środa, 08 lipca 2015

Nowe zakładki, które ostatnio się pojawiły, to Tajlandia i Kambodża, gdzie spędziłam trzy tygodnie w kwietniu i maju...

Wpisów być może nie będzie, ale zdjęcia owszem...

20:39, mobile_mon
Link Dodaj komentarz »
środa, 10 czerwca 2015

Miałam takie marzenie... pomieszkać jakiś czas w Edynburgu i... już za trzy tygodnie tam wyjeżdżam, na miesiąc cały ;)

Czy to znaczy, że marzenia się spełniają? Być może...

Zadyszki strasznej dostał ostatnio mój blog, przyznaję... A przecież od ostatnich wpisów jeszcze w Tajlandii i Kambodży byłam...

No cóż, dajmy mu jeszcze jedną szansę... Bo kiedy słów parę napisać, jak nie ze Szkocji? 

14:52, mobile_mon , Edynburg
Link Komentarze (2) »
niedziela, 29 marca 2015
piątek, 06 lutego 2015

Mordercy przyszli o trzeciej nad ranem. Zaopatrzeni w broń, granaty, maczety, motyki i kije, stawili się karnie u bram szkoły technicznej, by wymordować ok. 50 tys. chroniących się w niej osób.

To tak jakby w ciągu kilku godzin wymordowano wszystkich mieszkańców Dzierżoniowa, dorzucając do tego osoby mieszkające np. w Uciechowie. W ciągu godzin kilka, bo tyle właśnie trwała masakra w Murambi.

Murambi to niewielka miejscowość położona jakieś dwa kilometry na północ od Nyamagabe, dawnego Gikongoro. I to położona malowniczo – oto na okolicznych wzgórzach leniwie pobłyskują blaszane dany ginących w bananowcach domostw, między którymi, niczym węże, wiją się ceglane ścieżki. Na początku kwietnia 1994 r., tuż po tym, jak strącono prezydencki samolot i rozpoczęło się ludobójstwo, Tutsi z regionu ściągnęli do wznoszącej się na niewielkim wzgórzu szkoły technicznej. Jak początkowo ich zapewniano – dla własnego bezpieczeństwa, jednak wkrótce okazało się, że zamiary były o wiele bardziej, o wiele niewyobrażalnie bardziej złowieszcze. Odcięto im wodę, pozbawiono jedzenia, osłabiono. Gdy interhamwe przypuścili pierwszy atak, zostali odparci. Jednak kilka dni później, wsparci przez wojsko, wrócili.

Wrócili dokładnie o trzeciej nad ranem.

Tego dnia w centrum pamięci ofiar ludobójstwa wielu odwiedzających nie ma. Tak naprawdę to przed południem jesteśmy tylko my, wybudzając strażnika i przewodnika z letargu, w który już, w tym palącym rwandyjskim słońcu, zdawali się popadać. Najpierw zwiedzamy część muzealną, przybliżającą wydarzenia prowadzące do kataklizmu z 1994 r., po czym za przewodnikiem kierujemy się do budynków, które kiedyś służyły za sale sypialne uczniów, ale które od prawie dwudziestu lat służą za tymczasowe miejsce spoczynku dla ciał 1,800 pomordowanych.

Ciał w sensie dosłownym. Bowiem gdy rok po mordzie w Murambi rozpoczęto ekshumacje, okazało się, że w wyniku temperatur część ciał została zmumifikowana. Posypano je więc wapniem i na drewnianych stołach wyłożono w dawnych salach sypialnych.

I leżą tam tak od lat prawie dwudziestu. Kobiety, mężczyźni, dzieci, co tamtego feralnego dnia, a był to dzień kwietniowy, znaleźli się w tamtym feralnym miejscu, w szkole technicznej w Murambi, miejscowości skądinąd prześlicznej, i leżą tak, jak ich zamordowano, w przerażeniu, w krzyku, leżą tak ze strachem w oczach, których już nie ma, leżą tak powykręcani, niektórzy ze wzniesionymi rękoma, na wieczność już chroniąc się przed ciosem spadającej maczety, inni z rozwalonymi czaszkami, uciętymi kończynami, albo na pół prawie, rozwaleni, rozczłonkowani.

Leżą tak, w odosobnieniu. Leżą tak w ciszy. Leżą tak w światłem trąconej ciemności. I tylko czasem drzwi do ich grobu otworzą – stanie przy nich przybysz z innego świata. I zaduma się.

Albo i zapłacze.

Mimo że minęło lat ponad dwadzieścia i mimo że Rwanda weszła na nową ścieżkę, rozliczając się ze swoją przeszłością, cień ludobójstwa wciąż niewyraźnie unosi się w powietrzu. Bywa, że wspomni się o tym w rozmowie, jak wczoraj w wiosce niedaleko Muhangi, gdy jedna z kobiet napomknie, że po ludobójstwie brakowało żywności i po jedzenie stało się w długich kolejkach. Jest teraz po czterdziestce, czyli wtedy miała niewiele ponad dwadzieścia lat. Gdzie wtedy była? Co widziała? Kim był jej mąż?

