozycje wynajęcia samochodu lokalnie są tak absurdalne, że aż dech zapiera, a gdybyśmy chciały przenocować, to, jak to na ulicy powiadają, żaden z hoteli w Gashenie nie dysponuje prysznicem a toalety „stanowią wyzwanie”, nawet jak na warunki etiopskie... Dopisuje nam jednak szczęście – Raul, Hiszpan, którego poznałyśmy jeszcze w Debarku i który potrzebuje pilnie dojechać do miejsca dysponującego sensowną toaletą, idzie na rozpytki i udaje mu się znaleźć jeepa, który jeszcze dziś ma wyjechać do Lalibeli. Cena na osobę: 100 birr. Do zaakceptowania.

Do Lalibeli dojeżdżamy o zmierzchu i, nie rozglądając się za bardzo, decydujemy się zatrzymać w hotelu Blulal. Posiadający pokoje w rozsądnych cenach i polecany w przewodniku wydawnictwa Bradt, Blulal wydaje się sensowną opcją. Niestety, tak się tylko wydaje – bowiem gdy już zapadnie zmrok, w Blulal zacznie się „disco”. Ale nie tradycyjne, z migocącą kulą zachęcająco kręcącą się pod sufitem, ale bardziej wyrafinowane – bowiem raz po raz zaczną wysiadać korki, czym pracownicy nie wykażą zbędnego zainteresowania i, szczerze mówiąc, mam wątpliwości czy bez interwencji z naszej strony kiwnęliby w tej sprawie palcem. Drugiej nocy disco trwa nadal i, jak to czasem w moim przypadku bywa, wyskakuje mi tzw. gul, zakładam więc czołówkę i idę działać. W recepcji nikogo nie ma, za to w restauracji, pogrążonej w ciemnościach z wyjątkiem stolika, na którym smętnie chwieje się licha świeczka, pracowników bez liku. Ot siedzą sobie. Zrelaksowani. Niczym nie przejęci.

Dodawać chyba nie muszę, że mój tzw. „gul” twardnieje jeszcze bardziej, opanowuję się jednak i ze względu na „straty moralne” żądam zwrotu kosztów w wysokości 50%. Spotyka się ono z rozbawieniem, ja jednak nie ustępuję grożąc, że zastałą tu sytuację opiszę na forach podróżniczych zastanawiając się głośno, jaki to będzie miało wpływ na obłożenie hotelu i, pośrednio, stabilność zatrudnienia. To chyba daje im do myślenia, ponieważ wychodzą z propozycją zwrotu 5% kosztów, którą odrzucam jako niepoważną i w końcu, po pół godzinie ciężkich rozmów, w dużej mierze w ciemnościach, i po telefonach do właścicielki hotelu, która być może nie jest świadoma tego, co się tu dzieje, staje na 30%. Symbolicznie, ale zawsze.

Jednak Blulal, to nie tylko disco, ale też, jak się okazuje... pchły. Coś mnie bowiem pogryzło, bardzo, po nogach, rękach i karku. Nie wiem, jak gryzą pchły polskie, ale ich etiopskie kuzynki to krwi żądne, okrutne bestie. Nawet nie tyle o to ugryzienie chodzi, o te cętki, co na ciele, prawie że całym, się pojawiają, czerwone, z lekka napuchnięte, co o to swędzenie, nieustanne, gdy drapanie, paznokciem czy stwardniałą skórą pięty, ukojenia nie przynosi, żadnego, tylko się bowiem wzmaga, to swędzenie straszne, i tak bez końca, to swędzenie, to drapanie, trwa.

Gdyby więc ktoś z Was albo Waszych znajomych wybierał się do Lalibeli, z całych sił odradzamy zatrzymanie się w Hotelu Blulal.

[Kolano po ataku pcheł]

[Aga i Mon przed jednym z kościołów w Lalibeli]

[Kościół św. Jerzego w Lalibeli, chyba najpiękniejszy...]

[Zaobserwowane we wnętrzu świątyni]

[Aga, tuż po czwartej rano... To się nazywa moc!]

11:50, mobile_mon , Etiopia
Link Komentarze (1) »
czwartek, 13 lutego 2014

Przed wyjazdem na Dallol i miejsce wydobycia soli mamy jeszcze czas wpaść do hotelu na śniadanie. Bo tak, ze względu na warunki pogodowe (prawdopodobieństwo, nawet jeśli nikłe, utknięcia na Depresji Danakilskiej, czego nikt o zdrowych zmysłach by nie chciał) zmieniono nam trochę rozkład podróży po Afarze i zamiast dwóch nocy w Hamed Ela mamy tylko jedną, a drugą w Mekele.

Wodzu, czyli nasz kierowca, odbiera nas spod Atse Johannes, chyba najlepszego hotelu w Mekele dla budżetowców, dysponującym takimi wygodami jak działająca toaleta (choć nie każdy pokój takową posiada), gorącym prysznicem i... wifi, co, by było ciekawiej, to pojawia się, to znika, i zmierzamy w kierunku Berahile, niewielkiego miasteczka zagubionego gdzieś w Afarze, skąd autobus do Mekele odjeżdża raz na kilka dni, jeśli dobrze pójdzie.

Przygnębiające robi wrażenie, to Berahile. W surowym klimacie Afaru bieda, walające się śmieci czy brak podstawowych wygód, jak np. toaleta, w jakiejkolwiek formie, w jakiejkolwiek postaci, ale by była, uderzają ze zdwojoną siłą. To tutaj, w jednym z niewielkich sklepików, pytając o możliwość skorzystania z toalety gdziekolwiek w miasteczku usłyszymy, że „toilet is a Western product”.

Mimo tych niedostatków, tego uparcie ponoszącego się braku, najmłodsi mieszkańcy witają nas z entuzjazmem. Szczególnie jeden – przedstawia się jako Muhamed i wiedzie prym w zagadywaniu, rozbawianiu, wypytywaniu. Na zdjęciu poniżej Muhamed, w pomarańczowej koszulce, tańczy z Agą:

[Figle w Berahile]

Pozwolenie na wjazd głębiej w rejon Afar dostajemy po ponad godzinie oczekiwania – ktoś ważny, kogo podpis był na pozwoleniu konieczny, wyszedł i trzeba czekać, aż wróci. Zabieramy jeszcze jednego strażnika – trzech kolejnych dobierzemy w następnej wiosce, i ruszamy dalej. W kierunku Hamed Ela.

Wjeżdżając do tej niewielkiej wioseczki, nasuwa mi się jedno natrętne pytanie: czy można mieszkać bardziej na krańcu świata? Bo tak nieskończenie daleko od świata, takiego, jaki znam, się Hamed Ela wydaje. Raptem parędziesiąt rachitycznych domków, skleconych z patyczków, bez prądu, toalet, o bieżącej wodzie nawet nie wspominając. Jednak mimo swoich niedostatków, dla wybierających się w rejon Afar jest Hamed Ela bazą dla wypadów na pobliski salar, surrealistyczny Dallol i miejsce wydobywania soli.

Tuż po naszym przybyciu do wioski, na przełamanie lodów belgijska część naszej ekipy rozgrywa mecz z lokalnymi dzieciakami. Kto wygrał – nie mam pojęcia, ale przypuszczam, że nie o wynik tu chodziło.

[Mecz Belgowie – Afarowie]

Z kolei nasz hotel, pod gwiazdami i na łóżkach zbudowanych w stylu afarskim, wygląda tak:

[Hotel w Hamed Ela]

Po szybkim rozlokowaniu się w Hamed Ela, przed zmrokiem wyruszamy jeszcze na pobliską pustynię solną. Klimaty tak dobrze mi znane z Boliwii i Chile, w Etiopii prezentują się następująco:

[Salar]

[Aga i Mon na Salarze]


Następnego dnia, po pysznym śniadaniu (jajecznica! na pustyni!) dołącza do nas trzech uzbrojonych strażników i ruszamy w kierunku położonego w Depresji Danakilskiej wulkanu Dallol. Dziwne to miejsce. Pełne fumaroli, gejzerów i gorących źródeł, syczących i bulgoczących dźwięków oraz jaskrawych kolorów nie z tego świata. Połacie żółci, pomarańczu, fioletu, zieleni i czerni mieszają się ze sobą, tworząc wyjątkową mozaikę. Trzeba jednak uważać, gdzie się stawia stopę – bowiem jeden nieopatrzny krok i można wylądować w palącej siarce. Podobno dwa miesiące temu jedna osoba tak wpadła...

