środa, 22 stycznia 2014

Autobus do Bahir Dar odjeżdża wcześnie rano – aż za wcześnie, bo ok. 5ej rano („faranji time”) z placu Meskal. Taksówkę zamawiamy więc na czwartą, żeby mieć jeszcze jakiś margines czasu na zadziałanie w przypadku, gdyby hotel nawalił. Hotel jednak nie nawala i faktycznie przed czwartą czeka na nas taksówka. Koszt: 150 birr.

Trochę się boję tej podróży. W końcu to ok. 10 godzin w autobusie, a ja czuję się dość nieswojo – jakieś gardłowo-nosowo-żołądkowe sprawy. Możliwe, że to przez picie tedżu, lokalnego „miodu pitnego”. Poprosiłyśmy jednego z pracowników hotelu, by nam przyniósł butelkę (knajpy podające tedż nie jest łatwo znaleźć) i po rozlaniu dla niepoznaki do kubków oto czym raczyłyśmy się pewnego wieczoru:

[Tedż]

Jednak podróż do Bahir Dar okazuje się całkiem znośna. Jedyną niedogodnością jest fakt, że nasze miejsca mieszczą się na końcu autobusu (gdy kupowałyśmy bilety, były tylko trzy wolne miejsca) – część drogi spędzam więc z podkurczonymi nogami. Sprawy poprawiają się w Debre Mekanos, gdzie wysiada kilka osób i gdzie mogę przesiąść się na siedzenie ze standardową pojemnością na nogi.

Trasa wiedzie przez wioski i miasteczka, taki typowy afrykański krajobraz: oto poboczami w różnych kierunkach zmierzają lokalni mieszkańcy, niektórzy poowijani, kryjąc się najpierw przed porannym chłodem a później przed morderczym słońcem południa, niektórzy boso, jedni śpieszą gdzieś celowo – to głównie kobiety, taszcząc ładunek, np. wodę lub drewno na opał, inni wałęsają się gdzieś bez celu – to głównie mężczyźni – siedzą, rozmawiają, przypatrują się nam. I dzieci. Gdy tylko autobus się zatrzyma (a raz po raz musi, toaleta nie działa), pojawiają się nie wiadomo skąd. „Birr, birr” - wołają, wyciągając ręce.

Nagle bach, stajemy gdzieś na bezdrożach. Po chwili okazuje się, dlaczego. Przyczyna jest całkiem prozaiczna – oto złapaliśmy gumę. Nikt się tym jednak zbytnio nie przejmuje, każdy traktuje to jako przerwę na wyciągnięcie się na spalonej słońcem trawie. Gdy więc pasażerowie odpoczywają, kierowca i parę innych osób przystępują do zmiany koła. Bez specjalistycznego sprzętu, jak np. podnośnik, radzą sobie wyśmienicie i nie mija pół godziny, gdy ruszamy dalej.

[Wymiana koła gdzieś na etiopskich bezdrożach]

Po Addis, Bahir Dar to ulga. Nikt za nami nie lata, a jeżeli już się zdarzy „faranji!faranji!”, to odkrzykujemy „Ethiopian!Ethiopian!” i od razu robi się wesoło, paszcze uśmiechnięte. Na początek wybieramy się do portu – źródła mówią, że po południu kursuje łódka na cypel Zege, na którym znajduje się jeden z monastyrów, które chciałybyśmy zobaczyć. Na nic jednak zdają się nasze negocjacje – albo dziś ten prom nie kursuje, albo nie chcą nam sprzedać biletu (a rozmawiamy nawet z menadżerem portu) – wycieczkę do klasztorów organizujemy więc przed nasz hotel – Ghion.

Przed monastyrami odwiedzamy jeszcze stację autobusów – nauczone doświadczeniem z Addis (do Bahir Dar chciałyśmy wyjechać dzień wcześniej, ale nie było już biletów), planujemy kupić bilet na następny dzień do Tis Isat i na piątek do Gonder. Nie jest to jednak sprawa prosta – w całym miejscu nie ma ani jednego słowa w alfabecie, który potrafiłybyśmy odczytać. Kłębi się za to tłum pasażerów, kierowców, osób, które bardzo chcą nam pomóc. Koniec końców ustalamy, że busy zarówno do wodospadów Błękitnego Nilu jak i do Gonder odchodzą rano i jak przyjdziemy wystarczająco wcześnie, to bilety dostaniemy.

