sobota, 23 lutego 2013

Obciążenia na nogi zakładam bez zbytniego entuzjazmu. Wiem, są potrzebne, dzięki nim będzie mi w górach łatwiej. Wystarczy, że po pięciu przelotach z 1.5 kg na nogach zrobię jeden bez – i to już nawet przelot nie jest – niczym piórko wiatrem niesione się czuję.

Tak więc zakładam te obciążenia na nogi, zapinam je na rzepy, wstaję, wyprostowują się, polar zarzucam, szalikiem się obwiązuję (za oknem zima nieubłagana nadal panuje) i kątem oka na zegarek zerkam. Jest przed siedemnastą. Na nogach jestem godzin dokładnie dwanaście – o piątej, zdziwiona, że to już, dziś wstałam. I tak dzień ten się toczył, to w pracy, to w tramwaju, to w przychodni lekarskiej, gdzie po receptę na antybiotyki (a nuż mi się przydadzą) zajrzałam; i tak biegnę przez ten dzień cały, niedosłownie, oczywiście, bo jakże w pełnym ścisku tramwaju biec można?, gdy pora na bieganie dosłowne nadchodzi – i cieszę się, radością piątkową się cieszę, buty do biegania zakładając.

Trenuję w wieżowcu, w którym nie mieszkam. Na początku czekałam, aż ktoś wyjdzie/wejdzie – niby niechcący, ot tak, przypadkiem pod drzwiami się wtedy zjawiałam i do środka wchodziłam. Wraz z nadejściem pierwszych podmuchów lodowatych wiatrów sprawy z lekka zaczęły się komplikować – nie miałam już takiej ochoty pod drzwiami stać i z nóżki na nóżkę przestępując warować, aż któryś z mieszkańców drzwi otworzy, aby niepostrzeżenie się weń do budynku dostać i w spokoju ducha trenować. Stwierdziłam więc, że klucz własny uzyskam – tylko jak to zrobić? Przecież żaden z mieszkańców obcej osobie kluczu do drzwi wejściowych nie da! Chwyciłam więc za telefon, do administracji wyłuszczając swoją prośbę zadzwoniłam i, jako że administracja w żaden sposób w sprawie tej pomóc mi nie mogła (ze zrozumieniem albo i jego brakiem pani tylko głową pokiwała, wyobrażam sobie), dała mi numer do budynku zarządcy, który, ku bezbrzeżnemu mojemu zdziwieniu wyrozumiałością niedoścignioną się wykazał i zarządził, abym za dwie godziny pod budynkiem się stawiła, to klucz do dorobienia mi przekaże.

Tak też się stało, tamtego, coraz bardziej jesienno-zimowego dnia pod drzwiami wieżowca z zapałem się stawiłam. Nikogo nie było ani na zewnątrz, ani w środku (wykręcając głowę co się zowie do wewnątrz przecież zajrzałam), czapkę więc na głowę mocniej naciągnęłam, rękawice poprawiłam, nóżkami zatupałam na długie czekanie się nastawiając. Minęło raptem minut kilka, gdy na rachitycznym rowerze marki Wigry (koloru już nie pamiętam) podjeżdża starszy pan znacząco w moim kierunku spoglądając. Podchodzę więc do niego pytając czy to może pan zarządca – okazuje się, że tak, że zarządcą jest, że z tym kluczem to żart żaden nie był, po czym klucz właściwy, tak dla mnie cenny, tak dla mnie istotny, z pęku dźwięczących kluczy wysupłuje i podaje mi go pytając czy w ciągu dwóch godzin zwrócić bym mu go mogła. Będzie go pan miał z powrotem nawet za godzinę – odpowiadam.

W taki to oto sposób klucz do Wieżowca zdobyłam.