[Dallol]

[Mon, Aga i Magda na Dallol]


[Jeden z naszych przystojnych żołnierzy]

W drodze powrotnej odwiedzamy jeszcze miejsce wydobycia soli. W bezlitosnym słońcu, Afarowie wykuwają bloki soli, które następnie ładują na wielbłądy i transportują do Mekele. W miejscu wydobycia jeden blok kosztuje 4 birry, w Mekele już 30.

Jednak przyszłość tego tradycyjnego sposobu wydobywania soli i transportowania jej na wielbłądach na rynki zbytu stoi pod znakiem zapytania – buduje się bowiem utwardzoną drogę i powiadają, że wydobyciem i sprzedażą soli ma zająć się zagraniczna firma. Jaki miałoby to wpływ na styl życia i możliwości zarobkowania Afarów? Aż strach pomyśleć.

[Wydobycie soli w rejonie Afar]

PS. Aga przekazuje, że wszystko u niej OK, tylko telefon się buntuje i nie zawsze działa.

17:50, mobile_mon , Etiopia
Link Komentarze (2) »
wtorek, 11 lutego 2014

Wypad w rejon Afar był w planach od samego początku. Inny, odrębny, oddzielony od reszty Etiopii w sensie fizycznym i kulturowym, Afar swym nieziemskim wręcz pięknem przyciąga i wprawia w osłupienie, ale jednocześnie dusi, tłamsi, buchającym z nieba żarem dech odbiera.

Bo jak powiadają, Afar to najgorętsze miejsce na ziemi, ze średnią temperaturą roczną powyżej 30 stopni. Latem miejsce to piekło wręcz przypomina, z temperaturami sięgającymi 50 stopni w ciągu dnia, gdy obezwładniające poczucie gorąca wzmaga jeszcze Gara, czyli Ognisty Wiatr. Ten jeden z najbardziej niegościnnych rejonów świata zamieszkują prowadzący koczowniczy styl życia Afarowie, którzy dla podkreślenia swojej urody potrafią spiłować sobie zęby i którzy jeszcze w latach 30-tych ubiegłego wieku niechcianych męskich przybyszy witali... ucinając im jądra. Podobno potrafili, wysuszone, zawieszać je sobie na szyi lub u wejścia do domostw jak ozdoby...

My jednak mamy szczęście – trafiamy bowiem na „kiepskie” warunki pogodowe, czyli zachmurzenie i temperatury w okolicach 25 stopni, tak przynajmniej je odczuwamy. Owszem, w jednym momencie, gdy podjedziemy do niewielkiej afarskiej wioski wynająć dwa wielbłądy do transportu ekwipunku do bazy pod wulkanem, z całą siłą, z całym swym wrzącym okrucieństwem uderzy nas Gara. Mam wrażenie, jakbym najpierw dostała w twarz suchą ścierą zanurzoną we wrzącej parze, a potem została nią owinięta. Szczelnie.

Wielbłądy od Afarów wynajmujemy, by przetransportowały nam ekwipunek, tj. materace, śpiwory i przede wszystkim wodę, do bazy przy kraterze wulkanu Erta Ale. A jest to wulkan wyjątkowy. Mimo że wznosi się tylko na wysokość 613 m.n.p., powiadają, że jest to jedyny wulkan na świecie znajdujący się w ciągłej erupcji – od 1967 r. jeden z jego kraterów kryje w sobie jezioro lawy. Po raz pierwszy słyszę o nim w uroczym Rurranebaque w Boliwii i od tego czasu błąka się on gdzieś w myślach, w planach podróżniczych, ze względu na swoją wyjątkowość oraz wysiłek, który trzeba podjąć, by do niego dotrzeć.

Z Mekele wyruszamy rano, po ósmej, bodajże pięcioma jeepami. Oprócz uczestników jedzie jeszcze przewodnik i kucharz oraz... wolne miejsca – bowiem wjeżdżając w rejon Afar, oprócz pozwolenia potrzebni są jeszcze uzbrojeni strażnicy. Nad Erta Ale będziemy mieli jednego, ale w rejonie Dallol będzie ich aż czterech – jeden szedł będzie na początku, drugi na końcu, a dwóch ustawiać się będzie jako czujki. Aż boję się pomyśleć, przed czym/kim nas chronili, kogo na horyzoncie wypatrywali.

Droga do Erta Ale to droga przez inny świat. Bo jak inaczej nazwać połacie lawy, zastygłej tysiące lat temu? Co ciągną się i ciągną, niczym budyń czekoladowy, nieskończone? I jak wyobrazić sobie to, co się tutaj musiało dziać, w tych czasach zamierzchłych, gdy rozproszone po Afarze wulkany wybuchały, jeden po drugim, gwałtownie, sypiąc dymem i plując lawą, bywa że i tracąc część samych siebie?

Pod Erta Ale wychodzimy po kolacji, ok 20ej. Przez ok 3,5 godziny, przy świetle półksiężyca, gwiazd i czołówek, zmierzamy, gęsiego (bo ścieżka wąska) w stronę krateru, który jeszcze chwilę temu rysował się na horyzoncie, ciemniejąc i niknąc z każdą minutą. Nagle stajemy jak wryci, coś się bowiem zmienia, światło jakieś inne – oto horyzont rozświetla czerwonawo-różowawa łuna wybuchającego Erta Ale. Trwa to krótko, ciemność rozprasza się raptem na chwilę, by znów nas ogarnąć, pochłonąć, ale zanim dotrzemy do krateru, zatrzymamy się tak jeszcze razy kilka, w kompletnym zdumieniu, osłupieniu.

Erta Ale ma dwa kratery i aby móc stanąć na krawędzi jeziora lawy, schodzimy do środka większego krateru i zastygniętą lawą, czasem skrzypiącą, czasem wręcz kruszącą się pod naszymi stopami, delikatnie przemieszczamy się w kierunku wzmagającej się łuny. Jeszcze parę kroków, jeszcze to przemiłe poczucie, że zaraz wydarzy się coś niesamowitego, coś wyjątkowego, i oto jesteśmy – stajemy nad jeziorem lawy wewnątrz wulkanu Erta Ale.

Podobno mamy szczęście, bo tej nocy wulkan jest wyjątkowo aktywny i erupcje mają miejsce co parę, paręnaście minut. Tafla zgęstniałej niczym kożuszek na budyniu lawy spokojnieje i trwa tak przez czas jakiś. Nagle, nie wiadomo dlaczego ani dlaczego akurat w tym momencie, coś się zmienia. Wkrada się niepokój, pojawia się zamęt i zamieszanie. I wybuch. Oto tafla rozrywa się i oczko pomarańczowo-żółtej, buchającej gorącem lawy rośnie, bulgocząc coraz głośniej. Czasem wybuch będzie tak gwałtowny, że uciekniemy wszyscy znad krawędzi krateru, w popłochu. Innym razem, gdy dwie tafle najdą na siebie, ogłuszy nas pękający trzask, zanim lawa, poza wszelką kontrolą, niczym fontanna w parku nie wystrzeli strumieniami w powietrze.

[Mon nad Erta Ale, rejon Afar, Etiopia]

[Erta Ale w świetle dnia]

16:55, mobile_mon , Etiopia
Link Komentarze (5) »
środa, 05 lutego 2014

- Faraaaanjiiii! - tuż po osiemnastej czasu lokalnego całe Megab, niewielka wieś położona w sercu Tigraju, jednej z prowincji Etiopii, dowiaduje się, że obie faranji wyległy na ulicę i że się przemieszczają. Jest w tym krzyku jakaś desperacja, jakaś rozpacz nawet. Nie mamy pojęcia, skąd ten krzyk dochodzi – zmierzcha się już, a w Megab, podobnie jak w innych niewielkich miejscowościach rozrzuconych po Etiopii, oświetlenie jest dość skromne. Jeżeli w ogóle.

