wtorek, 18 listopada 2014

Jedną ze spraw, które najbardziej w podróżowaniu lubię, by nie rzecz uwielbiam, by o stwierdzenie się nie pokusić, że być może to mnie najbardziej w tym wszystkim pociąga, to to, że jednego dnia (choć i ten "dzień jeden" innej definicji nabiera...) potrafi zdarzyć się więcej, niż w Moim Wielkim Mieście w ciągu dni kilka...

Choć być może wcale to nie o wydarzenia chodzi, ale o to, że są one tak świeże, tak niepowtarzalne, tak po raz pierwszy przeżywane, że doświadcza się je z większą intensywnością. Z większą zachłannością się w nie wchodzi. Zatapia się, prawie że całkowicie. Prawie że do w nich utonięcia.

Pamiętam ostatnią na ten temat rozmowę – wracałyśmy do hotelu Baro, idąc wzdłuż ulicy, której nazwy już nie pamiętam (a może nigdy jej nie znałam?), pamiętam tylko jej rytm, hałas, krzywo powycinane chodniki, krawężnik wysoki niczym murek, gdy napomknęłam, że czas inaczej się odczuwa właśnie ze względu na to jego zawalenie, momentami zbytnie, o ból głowy, zmęczenie a może i nawet wyczerpanie przyprawiające, zdarzeniami nowymi. Nowymi całkowicie, albo znanymi mniej, niż bardziej. Albo takimi, o których się gdzieś słyszało, być może się gdzieś przeczytało, ale się ich jeszcze nie przeżyło.

Skąd przyszły mi te sprawy do głowy? Ot, trafiłam na ciekawe spostrzeżenia dotyczące "podróżowania długoterminowego":

http://www.huffingtonpost.com/clayton-b-cornell/traveling-around-the-world_b_4065797.html

skąd przeskoczyłam do skądinąd fantastycznego bloga:

http://www.vagablogging.net/

gdzie w jednej z publikacji, której znaleźć teraz jakoś nie mogę, autor wypowiada się właśnie na temat zdarzeń, ich wielości i świeżości, z jaką się ich doświadcza z dala od rutyny dnia codziennego...

Na koniec piękny cytat. Czym jest doświadczenie?

“What is an experience? Something that breaks a polite routine and for a brief period allows us to witness things with the heightened sensitivity afforded to us by novelty, danger, or beauty. To experience something is to fully open one’s eyes in a way that habit prevents us from doing, and if two people open their eyes in this way at the same time, then we can expect them to be drawn together by it.”

Alain de Botton, "On Love"

20:10, mobile_mon
Link Komentarze (3) »
sobota, 15 listopada 2014

Po ponad roku i siedmiu miesiącach jestem z powrotem nad Rusałką.

Nie, to nie tak do końca – byłam tu już przecież kilka razy, na spacerach powolnych, znieruchomiałych wręcz, gdy pożądliwym wzorkiem za biegaczami wodziłam...

Nie ważne czy szybko, czy wolno biegli, czy to starzy wyjadacze byli, co z automatu wręcz pruli, szybko przed siebie, bez najmniejszych oznak zmęczenia, czy też początkujący, co wolno, wolniutko, krok za krokiem, jedno kółko próbowali zrobić – każdemu zazdrościłam po równo.

Jakie więc moje niedowierzanie, gdy po tak długiej, momentami pełnej beznadziei przerwie, staję z powrotem na „linii startowej. Zgodnie bowiem z zaleceniami ostatniego lekarza, a tych było kilku i co jeden, to „ciekawsze” opinie wygłaszał, wracam do biegania, ale powoli, stopniowo, szybki spacer, przebieżka, spacer, przebieżka, i tak razy kilka, bez pośpiechu, ale też nie za wolno, tak w miarę normalnie, bo to do normalności przecież ma wrócić.

Ruszam więc krokiem szybkim, zdecydowanym, ale do przyspieszenia tempa jakoś zdecydować się nie mogę, jakoś mi to nie wychodzi, a co jak znowu będzie bolało? Jednak jesień taka piękna, liście, upadłe, chrzęszczą pod butami w tej rusałkowej pustce i koniec końców przyspieszam – wow, jakie to cudne uczucie, móc znów biegać...

