środa, 08 lipca 2015

Nowe zakładki, które ostatnio się pojawiły, to Tajlandia i Kambodża, gdzie spędziłam trzy tygodnie w kwietniu i maju...

Wpisów być może nie będzie, ale zdjęcia owszem...

20:39, mobile_mon
Link Dodaj komentarz »
środa, 10 czerwca 2015

Miałam takie marzenie... pomieszkać jakiś czas w Edynburgu i... już za trzy tygodnie tam wyjeżdżam, na miesiąc cały ;)

Czy to znaczy, że marzenia się spełniają? Być może...

Zadyszki strasznej dostał ostatnio mój blog, przyznaję... A przecież od ostatnich wpisów jeszcze w Tajlandii i Kambodży byłam...

No cóż, dajmy mu jeszcze jedną szansę... Bo kiedy słów parę napisać, jak nie ze Szkocji? 

14:52, mobile_mon , Edynburg
Link Komentarze (2) »
niedziela, 29 marca 2015
piątek, 06 lutego 2015

Mordercy przyszli o trzeciej nad ranem. Zaopatrzeni w broń, granaty, maczety, motyki i kije, stawili się karnie u bram szkoły technicznej, by wymordować ok. 50 tys. chroniących się w niej osób.

To tak jakby w ciągu kilku godzin wymordowano wszystkich mieszkańców Dzierżoniowa, dorzucając do tego osoby mieszkające np. w Uciechowie. W ciągu godzin kilka, bo tyle właśnie trwała masakra w Murambi.

Murambi to niewielka miejscowość położona jakieś dwa kilometry na północ od Nyamagabe, dawnego Gikongoro. I to położona malowniczo – oto na okolicznych wzgórzach leniwie pobłyskują blaszane dany ginących w bananowcach domostw, między którymi, niczym węże, wiją się ceglane ścieżki. Na początku kwietnia 1994 r., tuż po tym, jak strącono prezydencki samolot i rozpoczęło się ludobójstwo, Tutsi z regionu ściągnęli do wznoszącej się na niewielkim wzgórzu szkoły technicznej. Jak początkowo ich zapewniano – dla własnego bezpieczeństwa, jednak wkrótce okazało się, że zamiary były o wiele bardziej, o wiele niewyobrażalnie bardziej złowieszcze. Odcięto im wodę, pozbawiono jedzenia, osłabiono. Gdy interhamwe przypuścili pierwszy atak, zostali odparci. Jednak kilka dni później, wsparci przez wojsko, wrócili.

Wrócili dokładnie o trzeciej nad ranem.

Tego dnia w centrum pamięci ofiar ludobójstwa wielu odwiedzających nie ma. Tak naprawdę to przed południem jesteśmy tylko my, wybudzając strażnika i przewodnika z letargu, w który już, w tym palącym rwandyjskim słońcu, zdawali się popadać. Najpierw zwiedzamy część muzealną, przybliżającą wydarzenia prowadzące do kataklizmu z 1994 r., po czym za przewodnikiem kierujemy się do budynków, które kiedyś służyły za sale sypialne uczniów, ale które od prawie dwudziestu lat służą za tymczasowe miejsce spoczynku dla ciał 1,800 pomordowanych.

Ciał w sensie dosłownym. Bowiem gdy rok po mordzie w Murambi rozpoczęto ekshumacje, okazało się, że w wyniku temperatur część ciał została zmumifikowana. Posypano je więc wapniem i na drewnianych stołach wyłożono w dawnych salach sypialnych.

I leżą tam tak od lat prawie dwudziestu. Kobiety, mężczyźni, dzieci, co tamtego feralnego dnia, a był to dzień kwietniowy, znaleźli się w tamtym feralnym miejscu, w szkole technicznej w Murambi, miejscowości skądinąd prześlicznej, i leżą tak, jak ich zamordowano, w przerażeniu, w krzyku, leżą tak ze strachem w oczach, których już nie ma, leżą tak powykręcani, niektórzy ze wzniesionymi rękoma, na wieczność już chroniąc się przed ciosem spadającej maczety, inni z rozwalonymi czaszkami, uciętymi kończynami, albo na pół prawie, rozwaleni, rozczłonkowani.