Ale nie jesteśmy same. W drodze na kolację towarzyszą nam miejscowe dzieci, od maluchów ledwo co trzymających się na nóżkach, co uśmiechają się do nas wesoło, pod nosem pomrukując „faranji, faranji”, po dzieci starsze domagające się po birze lub długopisie. Jednak ani pieniędzy, ani długopisów dzieciom nie rozdajemy – taką przyjęłyśmy zasadę i ściśle się jej trzymamy. Poza tym, w jaki sposób jeden bir lub jeden długopis pomoże dziecku z etiopskiej wioski? Nijak nie pomoże. No i jak, mając na zbyciu jeden długopis lub dwie monety po bir sztuka, wybrać te dzieci, które podarunki dostaną? Nijak się nie da.

Sposobu na dzieci”, że się tak wyrażę, długo znaleźć nie mogłam. W innych krajach, w kontaktach z dorosłymi, którzy chcą mi sprzedać coś, czego kupić nie mam najmniejszej potrzeby ani ochoty, zazwyczaj odwracam role i sama staram się im coś sprzedać. Albo przedłużam rozmowę zadając bezustannie pytania, nie koniecznie na temat, aby zniechęcić rozmówcę. Ewentualnie, gdy mam niski poziom energii, informuję z uśmiechem, że próba sprzedaży mi czegokolwiek jest marnowaniem własnego cennego czasu i zabieram się np. za czytanie książki albo sporządzanie notatek. Efekty murowane. Ale tutaj, w Megab, otoczona dziećmi, co domagają się pieniędzy wrzeszcząc „gimi gimi” żadne z tych podejść nie zadziała. Nie dość, że w przypadku dzieci argumenty racjonalne nie przyniosą skutku, to na dodatek nie znam lokalnego języka. Zaczynam więc przybijać im w te wyciągnięte rączki piątki i żółwiki oraz gonić za nimi wykrzykując „gimi gimi”, przy okazji strojąc straszne miny. I muszę przyznać, że to działa – widok faranji biegającej za dziećmi wrzeszcząc „gimi gimi” chyba przełamuje lody, bo robi się ogólnie wesoło i dzieciaki, zamiast domagać się pieniędzy, rozbiegają się na wszystkie strony śmiejąc się do rozpuku (jedna dziewczynka nawet tak się rozochoci, że nie zauważy kamienia na drodze i wyrżnie jak długa – na szczęście nic jej się nie stanie).

Tak, może i sposób na dzieci już mamy, ale przyznam szczerze, że jest on dość wykańczający. Po takiej sesji potrzebuję zwyczajnie odpocząć. Naładować baterie. Bo kontakt z tutejszymi dziećmi bywa doświadczeniem trudnym. Emocjonalnie nadwyrężąjącym.

Naszym celem w Megab jest dotarcie do jednego z kościołów, które wieki temu z mozołem wykuto w skałach rozproszonych po krajobrazie Tigraju. Z mozołem ale i, jak dla mnie, z nieprawdopodobnym samozaparciem. Z jakąś nieziemską wizją, z jakimś nie do ruszenia przekonaniem, że tak ma być. Że warto. Że to ma sens.

Z Aksum łapiemy busika do Adwy, skąd po krótkim czekaniu udaje nam się wcisnąć do busa jadącego do Adigratu. Aga siada z przodu, ja siadam z tyłu „na kole”, jednak pasażerowie z drugiego rzędu przesuwają się i zapraszają mnie do siebie. Zmieniam więc miejsce, zjadam parę „groszków”, którymi mnie częstują, busik rusza, zaczynają się serpentyny, góra-dół-góra, współpasażer z prawej strony opowiada mi o historii Tigraju, ja staram się słuchać, ale przez te groszki, przez te serpentyny, przez ten skręt głowy w prawo, co by pokazywać, że słucham z zainteresowaniem (w innych okolicznościach opowieści te bym wręcz chłonęła), przez to góra-dół-góra, zaczyna mi się robić ogólnie niedobrze, słabo i niewesoło, i na dodatek odbijać tym nieszczęsnym groszkiem – chowam więc głowę między kolana, w torbie wymacuję woreczek (w razie wu, choć wolałabym nie...) i do Adigratu dojeżdżam w stanie dość sino-zielonym.

Robimy godzinną przerwę, na odzyskanie sił. A w tym nic nie pomaga tak, jak zimna Coca-Cola. Nie wiem, co ten napój w sobie ma, ale potrafi zdziałać cuda – przestaje mi się bowiem odbijać groszkiem (co prawda zaczyna Coca-Colą, ale z dwojga złego wolę już to), skręt kiszek mija i ogólnie staję na nogi. Wracamy więc na stację i łapiemy busa do Sinkaty, w rejonach której znajduje się łatwo dostępny kościół, który spróbujemy odwiedzić.

Jednak Sinkata, w przewodniku Briggsa opisana jako „atrakcyjne miasteczko”, robi wrażenie, jakby przeszła przez nią trąba powietrzna albo przynajmniej przetoczył się front. Część domów została całkowicie lub częściowo zburzona i ruiny, w ogóle nieuprzątnięte, straszą nowo przyjezdnych (mniemam, że mieszkańcy już do tego widoku przywykli). Zasięgamy przysłowiowego języka i dowiadujemy się, że zgodnie z decyzją władz w miasteczku poszerzane są ulice. Domy, które choć krawędzią zawadzały o planowany chodnik, zostały zrównane z ziemią. Te, które od chodnika dzieliło choć parę centymetrów, ocalały. Wygląda to tak:

[Przebudowa dróg w Sinkacie]

W Sinkacie zatrzymujemy się w hotelu Walwalo i mogę polecić go każdemu, kto w nocy spać nie chce – bowiem po drugiej stronie ulicy znajduje się przybytek, co, jak to Aga skwapliwie orzekła, „wystawił kolumnę centralnie na faranji”. I stwierdzenie to należy rozumieć dosłownie: oto przed lokalem pełniącym funkcję kina, baru i dyskoteki w jednym wystawiono kolumnę, która na cały głos transmitowała to, co się działo w środku. W ten oto sposób, do dość późnych godzin wieczornych, oglądałyśmy, a właściwie słuchałyśmy filmu, a potem meczu Chelsea. Z kim piłkarze tego klubu grali ani jaki był wynik spotkania – tego niestety nie wiemy. Być może, wykończone, faranji padły.

[W hotelu Walwalo]

[Aga się nie poddaje, czyta z uporem...]


W Sinkacie zwiedzamy kościół Arbuta Insesa. Popełniamy jednak niewielki błąd, tj. „zatrudniamy” chłopaszka, by nam wskazał drogę. Owszem, drogę nam wskazuje, klucz do kościoła załatwia, ale z czasem chłopaszków robi się czterech, z których każdy domaga się pieniędzy. Jest to na tyle frustrujące, denerwujące i ogólnie niefajne, że wyraźnie postanawiamy – żadnej „współpracy” z lokalnymi dziećmi. Jeżeli już, to tylko z przewodnikami. Oficjalnymi.

[Kościół Arbuta Insesa w okolicach Sinkaty. Wejście odmalowane na biało]

Do Megab udajemy się następnego dnia – nasz cel to wykuty na szczycie skały kościół Debre Mariam Korkor. Na szczycie tej oto skały:

[Skała, na której znajduje się kościół Debre Mariam Korkor]

Stromo i wysoko – takie robi wrażenie. I tak faktycznie jest. Miejscami dość stromo, szczególnie wtedy, gdy aby wejść wyżej, trzeba się solidnie podeprzeć rękami, cały czas mając na uwadze, by stopy nie straciły stabilności. Ale to właśnie w tych najtrudniejszych momentach wspinamy się po „stopniach” uformowanych w skale przez tysiące ludzi, którzy na przestrzeni setek lat pokonywali dokładnie tą samą drogę, by uczestniczyć w religijnych obrzędach. Mocne.

Jednak to nie wszystko. Wrażenie wrażeniem, widoki widokami, przepaść w dół przepaścią, ale pić się chce. Że tak powiem – jak cholera. Z nieba leje się piekielny wręcz skwar, upał panuje straszny, zaduch dławi oddech i pić chce mi się tak, że mogłabym, jednym haustem wypić nie całą butelkę wody, którą ze sobą mam, ale butelek takich dwie, nawet trzy, by nie powiedzieć cztery. Tak pić się chce, tak suszy i tak bardzo pali, to etiopskie szalone słońce.

