Blog > Komentarze do wpisu

Co my byśmy zrobili bez naszego biskupa...

Co my byśmy zrobili bez naszego biskupa?

Ale za nim spotkamy się na granicy między Rwandą a Kongiem, przeglądając blogi poświęcone Kongu napotkam wpis o księdzu, który prowadzi sierocińce w okolicach Gomy oraz kontakt do niego. Nie myśląc wiele, napiszę maila i tak będziemy prowadzić sobie korespondencję, aż umówimy się, że przywieziemy coś dla dzieciaków z sierocińca. Niestety tak się nie stanie, nie tym przynajmniej razem, bowiem tydzień przed naszym wyjazdem wybuchną w Gomie zamieszki i sam ksiądz zasugeruje, że taka wizyta wiązałaby się ze zbyt wielkim niebezpieczeństwem. Dzieci z sierocińca więc nie odwiedzimy. Nie tym razem.

Budzik dzwoni po szóstej. Ale zanim zadzwoni, zanim swym maszynowym zgrzytem mnie obudzi, przez sen słuchać będę porannych śpiewów ptaków. Tak oto wygląda poranek w Kigali.

Jeszcze tylko kawa i banany z herbatnikami Jutrzenki na śniadanie i przyjeżdża po nas taksówka – kurs na dworzec autobusowy.

Zasady działania dworców autobusowych w Afryce, ich podskórny mechanizm, że się tak wyrażę, mamy opanowany. Prędko znajdujemy busik do Rubavu/Gisenyi, ładujemy zawinięte w worek po ziemniakach plecaki, wsiadamy i... jazda!

Bo w Rwandzie jazda jest na styl prawdziwie afrykański. Ograniczenia prędkości nie istnieją, droga wiedzie prosto wyłącznie po to, by kierowca mógł gnać nią jak szalony, a wyprzedzanie pod górę na zakręcie nie stanowi żadnego problemu. Ze wszystkich pasażerów zaniepokojenie jazdą wykazuje tylko trzech. Chyba nie muszę wskazywać, których ;)

O Rubavu/Gisenyi krążą same pozytywne opinie, że piękne to miejsce, że warto spędzić tam trochę czasu, niespiesznie poszwędać się, poobserwować. Pobyć. Być może tak jest, być może tak jest faktycznie, być może Rubavu/Gisneyi przybysza zaczarować potrafi – ale mnie nie oczarowało. Ot przeciętne afrykańskie miasto. Owszem czystsze, ale przeciętne.

Szybka Cola, kolejna taksówka i jazda na Grande Barriere. Z Demokratyczną Republiką Konga w Rubavu/Gisenyi przejścia są dwa: to Petite Barriere i Grande Barriere, z których to ta druga jest większa.

Jak to wygląda? Hmmm... nic szczególnego. W punkcie granicznym po stronie rwandyjskiej wypełnia się „departure card”, po czym podchodzi do okienka i przemiła pani lub też przemiły pan, w zależności, na kogo się trafi, przybija pieczątkę na wychodne. Przy szlabanie po raz kolejny „bon jour, ca va?!”, uśmiech od ucha do ucha, pokazywanie paszportu, a jak człowiek się ładnie zapyta, na dodatek po francusku! (naprawdę nie sądziłam, że jeszcze coś pamiętam...), to nawet pozwolą zrobić zdjęcie znaku informującego, że wjeżdża się na teren Konga.

Jakieś dziesięć metrów i docieramy do punktu granicznego po stronie kongijskiej. Na blogach zawierających posty o przekraczaniu tej granicy znalazłam informacje, że punkt kongijski znaleźć trudno – ale nic z tych rzeczy, wręcz przeciwnie, znaleźć jest go łatwo, a nawet jeśli się to nie uda, to punkt znajdzie nas sam.

I punkt nas znajduje.

Jakaś pani zabiera nam książeczki potwierdzające, że jesteśmy zaszczepieni przeciwko żółtej febrze i kieruje, gdzie mamy iść. Aż tu nagle, nie z gruszki, nie z pietruszki... „Monica”? Ktoś się z nami wita, ktoś lokalny, ale któż to taki? – okazuje się, że nikt inny, ale biskup, z którym prowadziliśmy korespondencję! Dzięki niemu przejście granicy z Kongiem to może nie to samo, co przekraczanie granic w strefie Szengen, ale cały proces jest bardziej przejrzysty, sprawniejszy i nie musimy przyspieszać go... pięciodolarówką dyskretnie włożoną w paszport.

Tak, przekroczenie granicy między Rwandą a Kongiem miało być jednym z najtrudniejszych w historii mojego podróżowania, tymczasem z przejścia odebrał nas biskup kościoła baptystów. Z własnym kierowcą.

I co z tym teraz? ;)

A sama Goma? Chaos na styl afrykański. Ani na tak, ani na nie. Ot. Goma. Po prostu. Nic więcej.

Może to dlatego, że przejechałyśmy kawał Etiopii i swoje widziałyśmy. Dla mnie to właśnie uporządkowana, czysta i bezpieczna Rwanda jest wybrykiem natury a Kongo to standard.

Informacje praktyczne:

- taksówka z dworca autobusowego w Rubavu/Gisenyi – ok 3000 franków

- po stronie rwandyjskiej należy wypełnić „departure card”, zgłosić się do okienka i pobrać pieczątki wyjazdowe

- absolutnie nie robić zdjęć funkcjonariuszom!

- po stronie kongijskiej oddać książeczkę z potwierdzeniem szczepionki przeciw żółtej febrze – do odebrania po uzyskaniu pieczątki do paszportu

- na granicy są taksówki, zarówno samochodowe jak i motorowe.

Odnośnie Gomy:

- wyłączenia prądu są częste więc czołówkę warto mieć zawsze ze sobą

- po zmroku jak na piwo, to tylko do własnego hotelu

Witamy w Kongu!

wtorek, 27 stycznia 2015, mobile_mon

Polecane wpisy

  • Filmiki...

    Goma... W kongijskiej dżungli...

  • Czy słyszałam, że w Kinszasie są rozruchy?

    Czy słyszałam, że w Kinszasie są rozruchy? Nie, przyznaję. Przyznaję, że nie słyszałam, akurat tego dnia BBC rano nie włączyłam, a nawet gdybym włączyła, to i t

  • Wizy do Konga...

    Wizy do Konga zostały przyznane w ciągu... dwóch dni od złożenia wniosku! Moja wygląda tak: Polecam też filmik o przemieszczaniu się w Kongu drogą lądową...

Komentarze
Gość: Magda, *.net.pl
2015/01/27 21:07:44
Opatrzność czuwa! ;) cieszę się ;) Powodzenia!
-
2015/01/28 10:41:42
Ale niesamowita historia!!! To się nazywa szczęście! Widocznie mieliście się spotkać, widocznie tak miało być, a jak nie w jeden sposób, to w inny :):):) Jakoś nie mogę się jednak nadziwić, że w tym samym miejscu i czasie, nie rozmawiając o tym :) Kongo więc zaczyna się Wam rewelacyjnie :) To jest tylko potwierdzenie, że nie ma co myśleć za dużo naprzód czy się martwić :):):) Powodzenia zatem i wspaniałych, niezapomnianych wrażeń!
Ulubione: Blogi podróżnicze