Albo ta kobieta z kolejki na przejściu granicznym, co otwarcie podśmiewała się z naszej nieznajomości konwenansów. Wysoka Tutsi, wyższa nawet ode mnie, w młodości musiała być uderzającą pięknością. Jaka jest jej historia?

Tak, w Rwandzie myśli o ludobójstwie właściwie mnie nie opuszczają. Zastanawiam się, jak w tak przepięknym kraju, wśród tak przesympatycznych ludzi, dojść mogło do czegoś tak nieludzkiego.

[Wejście do szkoły technicznej w Murambi...]

Wejście do Murambi Genocide Memorial Centre

[Sale sypialne w Murambi służące za miejsce tymczasowego pochówku dla ciał 1,800 zamordowanych...]

Sale sypialne w Murambi

08:36, mobile_mon , Rwanda
Link Komentarze (8) »
niedziela, 01 lutego 2015

Totalny rozpierdolnik” - stwierdza AgaWu, gdy zbliżamy się do granicy kongijsko-rwandyjskiej w Bukavu.

Faktycznie, droga staje się coraz bardziej dziurawa i nawet nie o to chodzi, że jest ich więcej, tych dziur, tylko że stają się one jakieś głębsze, bardziej rozległe, zamaszystego objeżdżania wymagające.

Taksówka podwozi nas pod samą granicę. A granica to szlaban i niewielkie budki – do jednej z nich stoi długaśna kolejka Kongijczyków i Rwandyjczyków, jeden za drugim, prawie że do siebie przyklejeni, czekają na odprawę. Coś ciekawego jest w tej kolejce, jakieś inne nią rządzą zasady – bowiem gdy stojąc w kolejce po pieczątkę Rwandy zostawimy garść przestrzeni osobistej, zaraz ktoś się przed nas wciśnie, jak gdyby nigdy nic, i trzeba prostować sprawy, że my też w kolejce, że my też czekamy, tylko na sposób inny, bardziej europejski.

Ale zanim do uporządkowanej Rwandy się dostaniemy, musimy wydostać się z Kongo. Nie bardzo wiemy czy ta jedyna długaśna kolejka jest dla wszystkich, czy tylko dla lokalnych – jesteśmy przecież na granicy jedynymi mzungu, ale nawet nie mamy czasu, by dłużej sytuację poobserwować i się nad tym zastanowić, bowiem zaraz ktoś nas zauważa, wskazuje drogę i podpowiada co robić. Wieści dobre – zamiast do kolejki, mamy stawić się do biura. Wypełniamy więc stosowne karteczki i wchodzimy.

W biurze praca wre, wszelkie dane zapisywane są ręcznie, komputera brak, i jak tak się nad tym zadumam, to pojęcia nie mam, jak oni się w tym wszystkim odnajdują, jak wiedzą, ile osób danego dnia granicę przekroczyło, z jakiego kraju, na jakiej wizie.

Z drugiej strony wyłączenia prądu są tak częste, temperatury tak wysokie a deszcze momentami tak rzęsiste, że komputer i tak by chyba nie wytrzymał.

Trochę się stresuję bo, jak się okazuje, w Gomie wpisali mi złą datę do paszportu, tj. 27/12/2015, zamiast 27/1/2015. Mimo że w Kongu mi się podobało, nie bardzo chciałabym tu zostać. Idę więc na pierwszy ogień, uśmiech przepisowy przepisowy numer jeden, „bon jour”, „ca va?”, biorą mój paszport, wczytują się w wizę no i bach – nie zgadza im się data. Proszą o papier poświadczający przyznanie wizy, przedstawiam, i znowu się wczytują, znowu porównują, ktoś gdzieś wychodzi, z moim paszportem, i co teraz – myślę sobie, zastanawiając się nad metodologią wręczenia łapówki, gdy nagle ten ktoś wraca i... przybija pieczątkę na do widzenia. Uff – dłuższy pobyt w Kongu nie tym razem.

Przejście z Konga do Rwandy to trochę jak przejście z Indii do Nepalu. Ze świata nieładu, dezorganizacji i braku harmonii wkracza się w świat ładu, porządku i równowagi. Dziury w drogach ustępują miejsca gładkiemu asfaltowi, śmieci znikają, odsłaniając piękno krajobrazu, a poczucie niepewności, momentami nawet lekkiego zagrożenia, kompletnie się ulatnia.

[Wypływamy z portu w Gomie...]

[Na jeziorze Kivu...]

[Wpływamy do portu w Bukavu...]

Tuż po powrocie do Rwandy odwiedzamy jeszcze las deszczowy Nyungwe – to marzenie Piotra na ten wyjazd. Poniżej kilka zdjęć i filmików :)

[W lesie deszczowym...]

[W lesie deszczowym...]

[Pozdrawiamy z lasu deszczowego...]


[Plantacje herbaty...]

[Po zakupach...]

[Piotr, małpy i banany...]



[W lesie deszczowym...]

06:24, mobile_mon , Rwanda
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 25
| < Sierpień 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31    
Ulubione: Blogi podróżnicze