Ale nie, tego nie robię. Zamiast całej butelki popijam sobie po łyczku. Ciesząc się takimi oto widokami:

[W drodze do Debre Mariam Korkor]

[W drodze do Debre Mariam Korkor]

[Widok ze skały, w której wykuto kościół Debre Mariam Korkor]

PS. Jutro (w czwartek) wyjeżdżamy w rejon Afar i nie będzie z nami kontaktu aż do niedzieli wieczorem.

18:08, mobile_mon , Etiopia
Link Komentarze (3) »

Prawda jest taka, że po powrocie z treku nie bardzo mam co na siebie założyć. Wszystko jest pokryte kurzem i, bez wchodzenia w zbędne szczegóły, nienadające się do użytku. Wieczorem w Debarku na poszukiwania czekolady, tutaj definiowanej po prostu jako Snickers, na stopy w skarpetkach, które wraz z zatyczkami do uszu rozdawali jeszcze na pokładzie Turkish Airlines, zakładam sandały (buty są w trakcie czyszczenia), na świeżą koszulkę mniej świeżą bluzę (innej nie mam), a na głowę czapkę, którą kupiłam jeszcze w Boliwii.

Ciekawa, niebanalna to stylizacja. Dodam tylko, że Aga prezentuje się równie oryginalnie.

Z Gonder na północ dziennie wyruszają dwa autobusy, jeden do Shire, drugi aż do Adwy przez Aksum, które jest naszym celem. Ogólnie wszyscy, tj. w biurze parku narodowego, w hotelu czy na ulicy, powtarzają, że aby w ogóle wsiąść do autobusu, trzeba sobie zarezerwować wcześniej bilet. Jak to wygląda? Ot, po prostu ktoś wsiada na twoje miejsce w Gonder i w Debarku, za odpowiednią opłatą (300/350 birr), ci je odstępuje.

My jednak postanawiamy dostać się do autobusu własnym sumptem.

Przez Debark oba autobusy przejeżdżają ok 7:30. Tradycyjnie na stacji stawiamy się wcześniej, ok. 7ej, i od razu zaczyna się wypytywanie, dokąd się udajemy. Mówimy, że do Shire, słyszymy, że autobus jeszcze nie przyjechał, stawiamy więc plecaki na ziemi i czekamy. Uwagę naszą przykuwa postawny, na biało owinięty człowiek z bloczkiem biletów w ręku. Zawinięta w swój bielutki szal wybieram się więc na rozpytki: że my do Shire, że czy możemy u niego kupić bilety, że „faranji price” to nie dla nas bo „in Ethiopia we are Ethiopian” i dalej w ten deseń, ot taka ranna gadka szmatka rozbawiająca wszystkich dookoła. Staje na cenie 200 birr (niestety „faranji price”), połowę płacimy przy wystawianiu biletów a na płatność reszty umawiamy się już w autobusie.

Ten w końcu zajeżdża. Czekający tłum rzuca się w jego kierunku, na biało owinięty gość toruje sobie do niego drogę, jak lecę za nim, Aga nadzoruje wrzucanie naszych bagaży na dach autobusu i koniec końców udaje nam się zdobyć dwa miejsca w autobusie jadącym... prosto do Aksum!

Nie należy ta jazda ani do prostych, ani do przyjemnych. Tuż za Debarkiem kończy się droga asfaltowa (na odcinku Debark-Shire asfalt mają kłaść w najbliższym czasie, co znacznie skróci czas podróży i podniesie jej komfort) – serpentyny, ostre zakręty i strome podjazdy pokonujemy więc jadąc drogą nieutwardzoną prędkością bywa że i kilkunastu kilometrów na godzinę.

Jest jednak w tej jeździe, w tym nieustannym bujaniu się to w prawo, to w lewo, wraz z kierunkiem zarzutu autobusu, coś pięknego. Czy to zmieniające się za oknem krajobrazy? Przejście Gór Simien w nizinny rejon Tigraj? You!you!you!/faranji!/faranji!faranji! za każdym razem, gdy wysiądziemy na przerwie z autobusu? Pogawędka z lokalnymi chłopcami o piłce nożnej (tak, znają Lewandowskiego)? Współpasażer z kałachem, co chyba dla ochrony przed kurzem wylot lufy zatkał... kawałkiem papierku?

Trudno powiedzieć. Może wszystko po trochu. Może bardziej to, a mniej tamto. Jakkolwiek by nie było, jakieś dziewięć godzin później wysiadamy w Aksum, stolicy królestwa mitycznej królowej Saby. Jeszcze tylko tuktuk do hotelu, szybki prysznic, injera na kolację, piwko/dżin (tutaj podawany w wersji czystej, z tonikiem nie zmieszanej) i można pójść spać.

[Witamy w Aksum – tablica przy starej drodze w kierunku Shire]

Pomijając historię, Aksum to takie miejsce, gdzie wielbłądy można znaleźć zaparkowane u płotu, niczym psa wiernie czekającego pod sklepem na swojego pana. Albo cierpliwie niosące ładunek np. z sobotniego targu. Gdy rozpytuję, ile taki kamel, jak my tutaj na nie mawiamy, może kosztować, słyszę, że ok 20 tys. birr, co w przeliczeniu daje ok. tysiąca dolarów. Czy to „faranji price” czy „local price” – jeszcze nie udało mi się ustalić. Ale z drugiej strony, po co faranji miałby kupować wielbłąda?

To właściwie kamele były główną przyczyną, dla której chciałyśmy dotrzeć do Aksum jeszcze w piątek – bowiem następnego dnia, w sobotę, odbywają się w mieście trzy targi, tj. targ zwykły, targ koszyków i targ zwierząt. Jak się dowiadujemy, ten ostatni, najbardziej dla mnie interesujący, przeniesiono ze wcześniejszej lokalizacji (zaznaczonej na mapce w przewodniku LP z 2009 r.) w rejon pozostałych targów. Jeszcze się upewniamy – i faktycznie, we wcześniejszym miejscu można co najwyżej kupić kurę albo owcę. Kameli – brak.

Ruszamy więc spacerkiem w kierunku pozostałych targów. Jest tak spokojnie, nikt nas nie zaczepia, nikt nie zwraca na nas uwagi, a sporadyczne „faranji!faranji!” pada raczej z ust dzieciaków, które podekscytowane przybiegają się z nami przywitać. Nagle jakaś dziewczynka, na oko trzy-/czteroletnia, rusza biegiem w naszym kierunku. Ot, kolejne dziecko leci się przywitać – myślę. Ale nie do końca tak jest, a może właśnie tak jest, tylko trochę inaczej, zaskakująco, kompletnie niespodziewanie, bowiem dziewczynka rzuca mi się do nóg i całuje mnie w oba kolana. Jestem w takim zdziwieniu, by nie powiedzieć szoku, że nie bardzo mam czas, by zareagować, jakoś ją chwycić, za rączkę złapać, w inny sposób się przywitać. Mała powtarza, a raczej powtórzyć próbuje to samo z Agą, po czym wraca w podskokach do siebie do domu...

Inny jest targ, ten w Aksum. Bardziej zbity, ciaśniejszy. Bardziej na ziemi porozkładany. Słońce zaczyna jednak tak nieznośnie parzyć (a może to i my do upałów w styczniu przyzwyczajone nie jesteśmy), że decydujemy się wrócić do hotelu na południową siestę – kamele jeszcze się pojawią, całe ich karawany sól transportować będą z rejonu Afar, gdzie już niedługo się wybieramy...

Jeszcze się na nie, na kamele, napatrzymy.

[Aga na targu w Aksum]

[Targ w Aksum, uroczy kamel na drugim planie]

Tradycja głosi, że pogromczynią Aksum była niejaka Judit, wojująca królowa, poganka lub Żydówka, która w 9tym wieku zabiła panującego króla, spaliła miasto i zniszczyła część steli. I to od steli, częściowo powalonych, zaczynamy swoją przygodę z historyczną częścią miasta.

Zanim spacerkiem dotrzemy na stanowisko ze stelami, zatrzymamy się jeszcze w ulicznej kawiarence na colę, by lejący się z nieba ukrop przetrzymać w cieniu. Spędzimy tam z jakieś pół godziny, może trochę więcej, a może ciut mniej, i gdy żar już osłabnie, gdy zrobi się w miarę znośnie, ruszymy dalej ku stelom.