Leżą tak, w odosobnieniu. Leżą tak w ciszy. Leżą tak w światłem trąconej ciemności. I tylko czasem drzwi do ich grobu otworzą – stanie przy nich przybysz z innego świata. I zaduma się.

Albo i zapłacze.

Mimo że minęło lat ponad dwadzieścia i mimo że Rwanda weszła na nową ścieżkę, rozliczając się ze swoją przeszłością, cień ludobójstwa wciąż niewyraźnie unosi się w powietrzu. Bywa, że wspomni się o tym w rozmowie, jak wczoraj w wiosce niedaleko Muhangi, gdy jedna z kobiet napomknie, że po ludobójstwie brakowało żywności i po jedzenie stało się w długich kolejkach. Jest teraz po czterdziestce, czyli wtedy miała niewiele ponad dwadzieścia lat. Gdzie wtedy była? Co widziała? Kim był jej mąż?

Albo ta kobieta z kolejki na przejściu granicznym, co otwarcie podśmiewała się z naszej nieznajomości konwenansów. Wysoka Tutsi, wyższa nawet ode mnie, w młodości musiała być uderzającą pięknością. Jaka jest jej historia?

Tak, w Rwandzie myśli o ludobójstwie właściwie mnie nie opuszczają. Zastanawiam się, jak w tak przepięknym kraju, wśród tak przesympatycznych ludzi, dojść mogło do czegoś tak nieludzkiego.

[Wejście do szkoły technicznej w Murambi...]

Wejście do Murambi Genocide Memorial Centre

[Sale sypialne w Murambi służące za miejsce tymczasowego pochówku dla ciał 1,800 zamordowanych...]

Sale sypialne w Murambi

08:36, mobile_mon , Rwanda
Link Komentarze (8) »
niedziela, 01 lutego 2015

Totalny rozpierdolnik” - stwierdza AgaWu, gdy zbliżamy się do granicy kongijsko-rwandyjskiej w Bukavu.

Faktycznie, droga staje się coraz bardziej dziurawa i nawet nie o to chodzi, że jest ich więcej, tych dziur, tylko że stają się one jakieś głębsze, bardziej rozległe, zamaszystego objeżdżania wymagające.

Taksówka podwozi nas pod samą granicę. A granica to szlaban i niewielkie budki – do jednej z nich stoi długaśna kolejka Kongijczyków i Rwandyjczyków, jeden za drugim, prawie że do siebie przyklejeni, czekają na odprawę. Coś ciekawego jest w tej kolejce, jakieś inne nią rządzą zasady – bowiem gdy stojąc w kolejce po pieczątkę Rwandy zostawimy garść przestrzeni osobistej, zaraz ktoś się przed nas wciśnie, jak gdyby nigdy nic, i trzeba prostować sprawy, że my też w kolejce, że my też czekamy, tylko na sposób inny, bardziej europejski.

Ale zanim do uporządkowanej Rwandy się dostaniemy, musimy wydostać się z Kongo. Nie bardzo wiemy czy ta jedyna długaśna kolejka jest dla wszystkich, czy tylko dla lokalnych – jesteśmy przecież na granicy jedynymi mzungu, ale nawet nie mamy czasu, by dłużej sytuację poobserwować i się nad tym zastanowić, bowiem zaraz ktoś nas zauważa, wskazuje drogę i podpowiada co robić. Wieści dobre – zamiast do kolejki, mamy stawić się do biura. Wypełniamy więc stosowne karteczki i wchodzimy.

W biurze praca wre, wszelkie dane zapisywane są ręcznie, komputera brak, i jak tak się nad tym zadumam, to pojęcia nie mam, jak oni się w tym wszystkim odnajdują, jak wiedzą, ile osób danego dnia granicę przekroczyło, z jakiego kraju, na jakiej wizie.

Z drugiej strony wyłączenia prądu są tak częste, temperatury tak wysokie a deszcze momentami tak rzęsiste, że komputer i tak by chyba nie wytrzymał.