Gwoli wyjaśnienia – ostatnio bloga odpuściłam i niestety, im dłuższa ta przerwa się robiła, tym trudniej mi było wrócić.

Ale tak jak dziś wróciłam do biegania, tak też i wracam do bloga. Bo przede mną przecież i kolejne trasy, i kolejne przygody ;)

18:21, mobile_mon
Link Komentarze (6) »
niedziela, 07 września 2014

Bywa, że gdy swe Poukładane Miasto przemierzam, znienacka, bez żadnego ostrzeżenia nachodzi mnie tęsknota za chaosem, rozedrganiem i całym tym pozornym bałaganem, jaki znaleźć można chyba tylko w Afryce.

Albo razu z goła innego, też znienacka i też bez żadnego wcześniejszego ostrzeżenia wracają wspomnienia z Doliny Omo. Wraca dźwięk trąbek, wraca plusk rozlewającej się, tłoczonej pompą wody, powraca trzask łamiących się pod naszymi stopami patyczków, gdy po wizycie u ludu Banna do cywilizacji, jaką znamy, w świetle księżyca wracałyśmy.

Zdarza się, i to zdarza się nierzadko, że wspomnienia, te wszystkie smaki, zapachy, te dźwięki, to inaczej łamiące się światło i ten inaczej padający deszcz, stają się tak bardzo namacalne, tak bardzo na wyciągnięcie ręki, że aż mam wrażenie, że wystarczy tylko zamknąć oczy, by to wszystko wróciło, by cały ten chaos choć na chwilę stał się rzeczywistością - ale nie, stukot kół toczącego się nieopodal tramwaju przypomina, że żaden to chaos, ale me Wielkie Miastowe Poukładanie.

W piątek ucięliśmy sobie rozmowę. Ot, kolega wrócił z Meksyku - ciekawa byłam jego wrażeń, spostrzeżeń. I gdy tak o miejscach bliższych i dalekich rozprawialiśmy, kolega stwierdził, że ze wszystkich kontynentów Afryka jest tym, gdzie najmniejszą, jeśli w ogóle, ochotę ma, by się wybrać. I co mi się w niej tak podoba. Tak właściwie.

Hmmm... zamyśliłam się, zafrasowałam, zupełnie nie wiedząc, co odpowiedzieć. Że tam po prostu...inaczej? Brzmi jak frazes, jak banał to brzmi, a frazes czy banał to to, czym Afryka właśnie nie jest.

Zadumałam się, odpowiedzi sensownej szukając, jakiegoś tropu, którym by pójść, jakiejś myśli, co by się jej uchwycić, niczym tonący brzytwy, co by się nią z stanu nie-wiem-co-odpowiedzieć wyciągnąć i spróbować wyjaśnić, że z Afryką to po prostu tak, że albo od pierwszego wejrzenia się w niej zakochasz, w całej jej niedoskonałości, w jej całym chaosie, w jej całym niepoukładaniu, albo przeciwnie - znienawidzisz.

Że na stan pośredni, na obojętność, miejsca tu nie ma.

Miało być o Londynie część 2 i będzie, ot znienacka, bez żadnego ostrzeżenia, naszło mnie na Afrykę...

21:50, mobile_mon , Etiopia
Link Komentarze (3) »
sobota, 23 sierpnia 2014

Starbucks czy Costa?

W Londynie Starbucksów więcej niż przysłowiowych mrówków. Jeśli przyjdzie ci ochota na kawę, a takowa, nie ukrywajmy tego, raz po raz człowieka nachodzi, oto jest, oto czeka, kawa w papierowym kubku w kawiarni Starbucks.

W Starbucksie bywam rzadko – w moim wielkim mieście byłam raptem raz. I wcale nie chodzi o to, że kawa mi tam nie smakuje – wprost przeciwnie, jest przepyszna, i na dodatek serwowana w kopiastych ilościach. Jednak jeśli w Polsce przeszkadza mi wystrój wnętrz, w stylu dość eklektycznym, „na szybko”, tak (przynajmniej w Londynie) nie odpowiada mi podawanie kawy na miejscu w... papierowym kubku.