Wyglądają dziwnie, te stele. Inaczej je sobie wyobrażałam, choć gdyby ktoś mnie zapytał jak, to nie potrafiłabym dokładnie odpowiedzieć. Ot – inaczej. Ale nie, stele są, jakie są, dumnie wystrzelone w niebo, niektóre przechylone, inne powalone. Przez wspomnianą już Judit albo przez błąd ludzki, tak jak 33-metrowa stela króla Remhaia, największy monolit kiedykolwiek ze skały wykuty ręką ludzką, która leży dokładnie tam, gdzie runęła ok. 1600 lat temu, zwalając potężny kamień wieńczący grobowiec Nefas Mewcha. Przyczyny upadku steli są różnorakie. Powiada się, że stelę powaliła rozzłoszczona Judit (cóż to musiała być za złość...), jednak według bardziej prawdopodobnych teorii stela Remhaia runęła w trakcie stawiania lub tuż potem, ponieważ jej baza była za mała, by utrzymać całą konstrukcję w pionie. Cóż to musiał być za huk, cóż za hałas, cóż za raban i cóż za rozczarowanie, gdy ta ważąca ok. 500 ton (!) stela, przytachana z kamieniołomów położonych jakieś 4 km od miasta, powiada się, że za pomocą słoni (lub Arki Przymierza, jak głosi inna hipoteza), runęła. Trudno mi to sobie wyobrazić.

[Powalona stela króla Remhaia, Aksum]

[Stele, z jednym obiektem, który nie został jeszcze sklasyfikowany...]

Z innych obiektów historycznych, a powiada się, że prace wykopaliskowe przeprowadzono dopiero na ok 10% obiektów rozmieszczonych na terenie miasta, zwiedziłyśmy muzeum, grobowce Kaleba i Gebre Meskela, pałac i basen królowej Saby, punkty z tablicami, na których król Ezana, który w 4tym wieku przyjął wiarę chrześcijańską, opowiada o swoich podbojach i zwycięstwach (podobno za czasów swego panowania nie poniósł żadnej porażki), oraz... grobowiec Baltazara, jednego z Trzech Króli, tego, który wieść o narodzinach Jezusa przyniósł do miejsca obecnie zwanego Etiopią. I to chyba ten grobowiec, nierówny, niedociosany, który zwiedzamy przy świetle świec, robi wrażenie największe.

[Wejście do grobowca króla Baltazara, Aksum, widziane od środka]

10:46, mobile_mon , Etiopia
Link Komentarze (1) »
niedziela, 02 lutego 2014

Plecenie warkoczyków w Gonderze 

Do zaplecenia sobie warkoczyków na styl etiopski to już nasze czwartek podejście i biorąc pod uwagę poprzednie nieudane próby, mało dziwi mnie fakt, że „salon”, w którym się na dziesiątą umówiłyśmy jest zamknięty. Gdy jednak tak pod zamkniętymi drzwiami stoimy, podchodzi dwóch chłopaszków i gdy opowiadamy im, jak sprawy się mają, wyciągają komórki i dzwonią do pani fryzjerki. - Będzie za jakieś pół godziny – oznajmiają po szybkiej wymianie słów.

Wstępujemy więc do punktu obok na kawę. Tradycyjnie już, parzenie kawy to celebracja. Na rozżarzonych węglach parzy się powolutku, dookoła rozstawiane są kadzidełka i gdy kawa jest już gotowa, rozlewa się ją, czarną niczym smoła, do filigranowych filiżaneczek, być może nawet z porcelany.

Faktycznie, jak chłopaki powiedzieli, tak się dzieje – ledwie kończymy dopijać kawę, gdy pojawia się pani fryzjerka. Po chwili dołącza druga – będą nam plotły jednocześnie. Aga idzie pod fryzjerskie ręce jako pierwsza, ja dołączam po chwili. Ciągnie bardzo, żeby nie powiedzieć cholernie (w końcu włosy plecione są przy samej skórze) i gdybym wiedziała, że to aż tak może boleć, to być może bym się nad całym tym przedsięwzięciem dwa razy zastanowiła. Ale efekt jest, jak dla mnie, zachwycający. Wyglądamy bowiem tak:

[Aga i Mon uczesane na styl etiopski]

Co ciekawe, do tej pory nie spotkałyśmy żadnej kobiety faranji w warkoczykach. Może zmienimy ten trend?

Gonder – Debark

Gonder zostawiamy bez żalu. Oprócz Dzielnicy Królewskiej i otoczonego murem z 13 wieżami kościoła Debre Birhan Selassie z twarzyczkami cherubinków namalowanymi na suficie, jakoś nie zrobiło na nas to miejsce specjalnego wrażenia. A nawet wprost przeciwnie, za dużo w nim było chaosu, za wiele prób nagabywania, by choć trochę je polubić i wyjechać z niego z ociupiną żalu. Bo nie, żalu tego przy wyjeździe nie było.

Za tuktuk na dworzec autobusowy płacimy 30 birrów. Przepłacamy jak nic, ale czasem o dolar czy nawet dwa nie ma się co targować – takie założenie przyjęłyśmy i jest nam z nim całkiem dobrze. Żeby nie powiedzieć – wygodnie.

W porównaniu z dworcem w Bahir Darze, ten w Gonderze to królestwo buzującego testosteronu. Nawet nie wchodzimy na jego teren, a może lekko, ledwie co, minimalnie jego bramę przekraczamy, gdy dosłownie rzucają się w naszą stronę wszelkiej maści poganiacze i nawoływacze wykrzykując nazwy miejscowości, dokąd dwie faranji mogą się udać. Gdy ustalamy, że to Debark, wskazują na odpowiedni minibusik, jednocześnie odpierając ataki konkurencji, by pasażerki, czyli nas, odbić. I tak to właściwie wygląda z każdym, kto się tego dnia do Debarku wybiera – jak tylko na terenie dworca się znajdzie, zaraz jest rozchwytywany, by nie rzec szarpany, i siłą wręcz do odpowiedniego busa doprowadzany. Tak, tutaj w Gonderze pasażerom nie tyle się bus wskazuje, co się ich do niego doprowadza.

Dlaczego nie protestujemy? Szczerze powiem, w krajach, gdzie napisów nie rozumiem, całkiem mi to odpowiada.

Kierunek: Góry Simien

Trek w Górach Simien istniał w planach od samego początku. Różnie się w tym względzie działo, a wszystko przez moje kolano, które w końcu grudnia zeszłego roku, jak już na łamach tego bloga wspominałam, zastrajkowało. Bolało jeszcze na lotnisku w Stambule, ale odkąd jestem w Etiopii, sprawuje się dobrze, by nie rzec znakomicie.

Wiemy mniej więcej, co i gdzie. Po przyjeździe do Debarku zakwaterowujemy się w hotelu Simien Park, tym razem w pokoju bez łazienki (w końcu to tylko jedna noc) i wybieramy się do biura parku narodowego, by zorientować się w możliwościach i cenach. A te, ku naszej uciesze i uldze, są ustalone i wywieszone w gablocie, co w Etiopii zdarza się niezbyt często. Spisujemy co i ile kosztuje, wracamy jeszcze do hotelu, by sprawy przedyskutować (w międzyczasie roaming siada znienacka i aż do końca treku nie będzie z nami żadnej łączności) i po południu wybieramy się z powrotem do biura, by trek domknąć.

I gdy tak siedzimy na tarasie czekając, aż biuro otworzą, zauważamy dziewczynę, którą spotkałyśmy w kościele Debre Birhan Selassie w Gonderze. Zagadujemy, że my mamy takie plany, że jakie ma ona, że jeśli zbieżne, to może by tak razem, by koszty, i tak nie małe, obniżyć. Po dłuższych negocjacjach ustalamy, że oprócz obowiązkowego scouta (zwanego także Ochroniarzem Osobistym), zabieramy ze sobą także kucharkę, dzięki której mamy gorącą kawę z samego rana (kto mnie zna, ten wie, że kawa rano to podstawa), oraz dwa muły, z których każdy ma swojego poganiacza (jeden muł niesie jedzenie i sprzęty kuchenne, drugi nasze plecaki).