Trochę się stresuję bo, jak się okazuje, w Gomie wpisali mi złą datę do paszportu, tj. 27/12/2015, zamiast 27/1/2015. Mimo że w Kongu mi się podobało, nie bardzo chciałabym tu zostać. Idę więc na pierwszy ogień, uśmiech przepisowy przepisowy numer jeden, „bon jour”, „ca va?”, biorą mój paszport, wczytują się w wizę no i bach – nie zgadza im się data. Proszą o papier poświadczający przyznanie wizy, przedstawiam, i znowu się wczytują, znowu porównują, ktoś gdzieś wychodzi, z moim paszportem, i co teraz – myślę sobie, zastanawiając się nad metodologią wręczenia łapówki, gdy nagle ten ktoś wraca i... przybija pieczątkę na do widzenia. Uff – dłuższy pobyt w Kongu nie tym razem.

Przejście z Konga do Rwandy to trochę jak przejście z Indii do Nepalu. Ze świata nieładu, dezorganizacji i braku harmonii wkracza się w świat ładu, porządku i równowagi. Dziury w drogach ustępują miejsca gładkiemu asfaltowi, śmieci znikają, odsłaniając piękno krajobrazu, a poczucie niepewności, momentami nawet lekkiego zagrożenia, kompletnie się ulatnia.

[Wypływamy z portu w Gomie...]

[Na jeziorze Kivu...]

[Wpływamy do portu w Bukavu...]

Tuż po powrocie do Rwandy odwiedzamy jeszcze las deszczowy Nyungwe – to marzenie Piotra na ten wyjazd. Poniżej kilka zdjęć i filmików :)

[W lesie deszczowym...]

[W lesie deszczowym...]

[Pozdrawiamy z lasu deszczowego...]


[Plantacje herbaty...]

[Po zakupach...]

[Piotr, małpy i banany...]



[W lesie deszczowym...]

06:24, mobile_mon , Rwanda
Link Komentarze (2) »
piątek, 30 stycznia 2015

Goma...

W kongijskiej dżungli...

06:32, mobile_mon , DRK
Link Komentarze (1) »

Biskup z kierowcą przyjeżdża punktualnie. Dzień wcześniej telefonicznie umawiamy się na 6:30 i proszę bardzo – punkt pół po szóstej rozbrzmiewa klakson.

To biskup. Przyjechał, by odwieźć nas do portu i bezpiecznie załadować na prom.

Kiedy oglądałam topografię Gomy przez google maps, port wydawał się dość oddalony, ale choć satelita wskaże zarys, nie przekaże charakteru uliczek, przez które przejeżdżamy. Potężne jak na warunki miasta Rondo Niepodległości jest jeszcze pokryte asfaltem, ale ten znika, jak tylko z ronda zjedziemy, by przemienić się w drogę pełną wertepów, dziur i innych uskoków, między którymi manewrować trzeba z ostrożnością wielką. Mijamy niewielkie drewniane domostwa przykryte dachami z blachy – tutaj życie toczy się już na pełnych obrotach, trzeba przecież przynieść wodę, być może zrobić coś do jedzenia, odprawić dzieci do szkoły, a jeśli do zrobienia nie ma nic, jeśli dzieci odprawiają się już same, a woda jeszcze z wczoraj została i kolejną bańkę z wodą z jeziora Kivu można przytachać po południu, to po prostu wychodzi się przed dom, i siada, na czymkolwiek, na schodku, na beczce. Albo stoi, i patrzy.

Na zewnątrz przecież przyjemniej, niż w niewielkim, dusznym domku, gdzie średnio mieszka kilka, jak nie kilkanaście osób.

Gomę opuszczamy promem Emmanuelle 2, udając się do Bukavu. Ale jeszcze zanim prom odbije od brzegu, dobijane są ostatnie targi. Kupić można prawie że wszystko: od wody, poprzez krążki sera, zwoje kiełbasek, do wypieków i baniek z mlekiem. Dziewczyny otwierają bańki, głośno zachwalają białość mleka, które sprzedają ale nie, ten akurat produkt dziś schodzi najgorzej - to woda, chlebki i papierosy na sztuki znajdują najwięcej nabywców.

