wtorek, 06 stycznia 2015

Z przyjemnością dzielę się informacją, że mobile_mon otrzymało zaproszenie do dołączenia do Blogów podróżniczych, gdzie niedługo zacznę publikować wybrane wpisy. Na początek pojawią się Boliwia i Etiopia, potem Rwanda i Kongo, a jeszcze potem inne, na ten moment nieznane jeszcze krainy...

Blogi podróżnicze poprosiły o wrzucenie swojego loga, jeśli to możliwe, i gdyby nie moje techniczne (nie)rozeznanie, to takie logo bym tu i teraz wrzuciła. Niestety, wszystko, co udało mi się zrobić, to umieścić link w bocznej szpalcie. Ale dobre i to :)

21:09, mobile_mon
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 05 stycznia 2015

Jak smakuje indżera zastanawiała się w jednym z ostatnich komentarzy Kinga z Copywriter on the road

Żeby przybliżyć trochę tej potrawy smak, publikuję więc ostatni reportaż z Etiopii, który ukazał się w zeszłym już roku na łamach Tygodnika Dzierżoniowskiego

W KRÓLESTWIE KAWY I INDŻERY

Co jak co, ale początki wcale nie należały do łatwych. Jak najbardziej, wiedziałyśmy, że jednym z najpopularniejszych dań w Etiopii jest indżera, ale jak i z czym się ją je - tu już wiedzy i, co by to mówić, kulinarnego obycia brakło.

Powiadają, że z wyglądu indżera, wytwarzana ze zmieszanej z wodą mąki teff, przypomina naleśnik, a w smaku kwaśny chleb - jednak nie do końca mogę się z tym zgodzić. Owszem, jest okrągła, ale to chyba jedyna cecha, która łączy ją ze swojskim naleśnikiem, od którego jest znacznie większa i ma inną, porowatą teksturę. A smak? Coś jak kwaśna gąbka... im bardziej sfermentowana, tym kwaśniejsza, tym bardziej twarz zdumionego przybysza wykrzywia w jedno wielkie pytanie "co ja tutaj będę jeść...??"

Tak, takie pytanie, takie rozważanie nad tym, co my w Etiopii jeść będziemy i o ile schudniemy (ot, taki niezamierzony efekty uboczny lokalnej diety) pojawiło się już na samym początku, który okazał się, jakby na to nie patrzeć, najgorszy z możliwych. Trafiłyśmy tak źle, tak niewłaściwe, że z trudem mogę uwierzyć, że prób jedzenia indżery na dobre nie zarzuciłyśmy. Co się więc stało? Otóż pierwszego po przylocie dnia udajemy się do knajpki, a ponieważ z menu nic nie rozumiemy (wszystkie dania wypunktowane są w języku amharskim), prosimy kelnera, by polecił nam jakąś opcję bezmięsną. Ponieważ po wyrazie twarzy kelnera mamy obawy czy naszą prośbę "no meat" zrozumiał odpowiednio, dodajemy, że jesteśmy "vegetarians", na co kelner uśmiecha się szeroko i proponuje opcję z warzywami. Upewniamy się jeszcze, że będą to warzywa gotowane bądź duszone ("yes, yes") i zamawiamy. Ku naszemu zdziwieniu, kilka minut później na stole lądują dwa duże metalowe talerze wyłożone czymś, co zapewne jest indżerą, i sałatka z warzyw... surowych.

Czy kelner zrozumiał nasze "cooked please", czy też nie - trudno powiedzieć. Sprawa ciekawie jednak nie wygląda - my głodne, z daniem, na które ewentualnie popatrzeć możemy, ale którego zjedzenie, z przyczyn zdrowotnych, mogłoby być dość ryzykowne (warzywa były w końcu myte w wodzie, gdzie to i owo, np. ameba, pływać sobie może), poproszenie o podanie czegoś innego, także bezmięsnego, zadaniem trudnym się wydaje, robimy więc dobrą minę do złej gry i nieśmiało kosztujemy samą indżerę. Fuj! Ble! Jak można jeść kwaśną ścierkę? - zastanawiam się w duchu. Tego dnia wieczorem Aga w przewodniku napisze: "może i dodatki dobre, ale NIESTETY podawane z indżerą"...

Potem było już tylko lepiej, a po jakimś tygodniu zrobiło się tak dobrze, że co wieczór na kolacje nie zamawiałyśmy nic innego, jak indżerę. Wybór bezmięsny jest jednak ograniczony do właściwie dań trzech, w porywach czterech, czyli "shiro" (sos z fasolki z wyparzającą trzewia ilością czosnku i zielonego chili), "tegamino" (sos z fasoli i pomidorów, o mniej lub bardziej płynnej konsystencji, plus nieodzowne czosnek i chili), "beyaynetu", czyli indżera z różnymi warzywami (można też zamówić wersję mięsną), a gdy nie można już patrzeć ani na fasolkę (ja wciąż nie mogę), ani na warzywa, pozostaje opcja z... jajecznicą, w Etiopii przyrządzaną z pomidorami, cebulą i kopiastą ilością chili. Opcji mięsnych jest o wiele więcej, w tym "tibbs" (jagnięcina) czy "kitfo", czyli indżera podawana z surowym, marynowanym mięsem wołowym. Jak się to je? Otóż nie używa się sztućców, tylko ręką (prawą) odrywa się kawałek indżery, zagarnia niewielką ilość sosu, warzyw czy mięsa i do buzi. Nie można przy tym oblizywać palców, a jeśli już resztki sosu na palcach zostaną, to wyciera się je w nic innego, jak czekającą na dalszą konsumpcję indżerę. Powiem tylko, że pod koniec pobytu łyżka czy widelec wydawały mi się co najmniej niepotrzebnym zbytkiem.