Tak, zaprzeczyć się temu nie da i nawet zaprzeczyć temu próbować nie będę – wychodzi na to, że członków obsługi jest więcej, niż członków ekspedycji. Ale zanim wyruszymy, musimy jeszcze pewne sprawy, jak jedzenie, zaaranżować.

I tutaj pojawia się problem. Może faktycznie nie było czasu, by z Ester siąść i porozmawiać o oczekiwaniach, jakie względem treku mamy, w tym oczekiwaniach finansowych, a może o tym po prostu nie pomyślałyśmy, ale zaczyna się targowanie nawet o pół dolara. Czy kupić warzywa, czy nie. A jak tak, to ile. Lub czy na pewno. Sytuacja robi się dość absurdalna – oto jakby nie patrzeć faranji, dostatecznie zamożni, by na inny kontynent wyjechać, sprzeczają się o kwoty, które na co dzień często gęsto przepuszczają bez zwracania na to żadnej uwagi.

Koniec końców kupujemy wszystko, co potrzebne, koszta rozliczamy w stylu poznańskim, nadwątlone siły wzmacniamy pyszną kolacją (tak, nawet ja dam radę zjeść całą injerę!) i idziemy spać. Następnego dnia pobudka o szóstej, śniadanie o siódmej, wyjazd o ósmej.

Dzień pierwszy: Debark – Buis Rat – Sankaber

Właśnie kończymy śniadanie, gdy podjeżdża umówiony jeep. Zabierze nas do Buis Rat, gdzie „będą czekali na nas poganiacze mułów”. Gdy jednak dojeżdżamy na miejsce, nikt na nas nie czeka. Jest całkowicie pusto. Nie mija jednak chwila, gdy jakby spod ziemi pojawiają się ludzie, co chwila dochodzą kolejni, aż w końcu jeden z nich oświadcza, że jest „mule manager” i to z nim mamy rozmawiać.

Trudne są to rozmowy. My znamy raptem parę słów po amharsku, oni – parę po angielsku. Ale to nie bariera językowa jest problemem, ale Ester, która nie zgadza się na zapłacenie ceny żądanej przez „mule managera”. Sytuacja robi się napięta – jeśli nie zapłacimy przyjętej stawki, poganiacze nie ruszą z nami albo, co gorsza, pójdą sobie i zostaniemy same nie tylko z bagażami, ale i z jedzeniem i całym sprzętem kuchennym. Ostatecznie dochodzimy do porozumienia, spisujemy umowę, poganiacze wiążą sprzęt w tobołki i mocują na mułach. Ruszamy.

[Negocjacje z poganiaczami mułów]

Nie mija nawet pół godziny, gdy zauważamy pierwsze dżelady – siedzą sobie nad skarpą, iskając się wzajemnie. Potem następne – wylegują się pod drzewem, raz po raz przeraźliwie szczerząc zęby. Idąc mijamy kolejne, od młodych przez rosłe samce. Niektóre na nasz widok schodzą z trasy, maszerując dumnie przed siebie, inne z kolei my musimy obejść. Nagle wrzask, nagle raban. Nagle psiki i wycia – oto dziesiątki dżelad rzucają się w jednym kierunku, pędząc przed siebie, rzucając się na siebie, a wszystko to przy akompaniamencie skowytów. Jakiś samiec, ogromny, potężny, wdrapał się na niewielkie drzewo i kiwa się na nim, szczerząc swoje ostre jak noże kły.

Zamieram w bezruchu. Chyba tak reaguję na sytuacje stresowe – wtapiam się w tło i udaję, że mnie nie ma. Że nie wiem, o co chodzi. Ale jedna myśl nie daje mi spokoju – jak się zachować, co zrobić a czego absolutnie czynić nie należy, gdyby stado dżelad znienacka ruszyło w naszym kierunku? Tak naprawdę to nie mam pojęcia. Dookoła mówią, że dżelady ludzi nie atakują. Zazwyczaj.

[Mon i dżelada]

[Aga, Ochroniarz Osobisty i Mon]

Dzień drugi: Sankaber – Geech

Fototapeta. To pierwsze słowo, które przychodzi mi do głowy, gdy patrzę na te pourywane skarpy. To obok jest takie namacalne, takie prawdziwe, ale te oddalone góry i pagórki, te dziwne uformowania już takie nie są. A przynajmniej takie się nie wydają. Być może to przez światło? Tak, pewnie to o to chodzi. Jest inne, mocne, rozpraszające, prześwietlające to, co nieblisko.

[Mon z fototapetą w tle]

Droga z Sankaber do Geech to raz góra, raz dół i trochę po prostym. Różnica – jakieś 400 metrów, może więcej, raczej nie mniej. Mijamy jedną z widokowych skarp, tę koło wodospadu, ostro podbijamy w górę, potem przez chwilę podążamy drogą, skręcamy lekko w dół i oto są: setki dżelad, rozproszone na wzgórzu przed nami. Samce, samice, małe, całe rodziny. Na przykład ta na skale koło zejścia w kierunku rzeki: dwa maluchy siedzą przyczepione do pleców matek, młode dokazują, niektóre iskają się. Albo młodzież, co z zaciekawieniem się nam przygląda, prawie że wisząc na skale prosto nad naszymi głowami, gdy przechodzimy pod spodem. Niektóre będą z takim zaangażowaniem swawolić i z takim impetem się ganiać, że zrzucą spory kamor, który spadnie jakieś pięć metrów od nas, gdy kanapki z tuńczykiem i pomidorem nad brzegiem prawie że wyschniętej rzeki zajadać będziemy. Cóż to byłaby za śmierć, dostać w głowę kamieniem niechcący zrzuconą przed dżeladę – myślę sobie.

Raz po raz czuję się jak w filmie dokumentalnym. Na przykład siedzę sobie na kamieniu i w odległości nie większej niż dziesięć metrów przechodzą koło mnie stada dżelad. Jedno po drugim, stada małp, to wyjąc, to się goniąc, przemieszczają się w tylko sobie znanym kierunku. Gdy już opuścimy rzeczkę zmierzając w stronę wioski Geech, zgromadzą się dżelady, zdawałoby się, że wszystkie z okolicy, na wzgórzu po przeciwnej stronie. Naradzają się? O czymś dyskutują? Tak to z daleka wygląda.

Tutaj, w górach Simien, widziałam więcej dżelad, niż ludzi. Jakże odwrócone to proporcje.

Ale ludzie jednak są. Czasem pojawiają się zupełnie niespodziewanie – to „miejscowi przedsiębiorcy”, dzieciaki sprzedający lokalne wyroby, chłopaszki oferujący podwiezienie na mule, kobiety sprzedające kawę. Jednak największy komitet powitalny wita nas u wejścia do Geech, niewielkiej wioski z okrągłymi domkami krytymi strzechą. Siedzą dziewczyny na skałach i gdy jesteśmy już dość blisko, zaczyna się „hello”, „how are you?”, odpowiadamy tym samym dodając, że wioska jest bardzo „konjo”, czyli piękna. Z dziewczynami są dzieci, raptem kilkulatki, niektóre zasmarkane, inne bose, wszystkie w za długich koszulach. Gdy jedna z kobieta się z nami wita lub coś nam oferuje – nie pamiętam już tego dokładnie, po jej bokach zauważam dwie małe stopki, ubrudzone, wysuszone, zdawałoby się, że bardziej małpki, niż dziecka.

Z jedną z kobiet umawiamy się, że kupimy od niej jajka (enkulel). Okazuje się, że ma tylko siedem i gdy potwierdzamy, że z chęcią te siedem jajek weźmiemy (po cenie dwa birr za sztukę), biegiem leci do chaty, by je przygotować. Gdy wraca, z drugiej strony z jajkami w woreczku nadciąga jej sąsiadka i koniec końców kupujemy od obu. Tak w ramach wspierania lokalnych społeczności.

[Wioska Geech]

[Wioska Geech]

Dzień trzeci: Geech – Chenek

Malutkie i zimne jest to schronisko w Geech – postawili je bowiem na wzgórzu i lodowaty wiatr bije w nie niemiłosiernie. W nocy wychodzę na chwilę na zewnątrz, spoglądam w górę a tam – rozświetlone afrykańskie niebo. Szukam tych niewielu gwiazd i konstelacji mi znajomych, ale czy je znajduję? - tego nie wiem. Niektóre wydają się znajome, tylko w innym są ułożeniu, w innym miejscu tutaj, na tym etiopskim nieboskłonie są widoczne – czy więc to te mi znajome? Tylko domysły snuć mogę...