Mi się Goma podobała. Choć może to nie do końca tak – podobała mi się nie tyle Goma, bo to przecież typowy chaos afrykański, miasto borykające się z problemami, takimi jak niestabilność, niebotycznie wysokie bezrobocie, dezorganizacja, brak higieny, kłopoty z dostawą prądu i wody (jeżeli już ktoś ma to szczęście, że jest podłączony do sieci), przestępczość i ogólnie mówiąc Trudne Warunki Życia, co pobyt w tym mieście i jego okolicach. Bo nad miastem góruje potężny, estetycznie idealny Nyiragongo, czterotysięcznik, wulkan co w 2002 r., czyli całkiem niedawno, wybuchł z mocą straszną, niszcząc ok 4,4 tys. domostw i lotnisko. Ale ludzie wrócili i swoje domki, czasem przy użyciu zaschniętej, porąbanej na kawałki lawy, odbudowali. Zresztą lawa wala się wszędzie, na głównej ulicy, przy Rondzie Niepodległości, cały czas ją można znaleźć, a pod murem okalającym siedzibę mera, tuż naprzeciw wejścia do naszego hotelu, leżą całe jej zwały. W kupki poukładane.

Czy to lawa, której użyto do budowy barykad ulicznych w trakcie zeszłotygodniowych zamieszek?

W Gomie swoją siedzibę ma też Park Narodowy Virunga, najstarszy park narodowy Afryki, utworzony na terenie zamieszkałym między innymi przez goryle górskie. Na kontynencie afrykańskim zwierzęta te można napotkać wyłącznie w miejscu, które obecnie leży na terenie trzech krajów: Rwandy, Ugandy i właśnie Republiki Demokratycznej Konga. My zdecydowaliśmy się odwiedzić te ostatnie.

Rodzina goryli, którą odwiedzimy, przebywa w lasach w rejonie Kibumy. Liczy 23 osobniki a jedno z gorylątek otrzymało imię po zabitym strażniku parku. Taką tu mają tradycję.

Najpierw szybki instruktaż. Do goryli nie zbliżamy się na odległość mniejszą, niż osiem metrów, chyba że goryl zdecyduje się zbliżyć do nas. Goryl może też na nas ruszyć dla zabawy, albo żeby zaatakować... Co wtedy? Nie uciekać....

Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić. Jak to, nie uciekać na widok szarżującego goryla? Jeśli nie uciekać, to co?

Pocieszam się myślą, że gdyby taki goryl na mnie zaszarżował, nie dla zabawy, tylko w celu ostatecznym, to to, czy będę uciekać czy nie, nie będzie miało żadnego znaczenia. Bo „silverback”, dorosły samiec goryla górskiego, to zwierz masywny, potężny. Gdyby zaszarżował, szans żadnych.

Przez las przedzierać się mamy ponad godzinę. Przedzierać w sensie prawie że dosłownym, bo choć ścieżka jest wytyczona, to zarasta nieustannie – na przedzie naszej grupy (my, dwójka Niemców i trzech uzbrojonych strażników) idzie dwóch gości z maczetą i rach ciach ciach – torują nam drogę. Ale uważać trzeba – pnącza haczą nam nogi, ostre rośliny kłują po nogach a jeśli, dla równowagi, na mocno pochyłym zejściu albo przechodząc przez powalony pień drzewa chwycisz się jakiejś rosnącej obok podpory nieopatrznie, to puścisz ją jeszcze zanim chwycisz się jej na dobre. Bo kłuje, bo parzy, albo rwie się, brak równowagi tylko pogłębiając.

Pierwszy goryl, którego napotykamy, pożera bananowca. Dosłownie tak: idziemy sobie ścieżką i nagle jakiś cień, jakieś czarne, zwaliste cielsko tarasuje nam drogę. Oto „silverback”, młodszy ale potężny, delektuje się śniadaniem w postaci drzewa bananowego.

Piękny jest, jak tak się w tego bananowca wżera, łapczywie pyskiem się nim nurza. Nagle łypie na nas okiem, przewraca się na bok, do zdjęć pozuje, a proszę was bardzo, po czym do bananowca na chwilę wraca, aby zebrać się i zniknąć w zaroślach.

Wow, nasz pierwszy goryl. Pocieszamy się, że goryle to w końcu wegetarianie i nic nam nie grozi, w końcu bananowców nie przypominamy, ale...

ale jak owego pożartego bananowca mijamy, w chaszczach nagle raban, coś się kotłuje, jakiś czarny cień, jakieś czarne zwaliste cielsko tuż obok nas się szamoce, raban robiąc coraz większy. I tutaj chyba biologia się włącza, bo zanim świadomie pomyślę, że mam nie uciekać, tylko przycupnąć i unikać z gorylem kontaktu wzrokowego, to już w połowie ucieczki jestem – tylko że uciekać nie ma gdzie, wszędzie chaszcze gęste, zwarte, w pułapce nad zamykające.