Jest to ostatnie zadanie na dziś, ten trening – w myślach sobie powtarzam. Nie to, że mi się chce, nawet bardziej mi się nie chce, niż chce; nie to też, że chce mi się coś innego – po prostu nic mi się nie chce, a już najmniej to z obciążeniem w ten piątek biegać mi się chce.

Nie mam daleko od siebie. Wychodzę, w prawo i w lewo skręcam, jakoś tak, już sama dokładnie nie pamiętam, już tyle razy tą drogę do Wieżowca pokonywałam, że gubię się w tych obliczeniach, ile skrętów w prawo, ile w lewo, jak daleko do końca, czy to już, czy jeszcze nie. Zazwyczaj jest pusto, w Wieżowcu, na dole przynajmniej. Zazwyczaj witam się z windami, ściągam czapkę i rękawiczki (o tej porze roku), zdejmuję polar i bluzę, wszystko układam na bagażniku zaparkowanego koło wind roweru, zawiązuję sobie polar na biodrach, bluzę z rękawiczkami i czapką w bagażniku zostawiam i za krótką rozgrzewkę się zabieram. Tym razem jest jednak inaczej – wchodzę i zamiast z windami z dwoma panami policjantami się witam. Młodsi ode mnie, na kogoś czekają.

- Ale pani gorąco! - starszy, bardziej gadatliwy, wita się ze mną, gdy za rozbieranie się zabieram.

- Gorąco to mi się zaraz zrobi – odpowiadam bez zbytniego entuzjazmu. Jednak policjant nie odpuszcza i koniecznie chce się dowiedzieć, w jakim celu tak biegam, i że bieganie to w ogóle fantastyczna rzecz, z czym nie zgodzić się nie mogę, a już rzecz najlepsza z najlepszych to bieganie zimą w lesie. Tego argumentu zbić nijak nie potrafię, ba, bieganie zimą w lesie od lat mi się marzy, ale że jako lasu w centrum mojego dużego miasta brak i o żadnych planach wybudowania takowego lasu nie słyszałam, to bieganiu po ulicach i naturalnie w Wieżowcu z zapałem się oddaję.

Panów policjantów zostawiam, niech nadal czekają na kogo czekać mają, jednak oboje się żegnają i z budynku wychodzą. Zaczynam pierwszy przelot – te pierwsze są najtrudniejsze, mimo rozgrzewki ciało jest oporne, wysiłkowi poddać się nie chce, walczy, uniki robi, okoniem staje; jednak nie odpuszczam, w piątki wyjątkowo zawzięta jestem i przelot swój kontynuuję. Pierwsze i drugie piętro, a jest ich jedenaście, ciche i spokojne, ale na trzecim, o matko! na piętrze trzecim ktoś przepyszny kapuśniak gotuje! I rozchodzi się zapach, ten tak niemożebnie nęcący zapach po całym korytarzu się rozchodzi, nad schodami się snuje, że aż przyspieszam, tempo kroków zwiększam, chcę jak najszybciej na piętrze czwartym, od kapuśniaka wolnym, się znaleźć.

Z czasem w Wieżowcu poznałam „wieżowcowych znajomych”. W środy po południu na piętrze czwartym starszy pan chodzenie z balonikiem ćwiczy, po przywitaniu się zazwyczaj żartem na temat istoty i wagi ćwiczeń fizycznych się wymieniamy. Z kolei na piętrze siódmym zatrzymuję się prawie za każdym razem. A to z panią z mieszkania po prawej stronie sobie pogadam, na pytania jej odpowiadam ile dziś biegam, ile mi jeszcze zostało, i co będę robić jak już w La Paz wyląduję; innym razem słów kilka zamienię z panem z mieszkania po lewej, co właśnie papierosy na rzecz fajki zarzucił; w inne z kolei dni na piętrze jedenastym na krótką pogawędkę przerwę sobie zrobię.

Fantastyczny to Wieżowiec, niesamowita z nim moja przygoda. Z policjantami, panem z balonikiem i ulubionymi sąsiadami z piętra siódmego.