Jeśli więc przyjdzie co do czego, jeśli ochota na kawę najdzie mnie nagle i znienacka, zamiast Starbucksa wybiorę kawiarnię Costa – małe capuccino podobnie ogromne, ale za to jak ślicznie podane. Chociaż i tak nic nie przebije opruszonej czekoladą „mocca” serwowanej w kawiarni Upper Deck z widokiem na Tamizę i Tower...

[Mocca...]

Zakupy w Primarku...

Czasami mam wrażenie, że jestem w Polsce, bo w Primarku rodaków, a raczej rodaczek, co niemiara – ciągnąc kosze zakupowe na kółkach, niczym w Biedronce, albo targając torby rodem z Ikei zaopatrują się w ubrania. Nierzadko taniej, niż w najtańszych sieciówkach w Polsce.

Primark na Oxford Street ma bodajże cztery piętra, jak nie pięć. Wielgaśne, z mnóstwem ubrań. Z mnóstwem tak wielkim, że odnaleźć się w nim zupełnie nie potrafię, już pojęcia nie mam czy od parteru zaczynać, czy być może od góry (piętro -1 szczęśliwie odpada, bo odzież tam męska), i gdyby nie Magda, to po paru minutach z Primarku bym uciekła, jego ogromem oszołomiona.

Jednak zostaję, szukam i szperam, rozglądam się, czasem coś przymierzę, a czasem na oko uznam, że dobre, i tak za cenę 20 funtów w koszyku lądują dwa sweterki, dwie bluzki, dwie pary butów (!) i coś extra.

Na szczęście w walizce wszystko dało się upchnąć, sposobem, ale zawsze.

[Pochmurna mina na zakupowej Oxford Street...]

Sztuka współczesna w Cudnej Tate...

Piętnaście lat temu Tate jeszcze nie istniała. Tzn. jako koncept lub „work-in-progress” tak, ale dopiero miała otworzyć swoje podwoje dla rzesz entuzjastów sztuki współczesnej, co uczyniła rok później, w 2000.

Zaaranżowana w byłej elektrowni, z pochłaniającą wręcz przestrzenią Hali Turbin, robi Tate wrażenie niebagatelne. W hali tej mam ochotę stać jak palec, nigdzie się nie ruszając. Sztuka sztuką, sztuka nie zając, nie ucieknie – myślę sobie, ale ta przestrzeń, z mechanizmami zachowanymi w całej swej „skomplikowatości”, bywa, że wiszącymi wprost nad moją głową, każe mi w niej po prostu być. I sobie wyobrażać.

[Boska Hala Turbin w galerii Tate...]


Sztuka faktycznie, niczym przysłowiowy zając, nie uciekła, ale niespiesznie trwała na piętrach. Sztuka, zapewne przez duże S, lub nawet wielkimi literami pisana, SZTUKA WSPÓŁCZESNA, dla mnie niezrozumiała.

Na przykład taki oto obraz:

[Sztuka współczesna...]


Było ich w tym pomieszczeniu wiele, ale ten przykuł moją uwagę. Przykuł ją tak mocno, że aż go uwieczniłam, robiąc mu zdjęcie (co nie było niedozwolone). Stanęłam przed nim, starając się pozbyć myśli, skojarzeń, narzutów, wszystkiego tego, co by mi interpretację utrudnić mogło, i nic to nie dało, albo raczej – dało mi to niewiele. Coś wymyśliłam, o czymś przelotnie pomyślałam, na takie a nie inne tory obraz ten mnie skierował. Ale zachwycić? Nie zachwycił mnie wcale...

Dzięki Tate odczułam swoją w tym zakresie ignorancję. Mimo to ją uwielbiam. Tate oczywiście, nie ignorancję. I mam nadzieję jeszcze do niej wrócić. Dla formy, dla przestrzeni, dla wyobraźni.

Choć czy sztuka współczesna jest dla mnie kompletnie niezrozumiała? Czy może odbieram ją wybiórczo? Owszem, po stokroć wolę:

[Egzekucja Lady Jane Grey....]