Ale Etiopia to nie tylko królestwo indżery, ale przede wszystkim imperium kawy - w końcu to w Rogu Afryki, jak legenda powiada, "odkryto" energetyzującą moc tego czarnego napoju, lokalnie zwanego "bunna". Jednak picie kawy w Etiopii nie ma nic wspólnego z zalewaniem łyżeczki (czy dwóch) kawowych granulek wrzątkiem. W tym kraju picie kawy to prawdziwa ceremonia. Jak ona wygląda? Zawsze tak samo. Na rozgrzane węgle sypie się kadzidła, następnie ziarna kawy płucze się kilkakrotnie w wodzie i parzy na specjalnej patelni. Świeżo spalone, ziarna tłucze się w moździerzu i dodaje do wody gotującej się w charakterystycznym glinianym dzbanku. Po chwili intensywnie pachnący napój rozlewa się do filigranowych filiżanek. Jeszcze tylko łyżeczka cukru (albo i kilka, Etiopczycy namiętnie słodzą zarówno kawę jak i herbatę) i można się delektować.

Bunna smakowała mi wybornie i potrafiłam dziennie wychylić kilka. Jednak to, co mnie kompletnie zaskoczyło i zauroczyło bogactwem swego smaku, to kawowo-herbaciany spris. Otóż do niewielkiej filiżanki, dla odpowiedniego efektu z przeźroczystego szkła, wlewa się najpierw herbatę, potem kawę. W jakiś magiczny chyba sposób napoje te nie zlewają się w jedno, dopiero po pierwszym łyku, gdy już w filiżance zamieszanie powstanie, zaczyna przechodzić smak kawy smakiem herbaty tworząc smak trzeci, zupełnie nowy, niepowtarzalny, by po chwili stopniowo zaniknąć i na sam koniec stać się już smakiem wyłącznie herbaty.

Oprócz wspaniałych ludzi i przepięknych widoków, ukazała nam Etiopia bogactwo swych smaków. I choć niektórych nigdy nie poznam, to inne, jak np. chleb z "fałszywego bananowca" czy wielbłądzie mleko, być może pojawią się w trakcie następnej wyprawy...

20:00, mobile_mon , Etiopia
Link Komentarze (4) »
piątek, 02 stycznia 2015

Już są, zdjęcia z Etiopii. Z lekkim opóźnieniem ale zawsze ;) Zapraszam do obejrzenia...

Zdjęcia z Rwandy i Konga obiecuję wrzucić na bieżąco ;)

Tak to było w Etiopii...

17:57, mobile_mon , Etiopia
Link Komentarze (3) »
wtorek, 30 grudnia 2014

O gorylach górskich, dokładniej rzecz biorąc możliwości zobaczenia takowych w ich środowisku naturalnym, w równikowej dżungli Afryki, po raz pierwszy usłyszałam na imprezie w La Paz.

Oto wróciwszy z Tiwanaku, gdzie cały poprzedni dzień spędziłam na wsłuchiwaniu się w dźwięki La Morenady, wybrałam się na imprezę zwaną „peña”, w wydaniu dla „gringos” będącą bardziej swoistym przeglądem folklorystycznym niż doświadczeniem czysto kulturalnym, gdzie spotkałam parę Holendrów, którzy „z niejednego pieca chleb jedli”, można by rzec.

I gdy tak sobie rozmawiamy gdzie kto był, jakie ogólnie wrażenia, gdzie fajnie a gdzie już fajniej jest mniej, dlaczego do Japonii to koniecznie i „natentychmiast”, napomykają nagle, że jednym z najbardziej zapadających w pamięć doświadczeń była wycieczka w Ugandzie na spotkanie goryli górskich. Że było to warte każdych pieniędzy, każdego wysiłku, każdego wyrzeczenia. Słowem – gdyby mogli, zrobiliby to raz jeszcze.

Tylko ogólnie Afryka nie za bardzo im do serca przypadła i być może nie koniecznie.

Goryli górskich, największych człekokształtnych małp na świecie, wiele nie pozostało. I trudno je znaleźć. Występują tylko w dwóch miejscach na ziemi: w Nieprzeniknionym Lesie Bwindi w Ugandzie (swoją drogą, „Nieprzenikniony Las” - jak bajecznie to brzmi!) i w górach Wirunga, kołyszących się majestatycznie na styku granic Ugandy, Rwandy i Demokratycznej Republiki Konga. To właśnie tam się wybieramy. W góry Wirunga na terenie Konga.