Trudny to odcinek. Wejście na Imet Gogo może i jest łagodne, zejście w dół być może i jest przyjemne, ale potem trzeba na te prawie cztery tysiące wrócić, krok po kroku, z ciężkim oddechem i całym nieprzygotowaniem (re moje Kolano) się wdrapać. Odsapnąć nie ma gdzie – tak bowiem jednostajne, tak niemiłosierne jest to podejście.

Ale nie trwa wiecznie. Docieramy do najwyższego punktu i dalej już tylko w dół, miejscami ostro. Jeszcze tylko spotkanie z chłopcami, co koszyki nam chcą sprzedać i z których jeden, boso, głośno śpiewając, by nie rzec wyjąc, leci za nami prawie aż do samej drogi.

[Widoki z Imet Gogo]


[Mon w drodze do Chenek]


[Aga w drodze do Chenek]

Dzień czwarty – odpoczynek w Chenek

Przechodzi jakieś parę metrów od nas. Samotny samiec dżelady. Maszeruje z werwą, rozglądając się na boki. Trochę się boję – siedzimy przecież we dwie tuż nad skarpą podziwiając widoki i wcześniej, tuż po śniadaniu, dżelada zabrała nam woreczek z herbatami. Na kocu mamy jednak ułożony stosik kamieni – powiadają bowiem, że gdyby dżelada zaczęła zachowywać się nieznośnie lub, nie daj Boże, zaatakowała, odpowiedzią są kamienie. Coś jak na wałęsające się psy w Ameryce Południowej.

Zbliża się południe. Robi to powoli, bo jeszcze ponad godzina, zanim wybije dwunasta. W tle echa wrzask dżelad – buszują gdzieś po drugiej stronie i jakieś śpiewy, odgłosy jadącej ciężarówki. W parkach narodowych w Etiopii obcokrajowcy nie mogą jeździć lokalnymi środkami transportu, całkiem efektywny to sposób na wydojenie od nich ekstra pieniędzy.

Tak więc sobie siedzę nad tą niepojętą przepaścią i klepię w komputer, wsłuchując się w szum wiatru, przelatujące nad nami ptaki i coraz to głośniejsze wrzaski dżelad. Nie, nie robią już na mnie takiego wrażenia jak wtedy, pierwszego dnia, gdy zerwały się raptem, wszystkie razem, sunąc w dół wzgórza, dżelady niepohamowane.

Słów odpowiednich nie znajdę, by opisać, jak przyjemne jest to siedzenie, na kocyku, nad tą skarpą niepojętą, z widokiem na prześwietlone skały rysujące się daleko na horyzoncie. Ponownie to bliskie jest tak wyraźne, to dalekie tak nieokreślone, jakby zamglone, ale jednak nie do końca – widzę bowiem kształty, widzę dokładne zarysy, ale rozmazują się, bledną, nikną w tym etiopskim świetle, w tym na czterech tysiącach palącym słońcu.

[Pisanie bloga w Chenek]

Trekking w Górach Simien praktycznie:

- Trek można samodzielnie zorganizować w biurze parku narodowego w Debarku. Przyjęte są oficjalne stawki za usługi scouta, przewodnika, poganiaczy, kucharza. Jednak ceny skoczyły w górę i jeśli wynajmuje się więcej osób, niż tylko scouta, który jest obligatoryjny, to faktycznie bardziej może opłacać się skorzystanie z usług z agencji w Gonderze. Chyba że chce się wszystko załatwiać samemu.

- Nam w biurze parku powiedzieli, że z Cheneku do drogi trzeba jeszcze dojść. Nie jest to prawdą – droga biegnie tuż przez Chenek. Wybierając więc opcję Buit Ras/Sankaber – Geech – Chenek usługi scouta/kucharza/przewodnika/poganiacza można zamówić na trzy dni, to w zupełności wystarczy.

- Zarówno w Geech jak i w Chenek w nocy jest zimno, by nie rzec bardzo zimno. Natomiast w dzień słońce bywa niemiłosierne.

17:40, mobile_mon , Etiopia
Link Komentarze (7) »
sobota, 01 lutego 2014

Monika prosi, by umieścić tu informację, więc umieszczam:

Dziewczyny całe i zdrowe są w Aksum na północy. Jest lovely, ale brak dostępu do sieci uniemożliwia im zamieszczanie postów i zdjęć na bieżąco. Jeśli nie dochodzą smsy to po prostu przez częste problemy z zasięgiem. Bądźmy więc cierpliwi, Monika obiecuje wszystko nadrobić, jak tylko technologia jej na to pozwoli :)

Mon: dzieki za pomoc Karola :)

10:47, mobile_mon
Link Dodaj komentarz »
sobota, 25 stycznia 2014

Budzik znowu dzwoni za wcześnie. Niby 5:45 to nie jest jakaś zastraszająca pora i niby wcześniej zdarzało mi się wstawać, całkiem regularnie i bez szemrania, ale to przecież wakacje, urlop wyczekany, a na urlopie śpi się długo, nieprawdaż?

Tylko nie jest to urlop zwyczajny. O tej 5:45 wstajemy, by na dworcu w Bahir Dar być już około 7ej i złapać w miarę wczesny autobus do Gonder. Próbowałyśmy kupić bilet wcześniej, lecz tutaj w Etiopii na krótsze trasy lokalnymi autobusami to nie działa – trzeba po prostu być w miarę wcześnie, zająć sobie miejsce i czekać. Ale kiedy autobus odjedzie, to nie wiadomo. To znaczy wiadomo – odjedzie, jak będzie pełny. A kiedy będzie pełny? Jak się zapełni. I tak dalej w ten deseń.

W ogóle pewne sprawy mają się tutaj inaczej. Mam wrażenie, że generalnie rzecz biorąc Etiopczyk, być może też i Afrykańczyk, jeśli nie pracuje, to czeka. I czeka w sposób inny. Nie poddenerwowany, nie spięty, jakby goniły go jakieś ostateczne i złowrogie terminy, ale płynnie, spokojnie. Czekając, on po prostu jest. I będąc, ot sobie czeka.

Czekamy i my. Aga w autobusie pilnuje mi miejsca, ja na zewnątrz filuję czy nasze owinięte w worki plecaki są tam, gdzie powinny, czyli w bagażniku. W tę i z powrotem chodzę, to czasem do kogoś zagadam, to bułki na drogę kupię (to mój pierwszy zakup tylko po amharsku, choć w stylu kali jeść, kali pić), to na krawężniku sobie dla zabicia czasu przysiądę. I gdy tak z europejska sie w tym czekaniu rzucam, od czasu do czasu zastanawiając sie, kiedy ten autobus w końcu odjedzie, wokół mnie inni czekają spokojnie, niespiesznie, bez żadnego spięcia ani napięcia. Tak inaczej. Tak po afrykańsku.

Niecałe cztery godziny i jesteśmy w Gonder. Nazwa niby magiczna, historia fascynująca, ale w porównaniu z Bahir Dar miasto wypada raczej kiepsko. Hałaśliwe, chaotyczne, znowu nawołują, znowu molestują i po raz pierwszy tracę cierpliwość. Gdy słyszę natarczywe i nieustające „we are looking for people for the Simien mountains”, odpowiadam „so keep on looking”. Powiem tylko tyle, że moja odpowiedź się raczej nie spodobała...

W wieku siedemnastym było Gonder miastem o splendorze wręcz legendarnym i z tamtych odległych już czasów ostała się Dzielnica Królewska z imponującym zamkiem cesarza Fasiladasa.