Ze stacji udajemy się jeszcze na lokalny rynek. W porównaniu z Merkato w Addis Abebie, rynek w Bahir Dar jest niewielki, ale przez to przyjemniejszy i bardziej ujmujący. Ponieważ właściwie nie można się na nim zgubić, zapuszczamy się w różne zakamarki i stoiska sprzedające przyprawy, chili, miód, trzcinę cukrową czy przerabiające zużyte opony np. na sandały.

[Smakowanie trzciny cukrowej]

[Przerabianie zużytych opon na obuwie i inne przedmioty codziennego użytku]

[Ziarenka kawy...]


[W etiopskich szatkach...]

Popołudnie to już czas na klasztory na jeziorze Tana. Otóż jest ono nie tylko największym jeziorem Etiopii oraz źródłem Nilu Błękitnego, ale także domem dla klasztorów porozrzucanych na ok 20 wysepkach. My odwiedzamy trzy monastyry, z których największe wrażenie robi na mnie ten pierwszy, położony na półwyspie Zege Ura Kidane Meret. Wszystkie klasztory mają formę okrągłą, osobne wejścia dla kobiet i mężczyzn (choć odrębnym wejściem wchodzimy tylko w jednym) i składają się z dwóch części: zewnętrznej, gdzie podziwiać można malowidła scen biblijnych, oraz wewnętrznej, gdzie znajduje się ołtarz i przechowywany jest tabot, replika Arki Przymierza – to miejsce jest jednak dla nas niedostępne i możemy się tylko zastanawiać, jak wygląda ono od środka.

[Ura Kidane Meret]



[Malowidła ze scenami biblijnymi w Ura Kidane Meret]

W rejsie powrotnym odwiedzamy jeszcze początek Nilu Błękitnego. Wypatrujemy hipopotamów – podobno upodobały sobie to miejsce do harcowania, jednak nie mamy szczęścia: tego wieczoru, a jesteśmy tam o zachodzie słońca, wszystkie się pochowały. Zgłodniałe, z portu ruszamy prosto na miasto. W jednej z wielu restauracji zamawiamy po piwie i injerze (ja tegamino, Aga – fir fir. W przeniesieniu na polskie realia injera fir fir to jakby kanapka z chleba z pokruszony chlebem i pomidorami). Jednak w drodze powrotnej do hotelu wszystko wygląda tak inaczej, tak nie do poznania, że aż nie jesteśmy pewne czy czasem nie minęłyśmy naszego hotelu. Jako że wątpliwości te nachodzą nas, gdy mijamy dwóch uzbrojonych żołnierzy, postanawiamy podpytać, w którą stronę jest Ghion Hotel. Odpowiadają, że za nami, gdy się jednak cofamy, lekko zdezorientowane, ktoś nagle biegnie za nami krzycząc „helo!helo!”. To jeden z żołnierzy – podali nam błędny kierunek i teraz odprowadzają nas prosto pod bramę hotelu. Śmiejemy się, że biedne faranji się zgubiło i potrzebna była uzbrojona eskorta, by bezpiecznie dotarło do swojego noclegu.

Plany na jutro: wodospady Nilu Błękitnego i pałac cesarza Hajle S.

20:39, mobile_mon , Etiopia
Link Komentarze (3) »
niedziela, 19 stycznia 2014

Tak naprawdę, to wszystko zaczęło się od powiedzenia „When in Rome, do as the Romans do”, a raczej od jego wersji dostosowanej do warunków etiopskich, czyli „When in Ethiopia, style your hair the way Ethiopian women do”. Jednym słowem – zamarzyły nam się warkoczyki na styl etiopski.

Gdzie sobie takie zapodać? Pytamy w jednym z salonów fryzjerskich, na który natykamy się w wąziutkiej uliczce gdzieś w okolicach Muzeum Narodowego. Być może zaszwankowała komunikacja (ćwiczyłam swój amharski), a być może salon ten niewielki specjalizował się wyłącznie we włosach afrykańskich, bo na wypowiedziane przeze mnie po amharsku pytanie „ile kosztuje” wskazując na warkoczyki Agi zrobione jeszcze w Polsce, pani fryzjerka odkrzyknęła „no!no!no!”, kręcąc zamaszyście głową.