[Występowanie goryla w Afryce – kropka błękitna - to właśnie tam jedziemy, zdjęcie z www.tigerhomes.org]


Filmików z gorylami na YouTube już się naoglądałam. W teorii, na sucho, wydaje mi się, że potrafię to sobie wyobrazić. Naczytałam się, jak należy się zachowywać i że goryle ot tak, same z siebie nie atakują, że gdyby przyszło co do czego, to najpierw będzie demonstracja siły, walenie w klatę, potrząsanie drzewkami, a dopiero potem, jeśli w ogóle, stałoby się coś, co bardzo nie chcę, by się stało, ale czego nawet nikłe prawdopodobieństwo, że się stanie, że się wydarzy, nie zmieni mojego w tej sprawie zdania.

Bo podobnie do tej pary Holendrów, jakoś mam wrażenie, że spotkanie z gorylami będzie tego warte.

Na koniec, ciekawy reportaż ze spotkania z gorylami w Górach Wirunga: Spotkanie z gorylami w Górach Wirunga...

15:50, mobile_mon , DRK
Link Komentarze (4) »
sobota, 20 grudnia 2014

Decyzja o powrocie do Afryki wydawała się oczywista.

Bo z Afryką to chyba trochę tak, jak z Indiami... powiadają przecież, że w Indiach można albo zakochać się od pierwszego wejrzenia, albo je znielubić, znienawidzić wręcz, nigdy więcej do nich wracając.

Do Indii nie wrócę, ale do Afryki tak i owszem. I to już niedługo.

Skąd pomysł na kraje? Jak je wybrać, bo wybrać przecież coś trzeba?

Sama nie wiem... ot nagle (dokładnie w pociągu relacji Moje Wielkie Miasto – Leszno) przyszła mi do głowy myśl "why don't we go to Rwanda?" (na dodatek po angielsku, ta myśl, przyszła...). Parę maili, kilka rozmów, rozważań, chwila zastanawiania się czy na pewno, czy to ten kraj, później czy to te kraje (i czy aby na pewno) i koniec końców wylatujemy. Za pięć tygodni.

Uczestnicy wyprawy:

- AgaWu

- Piotr

- mobile_mon

Dla Piotra szacunek i podziw mam wielki – pierwszy wypad poza Europę i tadam! – Conradowskie "Heart of Darkness".

Jaki jest plan?

Wylądujemy w Kigali, gdzie spędzimy jeden dzień i skąd wyruszymy do Demokratycznej Republiki Konga. Tam w Gomie będzie czekał na nas lokalny transport, którym udamy się do Parku Narodowego Virunga na spotkanie z gorylami górskimi!

[Zdjęcie ze strony virunga.org]


Z Gomy przeprawimy się promem przez jezioro Kivu do Bukavu, skąd wrócimy na teren Rwandy, gdzie będą czekały na nas takie urocze miejsca jak Parki Narodowe Nyungwe i Akagera oraz... (już nieurocze) miejsca upamiętniające ofiary ludobójstwa z 1994 r.

Co już mamy?

Najważniejsze – wizy wielokrotnego wejścia do Rwandy załatwione w ambasadzie w Berlinie. Wizy do DRK (ważne wyłącznie na terenie parku oraz miejscowości Goma i Bukavu) będziemy załatwiali przez Park Narodowy Virunga na początku stycznia. Przy formalnościach wizowych rezerwacja biletu na samolot (tradycyjnie Turkish Airlines: Berlin-Stambuł-Kigali) czy hotelu w Kigali (tylko na pierwszą noc) to już nic innego jak przysłowiowa pestka.

Co jeszcze musimy zrobić?

Przepatrzeć trasę, krok po kroku, szczególnie na początku, po przyjeździe, rozważyć przypadki, gdy coś może pójść nie tak (co wtedy zrobimy?) i ogólnie przygotować się, mentalnie, że chwilami będzie ciężko, a w Kongu to już na pewno. Że Kongo to będzie jeden wielki hard-core.

Literatura przedwyjazdowa

Rwanda:

Dzisiaj narysujemy śmierć – Wojciech Tochman

Nagość życia. Opowieści z bagien Rwandy – Jean Hatzfeld

Sezon maczet – Jean Hatzfeld

Strategia antylop – Jean Hatzfeld

We Wish to Inform you that Tomorrow we will be Killed with our Families. Stories from Rwanda – Philip Gourevitch

Przewodnik wydawnictwa Bradt

blogi/fora

Demokratyczna Republika Konga:

Dancing in the Glory of Monsters. The Collapse of the Congo and the Great War of Africa – Jason Stearns

Rozdział przewodnika Lonely Plant po Wschodniej Afryce poświęcony DRK

blogi/fora

Goryle:

Gorrillas in the Mist: the Story of Dian Fossey

Zasoby YouTube, dla uśmiechniętej paszczy "Touched by a Mountain Gorilla"!


18:40, mobile_mon , Rwanda
Link Komentarze (6) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 25
| < Grudzień 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            
Ulubione: Blogi podróżnicze