[Zamek Fasiladasa]

Ogólnie kompleks królewski kryje w sobie sześć zamków, jak to bowiem bywało, syn detronizował (czasem dosłownie) ojca i aby zaznaczyć swoją władzę i odciąć się od tego, co ojcowskie, stawiał sobie, a raczej stawiono mu zamek nowy, lśniący, w niczym poprzedniemu nie ustępujący. Jako symbol władzy trzymano nawet lwy abisyńskie, a 24go stycznia w jednej z klatek napotkano Lwa dość osobliwego:

[Mon udaje lwa abisyńskiego]

Po intensywnym zwiedzaniu wpadamy jeszcze do knajpki na „yeusom beuyaineutu” (pisownia za rozmówkami amharsko-angielskimi Lonely Planet), czyli injerę z warzywnymi dodatkami. Injerę, placek wypiekany z mąki ze zboża o nazwie teff, je się prawą ręką – po prostu odrywa się kawałki, nabiera sos, warzywa czy mięso i hop do buzi. Ponieważ jest to danie spore, często dla jednej, nawet wygłodniałej osoby za duże, zamawiamy tylko jedno i po raz pierwszy jem z kimś ze wspólnego talerza. Danie to wygląda tak:

[Injera z dodatkami warzywnymi]

A sama w sobie, injera w przybliżeniu wygląda tak:

[Injera]

I na dodatek smakuje jak kwaśna gąbka... I jak to się w niej nie rozsmakować?

W drodze powrotnej do hotelu odwiedzamy jeszcze dwa kościoły, z których jeden pomalowany jest na etiopskie kolory narodowe, czyli zielony, żółty i czerwony, oraz na szczycie dachu ozdobiony krzyżem w stylu gonderskim (co mi krzyża wcale nie przypomina), z siedmioma kulami symbolizującymi siedem dni stworzenia świata oraz siedem grzechów głównych (zgodnie z tym, co mówił nasz przewodnik po Dzielnicy Królewskiej).

[Budynek kościoła etiopskiego]

I co najważniejsze: na następny dzień umawiamy się w lokalnym salonie fryzjerskim na plecenie warkoczyków! To już bodajże czwarte podejście. Mam nadzieję, że teraz nam się uda i że z taką fryzurą wtopimy się w etiopski tłum (no i że będziemy miały się czym na blogu pochwalić;)

09:44, mobile_mon , Etiopia
Link Komentarze (1) »
czwartek, 23 stycznia 2014

Źródła mówią, że z Bahir Dar do Tis Abay, wsi położonej najbliżej wodospadów Nilu Błękitnego, odchodzą dziennie autobusy cztery. Z nich pierwszy miejscowość położoną nad jeziorem Tana opuszcza ok 6ej rano – z przyczyn oczywistych więc, takich jak potrzeba wyspania się i spokojnego wypicia porannej kawy, ten akurat odpada.

Z hotelu wychodzimy przed ósmą. Bez zbytniego pośpiechu (drogę znamy już dobrze) kierujemy się na stację autobusową. A wygląda ona tak:

[Stacja autobusowa w Bahir Dar]

Jak już wspominałam, trudno się w tym odnaleźć. Nazwy miejscowości wywieszone na szybach nic nam nie mówią. Zasięgamy więc przysłowiowego języka i po chwili namierzamy bus, z wyglądu przypominającego raczej starego rzęcha, który jeszcze jakiś cudem się nie rozleciał, który zabierze nas nad wodospady.

[Bus do Tis Abay]


Zatrzymuję się jeszcze na zewnątrz, by pyknąć zdjęcie – tak niebywale oryginalny wydaje mi się ten środek transportu, którym za chwilkę mamy wyruszyć. Aga wchodzi do środka i współpasażerowie ustępują jej (i co za tym idzie nam) miejsca na przedzie. Na swój sposób wygodne – bo poziome i siedzieć idzie. Tylko przez całą drogę musimy trzymać siedzenie naprzeciwko nas. Bo inaczej wypadnie.

Jeszcze zanim ruszymy, do środka wejdzie człowiek z parasolem i... kałachem. Albo czymś, co kałacha przypomina. W każdym bądź razie, zatrzyma się na chwilę przy mnie (siedzę od środka), z lufą lekko wycelowaną w moją stronę.

Autobusy w Etiopii, a przynajmniej ich część, odpalają w sposób inny, by nie rzec zaskakujący. Nagle robi się raban, ko-kierowca (czyli osoba sprzedająca bilety) zatrzaskuje drzwi (normalnie zamknąć się nie dają), ktoś z tyłu zaczyna autobus pchać, podczas gdy ko-kierowca otwiera garb, gdzie zazwyczaj znajduje się skrzynia biegów, nurkuje w nim prawie cały, czymś grzebie, z czymś się szamoce, aż w końcu trach! - silnik zaskoczył, autobus odpalił, ruszamy w drogę!

Rakieta to nie jest. Ten nasz autobus. Wprost przeciwnie, zamiast przepisowej godziny droga do Tis Abat zabiera nam ponad półtorej. Przez niewielkie wioseczki, że się tak wyrażę „Ethiopian countryside”, toczy się, kula, rzężąco do przodu ślamarzy się, ta nasza nie-rakieta. Mijamy jeszcze lokalny targ i wjeżdżamy do Tis Abat.

[Targ w Tis Abay]

Najpierw śniadanie i kawa w lokalnej „restauracji”. Ku mojemu zaskoczeniu raczej nikt nas nie „molestuje”, zbytniej uwagi swoją w Tis Abat obecnością nie przyciągamy. Być może dlatego, że przyjechałyśmy nie dżipem, ale trzęsącym się autobusem, tak jak miasteczka tego mieszkańcy?

O wodospadach Błękitnego Nilu opinie krążą różne. Roberta Bruca, Szkota uważanego za pierwszego Europejczyka, który do wodospadów dotarł, zauroczyły do takiego stopnia, że zarzekał się, że ich piękno nigdy nie zatrze się w jego myślach. Jednak obecnie ze względu na otworzoną kilka lat temu elektrownię wodną wodospadem płynie 70-90% wody mniej, niż kiedyś. Z tego powodu niektórzy uważają, że wodospadów tak naprawdę już nie ma, a to co spływa, to cienka stróżka po nagiej skale. Niewarta zobaczenia.

Moje doświadczenie jest inne. Owszem, w stanie pierwotnym musiał wodospad być na kolana powalający, swym hukiem ogłuszający. Ale teraz i tak dudni, i tak huczy, i tak twarz kropelkami zrasza, z wysokości 47 metrów spadając.

[Mon na tle wodospadów Błękitnego Nilu]

[Aga przy wodospadzie]

[Nil Błękitny]

Trasę dookoła wodospadów przeszłyśmy z przewodnikiem. Można tam przechadzać się na własną rękę, ale angażując przewodnika za jednak niewielką kwotę (5 USD) wspiera się lokalną społeczność i... unika niekomfortowych sytuacji w postaci czeredy skądinąd słodkich dzieciaków ciągnących się niczym wrzeszczący ogon. Poza tym przewodnik taki przydaje się w negocjacjach cenowych, bo szaliczki/apaszki robią tam wręcz cudne... Chyba nie muszę nadmieniać, że co nieco kupiłyśmy...

W drodze powrotnej wstępujemy jeszcze z wizytą (zapewne zaaranżowaną, ale co tam) do lokalnej rodziny. W domu, zbudowanym z palików sklepionych razem papką z błota, słomy i zapewne krowich placków, pani domu parzy kawę. Przyjemnie tutaj – na zewnątrz szaleje morderczy upał, ale wewnątrz panuje odprężający chłód. Nasza wizyta trwa raptem chwilę. Popijamy jeszcze piwo lokalnej produkcji o nazwie bodajże „tela” i ruszamy dalej.

[Parzenie kawy w etiopskiej chacie]

W drodze powrotnej (a miejsce w busie, tam razem prawdziwej rakiecie – czas przejazdu do Bahir Dar ok. 45 minut – trzymali nam lokalni panowie) panuje ścisk taki, że ja mam nosa centralnie pod czyjąś pachą (i nie bardzo mogę się od tego wywinąć), a Aga siedzi przyciśnięta do szyby, z czyjąś stopą na swoim kolanie. I gdy w tym ścisku, w tej wrzawie, w tym rozpanoszeniu, jakiś chłopaszek (nota bene ten ze stopą na Agi kolanie) pyta się „And how do you like Ethiopia?”, zgodnie odpowiadamy „It's lovely!”.

Bo i tak tu jest. Lovely.

[Sweet focia w busie z Tis Abat do Bahir Dar]



19:21, mobile_mon , Etiopia
Link Komentarze (2) »
| < Lipiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            
Ulubione: Blogi podróżnicze