No cóż, bywa i tak. W żaden sposób niezniechęcone, zamierzamy zasięgnąć przysłowiowego języka u siebie w hotelu. Następnego dnia rano rozmawiamy z paniami z kuchni i z jedną umawiamy się na plecenie warkoczyków następnego dnia rano. Jednak tego następnego dnia rano sprawy się z lekka komplikują. Otóż okazuje się, że rano, to nie znaczy ani o 11ej (pierwsza wersja), ani o 12ej (druga wersja), tylko później, czyli w nieokreślonej przyszłości.

Jest takie powiedzenie, że biali mają zegarki, a Afrykańczycy mają czas. I tutaj do czasu faktycznie wyczuwa się podejście zgoła inne. Autobusy odjeżdżają jak pełne, a na konkretną godzinę umówić się trudno. Na dodatek w Etiopii istnieje inny system czasu, umawiając się więc na daną godzinę warto upewnić się czy w czasie etiopskim, czy zachodnim. Jak on działa? Otóż godzina zero to 6:00, godzina wschodu słońca. Godzina 1:00 to nasza 7:00, czyli pierwsza godzina z promieniami słońca. 2:00 to nasza 8:00 itd. Sensowne, prawda?

Gdy więc drugie nasze podejście do splecenia sobie włosów nie wypala, postanawiamy udać się na dalsze obchody Timkat. Być może fama się po hotelu Baro rozeszła, być może komuś nagle myśl do głowy przyszła, że być może dwie dziewczyny z pokoju 111 mają ochotę ufryzować się na styl etiopski, bo nagle ktoś puka – to dziewczyna z obsługi z pytaniem czy chcemy sobie zapleść warkoczyki. Potwierdzam, na to ona, że nas zaprowadzi w odpowiednie miejsce, mamy tylko za nią iść. Zbieramy się raz dwa i wyruszamy. Mijamy rondo De Gaulla, katedrę św. Jerzego i zagłębiamy się w labirynt wąskich uliczek, które momentalnie witają nas mieszanką zapachów, tych przyjemnych, np. palonej kawy, po te odrzucające (chyba nie muszę pisać, jakie). Próbujemy zapamiętać, gdzie kiedy skręcamy, by móc potem wrócić do hotelu, jednak te wszystkie ulice i uliczki, te zaułki i zakamarki, te skręty i zakręty są tak do siebie podobne, że raz dwa tracimy orientację. Wrócimy taksówką, obiecujemy sobie.

W taki oto sposób trafiamy w gościnę do etiopskiej rodziny. W niewielkim pokoiku, za którym kryje się sypialnio-kuchnia, siedzi rodzina dziewczyny z naszego hotelu. Piją kawę. To cała ceremonia, zawierająca parzenie kawy na niewielkiej patelence nad żarzącymi się węglikami i późniejsze jej rozlewanie do filigranowych filiżanek. Cholernie mocna, w smaku i aromacie nie przypomina kawa etiopska niczego, co znam w Europie. Jest inna. Pyszna. Żeby nie rzec – najpyszniejsza.

Niestety, a może i stety – pani, która miała nam warkoczyki w stylu etiopskim upleść, nie ma. Powód – święto Timkat. Wymieniamy więc jeszcze kilka słów i wychodzimy – nie musimy brać jednak taksówki, bowiem dziewczyna z hotelu odprowadza nas do miejsca, które znamy i gdzie już się nie zgubimy. Na warkoczyki umawiamy się na dzień następny w hotelu na 8:00 wieczorem, czyli 14:00 naszego czasu. Czy ktoś się pojawi? Nie mamy zielonego pojęcia. Jakkolwiek by nie było, wyjątkowe to było doświadczenie, ta zupełnie spontaniczna i niezaplanowana wizyta u etiopskiej rodziny.

[Timkat, Addis Abeba]

Timat, Addis Abeba

[Ładowanie baterii w Addis]



18:21, mobile_mon , Etiopia
Link Komentarze (2) »
sobota, 18 stycznia 2014

Po Addis poruszamy się transportem lokalnym. Podobnie jak w krajach Ameryki Południowej, w Etiopii kursują autobusy (zabierające tylu pasażerów, ilu wejdzie), busiki (mieszczące tylu pasażerów, ilu da radę zmieścić się na siedzeniach) i zwykłe taksówki. Wszystkie te środki transportu płyną wartkim strumieniem i cały myk polega na tym, by znaleźć właściwy. Nie jest to jednak takie proste – oznakowania bowiem na tych wszystkich busach i busikach oraz na przystankach autobusowych są w j. amharyjskim, czyli nie mówią pasażerowi przybyłemu z dalekiej Europy nic, ale to absolutnie nic (no chyba że włada amharyjskim, w którym to my znamy dokładnie trzy słowa, tj. cześć, przepraszam i dziękuję).