Gdyby goryl zaszarżować chciał, to by to zrobił. Ale może po prostu focha strzelił, bo przerwaliśmy mu śniadanie?

[Silverback pozuje w przerwie śniadaniowej...]


Następny goryl to też „silverback”, ale tym razem starszy. Tym razem na naszej ścieżce stoi sama głowa rodziny.

Wsparty o gałęzie, patrzy na nas przez chwilę. Patrzymy na niego i my, i tak byśmy pewnie przez czas jakiś okiem na siebie łypali, gdyby nie nagle, bez żadnego wcześniejszego ostrzeżenia, „silverback” nie podniósł się, gdyby całym swym masywnym cielskiem przez gałęzie nie przelazł, idąc prosto na nas...

Mimo że idzie, a nie raban robi, jest tak potężny, jest tak silny, że wszyscy do ucieczki rzucać się chcemy, i do ucieczki byśmy się rzucili, niechybnie, gdyby nie fakt, że uciekać, ani nawet schować się, nie ma gdzie. Nie ma gdzie dosłownie, bo na ścieżce jesteśmy wąskiej i obok nas same chaszcze nieprzebyte. Wciskamy się więc w nie, kto jak może, nieważne, że kłuje, by gorylowi zrobić na ścieżce miejsce, bo ten cały czas idzie, łapa za łapą, prosto na nas, i gdy nas mija, bestia potężna, jest jak na wyciągnięcie ręki, jest tak blisko, że gdybyśmy chcieli, moglibyśmy go dotknąć, ale nikt, w kłujące chaszcze wtulony, nawet o tym nie pomyśli, bo tutaj konwenanse są takie, że jeśli już ktoś kogo dotyka, to goryl człowieka, ale nigdy odwrotnie (a propos zalinkowanego filmiku „Touched by a mountain gorilla”).

Przechodzi i znika w chaszczach, głowa rodziny, potężny „silverback”.

[Głowa rodziny lustruje nas wzrokiem...]


Zobaczymy jeszcze mamę z dzieckiem – pozwoli nam zbliżyć się do siebie bardzo blisko, zobaczymy też inne samice, a na koniec wróci sam olbrzymi „silverback” – na chwilę rozsiądzie się, wraz ze swą gorylą rodziną, po czym wstanie i, masywny jak zawsze, zniknie w czeluściach Virungi.

[Gorylica z gorylątkiem...]


[„Silverback” ze swą rodziną...]


PS Piotr przekazuje, że jak goryl numer jeden robił w chaszczach raban, to w ogóle się nie bał, mimo że co prędko wylądował w krzakach na czymś kłującym, ałć! ;)

06:13, mobile_mon , DRK
Link Komentarze (7) »
wtorek, 27 stycznia 2015

Co my byśmy zrobili bez naszego biskupa?

Ale za nim spotkamy się na granicy między Rwandą a Kongiem, przeglądając blogi poświęcone Kongu napotkam wpis o księdzu, który prowadzi sierocińce w okolicach Gomy oraz kontakt do niego. Nie myśląc wiele, napiszę maila i tak będziemy prowadzić sobie korespondencję, aż umówimy się, że przywieziemy coś dla dzieciaków z sierocińca. Niestety tak się nie stanie, nie tym przynajmniej razem, bowiem tydzień przed naszym wyjazdem wybuchną w Gomie zamieszki i sam ksiądz zasugeruje, że taka wizyta wiązałaby się ze zbyt wielkim niebezpieczeństwem. Dzieci z sierocińca więc nie odwiedzimy. Nie tym razem.

Budzik dzwoni po szóstej. Ale zanim zadzwoni, zanim swym maszynowym zgrzytem mnie obudzi, przez sen słuchać będę porannych śpiewów ptaków. Tak oto wygląda poranek w Kigali.

Jeszcze tylko kawa i banany z herbatnikami Jutrzenki na śniadanie i przyjeżdża po nas taksówka – kurs na dworzec autobusowy.