Jednak w „performance” Mariny Abramovic wzięłam udział, sama dziwiąc się tym, co zaczęło się dziać...

[Przed Serpetine Galleries...]


O tym performance a także o innych Wycinkach z Londynu już niedługo. Tymczasem zapraszam do obejrzenia zdjęć:

Jak to było w Londynie...

Na koniec dziękuję Magdzie za inicjatywę wyjazdu i Kasi za motywację do napisania tego postu :)

sobota, 09 sierpnia 2014

Podróżowanie z walizką spodobało mi się do takiego stopnia, że sobie własną, by nie rzec osobistą, walizeczkę zakupiłam. Czarną, a jakże – i siedzi sobie teraz w szafie, w oczekiwaniu na wyjazd do Londynu.

Szybko, w przysłowiowym oka mgnieniu, ten czas zleciał. Przecież dopiero co, dopiero przed chwilą, tak by się wydawało, dzwoniła Magda z propozycją czy by do Lądka na dni parę się nie udać, trzask prask i oto jedziemy. Za dni dwa.

Co włożyć do walizki, nie bardzo wiem – jeżeli o te sprawy chodzi, to od Zakyntos nie wiele się zmieniło. Korci mnie, by zabrać krótkie spodenki i rozciapane sandały – w końcu to wakacje, czas wolny, pełen swobody, to czas, by kredkę do oczu i lakier do paznokci w kosmetyczne zostawić, nieużywane, ale chwilę potem, jak już spodenki i koszulki, nawet lekko powyciągane, wybiorę, to zdanie zmieniam i sukienki na wieszakach przerzucam, jedną po drugiej, którą wybrać, niebieską czy w ciapki, która do londyńskiego stylu bardziej pasuje?

Nie wiem, pojęcia zupełnie nie mam, i pewnie dlatego, znając siebie, do swej nowo-zakupionej czarnej walizeczki, na kółkach dwóch, a jakże, zapakuję i to, i to, i zielone spodenki, i niebieską sukienkę, i rozciapane sandały, i eleganckie sandałki – na każdą okazję zestaw murowany.

A tych okazji będzie niemało. I wykwintność pałacu Buckingham. I przeszywający dreszcz Tower. I światowość Houses of Parliament. Do tego sztuka, szperanie w poszukiwaniu the-one-and-only-most-gorgeous-dress, piskliwie widoki z lotu ptaka ze szczytu London Eye, a w międzyczasie smakołyk w knajpie i piwko w pubie, albo i dwa.

I wizyta w Serpentine Galleries w Hyde Parku, gdzie do 25 sierpnia trwa performance serbskiej artystki Mariny Abramović, o czym dowiedziałam się od swej Spanish Professor, muchas gracias por eso. Entuzjastką performance'u siebie bym nie nazwała, ale psychologii – to już tak. Bo czym innym, jak nie wkroczeniem w tą drugą był jej projekt z 1974 r., w którym Abramović przez sześć godzin zdała się na łaskę publiczności, pozwalając, by przy użyciu wybranych przedmiotów, do sprawiania zarówno przyjemności jak i bólu, robiła z nią, co chciała? Zaczęło się spokojnie, z dystansem i niewinnie; zaczęło się z niedowierzaniem, że jak to, mogę z tobą, co chcę; zaczęło się chyłkiem, zaczęło się ukradkiem, by przejść w agresję i rozbestwienie. Jej ubranie pocięli, a ktoś inny przystawił jej spluwę do głowy. Później powie, że jeżeli pozwolisz publiczności robić to, na co ma ochotę, to może cię zabić.

Równie przerażające, jak eksperyment więzienny Zimbardo. Aż ciśnie się na usta pytanie, co w takich warunkach samemu by się zrobiło...

Cóż, tego się nie dowiem, a i wiedzieć tego chyba nie chcę, za to na pewno z wielką chęcią wybiorę się do Serpentine Galleries. I może Magda się nawet skusi :)

Tutaj ciekawy artykuł na zachętę:

http://www.theguardian.com/artanddesign/2010/oct/03/interview-marina-abramovic-performance-artist

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 25
| < Luty 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28        
Ulubione: Blogi podróżnicze