W sytuacjach tego rodzaju radzimy sobie różnie. Dziś z rana wybrałyśmy się na Merkato, jak już wspomniałam rzekomo największy targ w bodajże Afryce Wschodniej. Busiki do Merkato odchodzą z placu De Gaulla. Jak tylko się pojawiłyśmy, zaczęłyśmy rozpytywanie, który to busik jedzie na Merkato, wszyscy nam jednak wskazywali, by lekko się cofnąć i tam busików do Merkato szukać. Tak zrobiłyśmy, jednak nadal żadnego busiku nie mogłyśmy znaleźć (a sobota jest dniem targowym, więc dość często powinny kursować). W pewnej chwili sama zaczęłam nawoływać nasz kierunek, tj. „merkato! merkato!” w nadziei, że jeśli to nie pasażer znajdzie busa, to choć bus znajdzie pasażera, i chociaż nic takiego się nie wydarzyło, to być może widok „faranji” wołającej busa takie rozbawienie wywołał, że ktoś do nas podszedł i pomógł nam znaleźć odpowiedni środek transportu, na dodatek trzymając dla nas miejsca obok kierowcy.

A te miejsca są najlepsze. Koło kierowcy będziemy tego dnia jechać jeszcze raz, w drodze powrotnej. Też ktoś nam pomoże, pewna kobieta, na stałe mieszkająca w Stanach a w Etiopii odwiedzająca rodzinę. Gdy podjedzie właściwy autobus, krzyknie „here! here!”, po czym prawie że siłą wepchnie nas do środka, tuż obok kierowcy, którzy szmatką przetrze jeszcze skrzynię biegów, na której mam usiąść. Takie małe rzeczy tworzą całość. Takie niewielkie rzeczy długo się pamięta.

[Czekając na transport]

[Święto Timkat]

[Aga i Mon na Timkat]

Praktycznie rzecz biorąc:

- busiki z Piazza na Merkato odjeżdżają z ronda De Gaulla. Aby złapać bus powrotny, trzeba zejść niżej miejsca, gdzie się wcześniej wysiadło, skręcić w lewo do tyłu i podejść wyżej. Brzmi niejasno, ale na miejscu wiadomo, o co chodzi;

- biura Selam Bus i Sky Bus są teraz przy placu Meskal. Bilety warto kupować jak najwcześniej. Kupując w sobotę udało nam się znaleźć wolne miejsca dopiero na wtorek.

19:08, mobile_mon , Etiopia
Link Komentarze (5) »
piątek, 17 stycznia 2014

W Addis zatrzymałyśmy się w hotelu Baro. Początkowo rezerwację, na szczęście na słowo i bez żadnej wcześniejszej wpłaty, zrobiłyśmy w Taitu Hotel, jednak zachowali się tam dość niefajnie i pokój okazał się w tak kiepskim stanie, że zdecydowałyśmy się po prostu „pójść sobie” i poszukać czegoś lepszego. W taki sposób trafiłyśmy do Baro.

W porównaniu z Taito, Baro jest super. Pokój czysty, pomalowany, w łazience woda gorąca (choć okno musiałyśmy zamknąć taśmą klejącą), WiFi śmiga, aż miło. Jednak z tego, co zobaczyłam, takie sympatyczne pokoje są tylko w części od wejścia na lewo – te na wprost, za tarasem, to klaustrofobiczne klitki.

[Innowacyjne użycie taśmy klejącej w łazience w hotelu Baro, Addis Abbeba]