Zasady działania dworców autobusowych w Afryce, ich podskórny mechanizm, że się tak wyrażę, mamy opanowany. Prędko znajdujemy busik do Rubavu/Gisenyi, ładujemy zawinięte w worek po ziemniakach plecaki, wsiadamy i... jazda!

Bo w Rwandzie jazda jest na styl prawdziwie afrykański. Ograniczenia prędkości nie istnieją, droga wiedzie prosto wyłącznie po to, by kierowca mógł gnać nią jak szalony, a wyprzedzanie pod górę na zakręcie nie stanowi żadnego problemu. Ze wszystkich pasażerów zaniepokojenie jazdą wykazuje tylko trzech. Chyba nie muszę wskazywać, których ;)

O Rubavu/Gisenyi krążą same pozytywne opinie, że piękne to miejsce, że warto spędzić tam trochę czasu, niespiesznie poszwędać się, poobserwować. Pobyć. Być może tak jest, być może tak jest faktycznie, być może Rubavu/Gisneyi przybysza zaczarować potrafi – ale mnie nie oczarowało. Ot przeciętne afrykańskie miasto. Owszem czystsze, ale przeciętne.

Szybka Cola, kolejna taksówka i jazda na Grande Barriere. Z Demokratyczną Republiką Konga w Rubavu/Gisenyi przejścia są dwa: to Petite Barriere i Grande Barriere, z których to ta druga jest większa.

Jak to wygląda? Hmmm... nic szczególnego. W punkcie granicznym po stronie rwandyjskiej wypełnia się „departure card”, po czym podchodzi do okienka i przemiła pani lub też przemiły pan, w zależności, na kogo się trafi, przybija pieczątkę na wychodne. Przy szlabanie po raz kolejny „bon jour, ca va?!”, uśmiech od ucha do ucha, pokazywanie paszportu, a jak człowiek się ładnie zapyta, na dodatek po francusku! (naprawdę nie sądziłam, że jeszcze coś pamiętam...), to nawet pozwolą zrobić zdjęcie znaku informującego, że wjeżdża się na teren Konga.

Jakieś dziesięć metrów i docieramy do punktu granicznego po stronie kongijskiej. Na blogach zawierających posty o przekraczaniu tej granicy znalazłam informacje, że punkt kongijski znaleźć trudno – ale nic z tych rzeczy, wręcz przeciwnie, znaleźć jest go łatwo, a nawet jeśli się to nie uda, to punkt znajdzie nas sam.

I punkt nas znajduje.

Jakaś pani zabiera nam książeczki potwierdzające, że jesteśmy zaszczepieni przeciwko żółtej febrze i kieruje, gdzie mamy iść. Aż tu nagle, nie z gruszki, nie z pietruszki... „Monica”? Ktoś się z nami wita, ktoś lokalny, ale któż to taki? – okazuje się, że nikt inny, ale biskup, z którym prowadziliśmy korespondencję! Dzięki niemu przejście granicy z Kongiem to może nie to samo, co przekraczanie granic w strefie Szengen, ale cały proces jest bardziej przejrzysty, sprawniejszy i nie musimy przyspieszać go... pięciodolarówką dyskretnie włożoną w paszport.

Tak, przekroczenie granicy między Rwandą a Kongiem miało być jednym z najtrudniejszych w historii mojego podróżowania, tymczasem z przejścia odebrał nas biskup kościoła baptystów. Z własnym kierowcą.

I co z tym teraz? ;)

A sama Goma? Chaos na styl afrykański. Ani na tak, ani na nie. Ot. Goma. Po prostu. Nic więcej.

Może to dlatego, że przejechałyśmy kawał Etiopii i swoje widziałyśmy. Dla mnie to właśnie uporządkowana, czysta i bezpieczna Rwanda jest wybrykiem natury a Kongo to standard.

Informacje praktyczne:

- taksówka z dworca autobusowego w Rubavu/Gisenyi – ok 3000 franków

- po stronie rwandyjskiej należy wypełnić „departure card”, zgłosić się do okienka i pobrać pieczątki wyjazdowe

- absolutnie nie robić zdjęć funkcjonariuszom!