13:18, mobile_mon , Boliwia
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 17 lutego 2013

Jak ten czas szybko leci... Dopiero co przygotowywałam się do swojej pierwszej podróży do Ameryki Południowej, do Ekwadoru i Peru, a oto za dwa i pół miesiąca wracam na ten piękny kontynent, tym razem do Boliwii. Skąd Boliwia?

A stąd, że po doświadczeniu wejścia na Cotopaxi w Ekwadorze, zapragnęłam wrócić w wysokie góry, wrócić w Andy, zobaczyć raz jeszcze to, co ujrzałam tam, to zmrożone, wiatrem smagane i słońcem wygłaskane piękno. Na początku nie bardzo wiedziałam, gdzie chcę wrócić, wszystko, czego byłam pewna, to że chcę zrobić to jak najszybciej. Przez chwilę zastanawiałam się nad Kolumbią, aby prawie na sam koniec mojej podróży, z Isla Taquile na jeziorze Titikaka, spojrzeć na lekko rysujące się na horyzoncie góry Cordillera Real - i już wiedziałam, już pewna byłam, że południowoamerykańskim krajem, do którego wrócę, będzie Boliwia.

Taka podróż to nie tylko wgląd w siebie, w to kim jestem, nie tylko odpoczynek i momentami ciężka, fizyczna robota, ale to także kilkumiesięczna (w tym konkretnym przypadku) przygoda z danym krajem. Z Boliwią. Z kraju, o którym poza ogólnikami nie wiedziałam tak naprawdę nic, stała się Boliwia miejscem, o którym z każdym dniem, z każdym tygodniem i każdym miesiącem wiem coraz więcej. W tym zakresie nieocenioną pomocą okazały się książki, przede wszystkim "The Land of Fire: Resource Wars and Social Movements in Bolivia" Benjamina Dangla i "Dignity and Defiance: Stories from Bolvia;s Challenge to Globalisation" w opracowaniu Jima Schultza i Mellisy Crane Draper, prasa online czy YouTube. Aby móc swobodnie porozumiewać się na miejscu, cały czas szlifuję swój hiszpański, aczkolwiek w tym roku mniej zajadle i intensywnie, niż w zeszłym - teraz priorytetem jest zdobywanie wiedzy i trenowanie swojego ciała.

No tak, moje biedne ciało, od końca października przechodzi katusze, kiedy zmuszam je do biegania po schodach z 1.5kg obciążeniem, biegania po mieście, robienia pompek (w okrojonej wersji, haha!), ćwiczenia z ciężarkami. To nie jest tak, że mi się chce, że pałam entuzjazmem a na trening wychodzę żwawym krokiem z uśmiechem na twarzy. Wręcz przeciwnie, często wolałabym spędzić wieczór w domu, szczególnie teraz, przy tej mało zachęcającej do jakiejkolwiek, poza spaniem i leniuchowaniem, aktywności. Ale decydując się na powrót w Andy wiedziałam, w co się pakuję. Tak, to czego ostatnia przygoda z Andami mnie nauczyła, to wytrwałość, skupienie się na dążeniu, mimo niewygody i chęci na coś zgoła innego, krótkotrwałego acz przyjemnego.

I ostatnie spostrzeżenie na dziś - Andy i Ameryka Południowa zmieniły moje postrzeganie tego, co jest możliwe. To pojęcie jakby się rozrosło. Rok temu bałam się sama jechać na inny przecież kontynent, a teraz myślę, że podróże w najdalsze zakamarki naszego świata i wspinanie się na pięcio- i sześciotysięczniki to coś jak najbardziej naturalnego i w zasięgu ręki. Jeśli tylko się chce :)

12:27, mobile_mon , Boliwia
Link Dodaj komentarz »
1 ... 11 , 12 , 13
 
| < Listopad 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30      
Ulubione: Blogi podróżnicze