Addis słynie z drobnej przestępczości i mimo że podobne stwierdzenia padają także względem krajów Ameryki Południowej, to muszę powiedzieć, że mimo iż zjeździłam kawał Ekwadoru, Peru i Boliwii, to nigdzie, ale to nigdzie nie spotkałam się z atakami tak intensywnymi, jak tutaj. Proces wygląda mniej więcej tak: zbliża się chłopiec albo grupa chłopców (dziewczynek jeszcze nie spotkałam) z jakimś ubraniem czy szmatą w ręku, czym następnie celują tam, gdzie prawdopodobnie coś masz. Może to być torba, wybrzuszenie na ubraniu (czyli pod spodem jest saszetka), kieszeń, a drugą ręką ciebie ciągną, łapią, trącają, cały czas wrzeszcząc „birr, birr!” albo „sister! sister!”. Myk polega na tym, że jak tylko spróbujesz odtrącić rękę, która ciebie trzyma, to drugi zaraz będzie starał się dobrać do torby czy kieszeni. Jedyny sposób, jaki na takie ataki mamy, to po prostu trzymać dzielenie swoje rzeczy, w żadnym ale to absolutnie żadnym razie ich nie puszczać i "walić prosto do przed siebie". Prędzej czy później mali kieszonkowcy odpuszczą.

Dziś przy rondzie De Gaulla przyczepił się do nas taki właśnie ogon. Zastosowałyśmy swoją taktykę, ale atak tego rodzaju jest tak stresujący, a być może wciąż widać po nas, że sobie jeszcze w takich sytuacjach nie radzimy, że przyczepiło się do nas dwóch gości w dredach i jeden z nich zdzielił jednego z chłopaszków przez łeb, aż huknęło. Ci natychmiast się rozpierzchli a goście w dredach nas ostrzegli, że jako białe kobiety, jesteśmy cały czas na celowniku. „More guys like you in Ethiopia” - tylko tyle im powiedziałyśmy. Albo nam pomogli bezinteresownie, albo młodzi adepci zawodu stanowili dla nich konkurencję. Trudno powiedzieć.

Być może coś to w naszej postawie zmieniło, być może inaczej teraz się poruszamy, być może inny mamy wyraz twarzy, ale po południu ani na ul. Adwa ani z powrotem na De Gaulla żaden ogon się do nas nie doczepił, choć na Adwa dwóch za nami zaczęło gonić. Zrezygnowali.

Ktoś spyta, dlaczego macie cokolwiek przy sobie, dlaczego nie zostawicie wszystkiego w hotelu? Sprawa jednak nie jest tak prosta, jak by się mogła wydawać. Idąc na pół dnia na miasto jakieś pieniądze trzeba ze sobą wziąć, potrzebna jest też woda, mapa/przewodnik, bluza, itp. A hotel? Bezpieczny też całkiem nie jest. Zdarzają się przecież przypadki, że obsługa się poczęstuje pieniędzmi czy laptopem. Dotąd każdego dnia w Baro przeprowadzałyśmy „test piórka”. Na czym taki test polega? Otóż zostawia się piórko (mamy śpiwory puchowe, piórek więc stała dostawa) lekko schowane na śpiworze lub plecaku, robi się zdjęcie i po powrocie sprawdza się czy ułożenie piórek jest takie samo, czyli czy rzeczy nie były przeczesywane i naturalnie czy nie zaszły żadne zmiany w stanie posiadania.

[Test piórka]

Ponieważ testy piórek poszyły dobrze, a jutro wybieramy się na Merkato, rzekomo największy w Afryce targ, gdzie można nabyć dosłownie wszystko, od broni po wielbłądy, ale także miejsce w Etiopii, gdzie istnieje najwyższe prawdopodobieństwo, że cię „rąbną”, cały dobytek zostawimy w pokoju. Ze sobą weźmiemy tylko na wspólną taksówkę (koszty 3 birr), jakieś jedzenie/picie i kasę na wszelki wypadek – 200 birr ukryte w woreczku w skarpetce w bucie. Jak nas okradną, to i tak będziemy miały jak wrócić. No chyba że zabiorą nam też buty.

Czy to wszystko przeraża? I tak, i nie. Tutaj tak po prostu jest. Gdybym była w Addis dzieckiem ulicy, prawdopodobnie też zajmowałabym się okradaniem białych – ci przecież wydają się mieć wszystko. Ale nie jestem, w tej sytuacji jestem celem, osobą atakowaną. I tak się tutaj bawimy, w kotka i myszkę. Oni chcą nas okraść, a my się nie dajemy.