- po stronie kongijskiej oddać książeczkę z potwierdzeniem szczepionki przeciw żółtej febrze – do odebrania po uzyskaniu pieczątki do paszportu

- na granicy są taksówki, zarówno samochodowe jak i motorowe.

Odnośnie Gomy:

- wyłączenia prądu są częste więc czołówkę warto mieć zawsze ze sobą

- po zmroku jak na piwo, to tylko do własnego hotelu

Witamy w Kongu!

20:15, mobile_mon , DRK
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 26 stycznia 2015

Pierwsze wrażenia? Niesamowite..

Wysiadamy z dziesięciogodzinnym opóźnieniem – przez mgłę nad Kigali nie mogliśmy wylądować i polecieliśmy do Ugandy. Za to wysiadamy w ciągu dnia – słońce świeci przyjemnie (słońce! w styczniu!), miasto czyste (kilka lat temu Rwanda wycofała plastikowe torby z użycia i efekt jest oszałamiający), swoimi niewielkimi, skończonymi (!) domami pełzające po okolicznych wzgórzach; ciche, ale nie do końca – ma bowiem Kigali swój dźwięk, a raczej swoje dźwięki – np. teraz, a zbliża się 21a, w tle słychać cykady, czasem przemknie jakiś samochód, ale to rzadko – o tej porze samochodów jest już mniej.

W ogóle ruch jest inny. To głównie Toyoty/inne jeepy, minibusy, taksówki i... masa mototaxi! Nawet nie masa, to chmara cała! Głośna, rozpędzona, ale i z kaskami na głowie! Być może nie są to kaski najwyższej jakości, ale to, że zarówno kierowca jak i pasażer taki kask na głowie ma jest dla mnie widokiem zupełnie niespodzianym i niespodziewanym.

Mototaxi jedziemy i my. Bowiem rano wyruszamy busem do Kinambo, skąd łapiemy po mototaxi do Kigali Memorial Centre – miejsca pamięci ofiar ludobójstwa z 1994 r. Później skok do centrum, by zobaczyć Hotel de Milles Collines, w którym wydarzenia posłużyły za kanwę filmu „Hotel Rwanda” (choć sam film kręcono gdzie indziej). A wieczorem hmmm... Lalibela, restauracja etiopska, skąd do siebie wracamy już na pieszo, o drogę pytając m.in. policjantów i, być może, rosyjskiego dyplomaty ;)

Naszą przygodę z Rwandą będziemy kontynuować już za dni kilka. Teraz czas na Kongo.

Hotel de Milles Collines...

Hotel de Milles Collines, Kigali

W restauracji Lalibela...

At Lalibela restaurant, Kigali

20:34, mobile_mon , Rwanda
Link Komentarze (3) »
niedziela, 25 stycznia 2015

Mieliśmy o tej porze kimać w śpiworach na podłodze lotniska w Kigali, zamiast tego, wygodnie wyłożeni na kanapach, popijamy Guinnessa w Ugandzie, a dokładnie na lotnisku w Entebbe.

Podróż poszła, a raczej idzie, bo wciąż przecież trwa, łatwo. Bagdad Bistro na Kreuzberg w Berlin, bramka A4 na Tegel, Nero Cafe na lotnisku w Stambule (gdzie znów ktoś się do nas dosiadł, by straszyć i zniechęcać), lot nad Egiptem, Sudanem i w końcu ponad półgodzinne krążenie nad Kigali, by w końcu przestrzeń powietrzną Rwandy opuścić i skierować się do Ugandy...

Jest teraz trzecia w nocy. A nasz nowy samolot odlatuje o dziesiątej. To jeszcze siedem godzin...

Dokończę więc swego Guinnessa extra made in Uganda i, jak to Piotr mówi, „niuńki” ;)

PS. Dzwonił (!) do nas Vianney z parku, by przekazać, że sytuacja w Gomie po odwołaniu spisu się uspokoiła. Potwierdził to też ksiądz, z którym niestety i tak się nie spotkamy, bo nie wzięliśmy przyborów szkolnych. Ale wszystko na to wskazuje, że w Kongu się stawimy :)

My na Tagel...


I nasze bagaże...

03:07, mobile_mon , Rwanda
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 13
| < Sierpień 2016 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31        
Ulubione: Blogi podróżnicze