Ale ogólnie to git malina. Żeby nie było ;) Natomiast jeśli ktoś miałby jakieś sugestie co do odpierania ataków kieszonkowców, to bardzo z Agą docenimy :)

18:04, mobile_mon , Etiopia
Link Komentarze (4) »
czwartek, 16 stycznia 2014

Na Tagel dojeżdżamy zupełnie bezproblemowo. RX jedzie jeszcze z nami U-Bahnem na odpowiednią stację S-Bahnu, życzy powodzenia i tak oto wyruszamy, we dwie na sześć tygodni do Etiopii. Samo w sobie jest Tagel przejrzyste i niezmiernie łatwe „w obsłudze”. Nasz lot nr 1, do Stambułu, odchodzi z A4 na terminalu pierwszym, przepakowujemy więc bagaże, owijamy plecaki w jak się okazuje kolorystycznie zsynchronizowane worki i udajemy się na odprawę. Pisząc te słowa, a klepię w klawiaturę gdzieś na wysokości paru tysięcy metrów nad Aswanem w Egipcie, mam nadzieję, że nasze „bliźniaki”, które to miano oworkowanym plecakom zostało na Tagel nadane, nie rozpierzchły się na różne strony świata, ale są z nami, na pokładzie samolotu nr 2.

[„Bliźniaki” na lotnisku Tagel w Berlinie]

[AgaWu i Mon przed odlotem z Berlina]


Po kabinie przechadzam się raz po raz. Toaleta to jedna sprawa, nogi druga, ale tak naprawdę to, co w tych krótkich po kabinie przechadzkach podoba mi się najbardziej, to kompletne i odjechane zróżnicowanie pasażerów. Z różnych kontynentów, o różnych rysach twarzy, z różną karnacją, od tej najciemniejszej po najjaśniejszą, współprzebywamy na tym pokładzie, pokojowo, bez swarów ani zatargów. Aż ciśnie się na usta pytanie – dlaczego tak nie możemy na skalę większą, na skalę planetarną?

Na lotnisku w Stambule znajdujemy jeszcze kawiarenkę z WiFi. Bardzo mi na tym zależy, bo zasięgu w telefonie nie mam i nie bardzo wiem, dlaczego tak się dzieje – większość bowiem osób dookoła stuka w klawiatury swoich smartfonów dość zawzięcie. Po kilku próbach udaje mi się do WiFi zalogować i daję R znać, że żyjemy i jak na razie wszystko idzie zgodnie z planem. Rozmowę ucina nam w trakcie – oto sieć padła, nie wiadomo, kiedy się podniesie, a do innych sieci niezabezpieczonych zalogować się nie idzie. Nic to, w Etiopii będzie lepiej – pocieszam się, niespiesznie zamykając kompa.

Wtedy włącza się do rozmowy siedzący obok chłopak. Polak, w drodze do Mombassy, na kilka dni. W naszym wieku, ale sadzi do nas na „pani”, „gdzie panie jadą”, „na jak długo” itp. i gdy odpowiadam z entuzjazmem, bo jakże inaczej, że do Etiopii na sześć tygodni (ha!), stwierdza, że „swojej dziewczyny ani żony by nie puścił”, bo do Afryki jeździ regularnie od 2003 r. i „jest coraz gorzej”.

Mam z tym stwierdzeniem problem. Nie z tym, że „jest coraz gorzej”, bo jakże mogę coś w tym zakresie wiedzieć – na kontynencie byłam przecież tylko raz, a i tak w warunkach komfortowych, bez konieczności planowania, załatwiania, negocjowania. To, z czym ten wyżej wspomniany problem mam, to wyrażenie „ja bym nie puścił” (tutaj idealnie następuje metaforyczne uderzenie piąstką w stół lub tupnięcie nóżki z okrzykiem „bo nie!”) i tak sobie myślę, że szalenie cenię ludzi (R...), którzy swoje postawy pod tym kątem komunikują w sposób inny.

PS. Zaczęłam tego posta nad południowym Egiptem, a kończę zbliżając się do Chartumu w Sudanie...

Sprawy praktyczne:

- koszt taksówki z lotniska Bole do centrum Addis Abeby – w godzinach nocnych 250 birr, w ciągu dnia 200 birr i są to stawki stałe. Jeśli w punkcie żółtych taksówek na lotnisku zażądają wyższej ceny (od nas chcieli 400 birr), to warto wyjść i pogadać z taksówkarzami;

- zasięg w stolicy jest lekko mówiąc niestabilny ;)


I na koniec coś wesołego - Mon śpi na ławce na lotnisku. W dość przedziwnym ułożeniu... ;)

08:54, mobile_mon , Etiopia
Link Dodaj komentarz »
| < Kwiecień 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30            
Ulubione: Blogi podróżnicze